Feliks Koneczny - "Święci w dziejach Narodu Polskiego"

Ostatnie rozdziały nasuwały nieraz bolesne rozpamiętywania, jak bezprawie, silniejsze od słuszności, przygniatać może całe pokolenia. Albowiem mieć po swojej stronie słuszność znaczy tyle tylko, co posiadać zdrowe ziarno; ażeby zaś słuszności towarzyszyło powodzenie, trzeba jeszcze wielu przymiotów, które by z ziarna zrobiły chleb. Lecz czemuż dobrzy nie mają być silniejsi od złych? Trzeba więc, by sprawiedliwość posiadała odpowiednią siłę. Mieliśmy zaś nieraz sposobność w tej książce stwierdzić, jak Polska dbała o moralność w polityce i wybijała się pośród narodów. Siłami swymi wzmagała siłę katolicyzmu i cywilizacji łacińskiej. Dając prawu pierwszeństwo przed siłą, uważała Polska tym bardziej za obowiązek, żeby sił własnych nabyć jak najwięcej, żeby móc oddać siłę na obronę prawa. Potem przestaliśmy niestety o tę siłę dbać, staliśmy się narodem słabym i państwem bez znaczenia. W końcu przestaliśmy nawet być państwem, a naszym prawom narodowym urągała obca siła. Doczekaliśmy się tego, że Bismarck, wszechwładny minister pruski, oświadczył w parlamencie berlińskim głośno, publicznie, bez ogródek, nie krępując się żadnym wstydem, że on nie dba o niczyje prawa, bo u niego siła przed prawem stoi (Kraft vor Recht). Te trzy wyrazy stały się odtąd przysłowiowe w całej Europie.

Rozdział niniejszy obejmuje czasy zwane "erą Bismarcka". Deptał wszystko, co mu stanęło na drodze, a jednak trafił na coś, czego zgnieść nie zdołał, co okazało się silniejsze od niego. Ten fakt wzbudził zdumienie u współczesnych, a nam posłużył za naukę, na jakim mamy się opierać fundamencie. W erze Bismarcka chodziło o to, czy nasze moralne odradzanie się wytrzyma napór siły przeciwnej, czy nie damy się złamać. Wejdźmy więc pomiędzy zdarzenia i czyny owego pokolenia.

Zaraz po wybuchu powstania styczniowego powziął Bismarck postanowienie, żeby biskupstwa na ziemiach polskich obsadzać Niemcami. Zdarzyło się, że w tym samym właśnie r. 1863 wakowała stolica arcybiskupia gnieźnieńska. Kandydatem rządowym był biskup moguncki Ketteler. O ile by chodziło o zalety osobiste, nikt nie mógł być godniejszy; ks. Ketteler zasłynął następnie jako twórca chrześcijańskiego ruchu społecznego, stał się filarem Kościoła i cywilizacji łacińskiej; o wartości zaś jego charakteru świadczy wymownie fakt, że obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny. Ale właśnie dlatego, że stał moralnie tak wysoko, odmówił, bo jego zdaniem, w Gnieźnie, stolicy św. Wojciecha, powinien zasiadać Polak. Wtedy papież Pius IX okazał się szczególnym znawcą ludzi i zaproponował Ledóchowskiego, nuncjusza w Brukseli. Ten wcale się nie rwał do Poznania, ale gdy mu papież kazał, poddał się woli Stolicy Apostolskiej. Bismarck zaś zgodził się na niego mniemając, że ten kandydat, Polski niemal nie znający, przy tym stanowczy przeciwnik powstania, jest Polakiem tylko z rodu, ale nie z serca. Tylko na Ledóchowskiego przystawał Bismarck; inaczej Niemiec! Dwa lata ciągnęły się układy, bo ostrzegały Bismarcka pruskie urzędy z Poznania, czy się nie myli co do kandydata. Zaś obie kapituły, gnieźnieńska i poznańska, nie chciały Ledóchowskiego w obawie, że nie będzie miał dość polskiego ducha. Trzeba było na kanoników wywierać nacisk z Rzymu, zanim ostatecznie w r. 1865 ks. Ledóchowski został naszym prymasem.

Bismarokowi pilno już było, żeby tę sprawę zakończyć, bo zajęty był przygotowaniami do wojny z Austrią. Chodziło o to, żeby Prusom zapewnić przodownictwo w Rzeszy Niemieckiej, żeby protestanckich Hohenzollernów wynieść ponad katolickich Habsburgów. Odkąd w r. 1863 (z racji powstania polskiego) miał zawarty z Rosją ścisły traktat, będąc pewny rosyjskiej życzliwości dla Prus, mógł uderzyć śmiało. W roku 1866 zgniótł Austrię w walnej bitwie pod Sadową i potem wyrzucił ją całkiem ze związku Rzeszy. Cesarz austriacki (od r. 1848) Franciszek Józef spieszył się z zawarciem pokoju, bo poddani jego okazali się niepewni. Nauka nie poszła w las; w Wiedniu uznano wreszcie, że trzeba zmienić metodę rządów wobec ludów podległych berłu habsburskiemu, że lepiej może będzie uznać prawa narodowe, a siłę państwa oprzeć na prawie.

Nastąpiły skutkiem tego wielkie zmiany, dla nas korzystne, bo od r. 1867 Austria stała się nareszcie państwem naprawdę konstytucyjnym, a przy tym Habsburgowie zaczęli się starać o pozyskanie sympatii narodu polskiego. Znalazł się wówczas we Lwowie polityk na wielką miarę, hr. Agenor Gołuchowski. Był to drugi Wielopolski. Jak tamten w Petersburgu, tak ten w Wiedniu umiał zbierać zdobycze dla polskiego rozwoju narodowego; w tym jeszcze szczęśliwszy od tamtego, że w Galicji nikt nie urządzał spisku przeciwko jego planom. Gołuchowski, zostawszy namiestnikiem w Galicji, wprowadził język polski jako urzędowy do szkół, sądów i urzędów; cała chmara niemieckich urzędników musiała opuścić polską ziemię. Przywrócono polskość uniwersytetom w Krakowie i we Lwowie, a w r. 1873 powstała w Krakowie polska Akademia Umiejętności. Rząd uznał samorząd miejski i wiejski, który rozszerzano coraz bardziej. Od nauczyciela wiejskiego aż do namiestnika urzędowali sami tylko Polacy, pracujący gorliwie dla przyszłej Polski. Hasłem ich było, żeby podnieść kraj pod każdym względem. Bardzo zwracano uwagę na oświatę ludową. Okazało się, że polskość, to nie tylko sama szlachetczyzna, co zresztą sama szlachta rozumiała doskonale. A gdy w narodzie przybywało światła, byliśmy już na dobrej drodze. Rządziliśmy się w Galicji zupełnie sami, otrzymawszy autonomię. Niemieckiego urzędnika nigdzie ani na lekarstwo! Odczuliśmy ambicję narodową w tym, żeby pokazać, co potrafimy sami, o własnych siłach. Galicja stała się ostoją sprawy narodowej dla całej Polski i była nią do ostatniej chwili.

Nie doczekał tych lepszych czasów ks. Błaszyński w Sidzinie, porwany nagłą śmiercią rok przed nadaniem konstytucji i swobód narodowych (r. 1866). Zupełnie inny typ świątobliwości, uciekającej od świata, widziano w latach, 1869-1872 na Bielanach pod Krakowem. Możny pan, Wiktor Ożarowski, urodzony w r. 1799 we wschodniej Małopolsce całe życie był pokutnikiem. Przyjąwszy w Rzymie święcenia kapłańskie, przeszedł w Polsce przez cztery zakony: Marianów, Jezuitów, Kapucynów, Misjonarzy, aż wreszcie w 70 roku życia wstąpił do Kamedułów, przyjmując imię Damiana. Podobno nikt tak się nie zdołał zapamiętywać w modlitwie, jak on. Sławny O. Prokop Leszczyński, Kapucyn, powiedział o nim, że to była "dusza najświętsza, jaką w życiu swym spotkał". Pochowany został w grobach zakonnych na Bielanach, ukrytych przed światem podobnie, jak cały jego żywot. Nie za swoje pokutował on winy, lecz chciał uczynić Bogu zadość za winy swych przodków; ci zaś byli winowajcami nie prywatnego życia, lecz Ojczyzny. Magnacki był to ród, hetmański, który nie zawsze wnosił w życie publiczne cnotę obywatelską.

Gzy ksiądz Ożarowskci, czy ks. Błaszyński, czy ks. Kajsiewicz, wszyscy zmierzali do jednego celu, ofiarując swe życie na chwałę Boską i pożytek Ojczyzny. Każdy z nich działał inną metodą. Może tym szybciej dokonało się religijne odrodzenie narodu, ponieważ pracowano nad nim wszelkimi metodami, każdy według swych zdolności i możliwości. Weźmy pod uwagę czwarty jeszcze typ z owych lat - Bojanowskiego, założyciela pierwszych ochronek. Czy będziemy działalność jego uważali za niższą, mniej zbożną? Niestety, wśród jego "Służebniczek" nastąpiło po r. 1863 rozbicie i trzeba było je na nowo organizować.

W świątobliwości związanej z życiem publicznym przybył nam wielki, nowy pracownik, bardzo wybitny. Działał podobnie, jak Bojanowski, w zaborze pruskim. W roku 1869 wystąpił na publiczną widownię zacny, wielce rozumny i świątobliwy ks. Radziejewski. Dopomagał staraniami i funduszami, by na Górnym Śląsku założyć pismo polskie i tak powstał "Katolik", wydawany najpierw w Królewskiej Hucie, następnie w Mikołowie, potem w Bytomiu. Redaktorzy "Katolika" odsiadywali często wyroki w pruskim więzieniu i ks. Radziejewski również. Włożył on w to polskie pismo cały swój osobisty mająteczek. Dzielną pomocnicą stała mu się siostra, Ludwika Radziejewska, która do końca swoich dni na tym posterunku narodowym wytrwawszy, o niczym innym nigdy nie myślała, niczym innym nigdy nie była zajęta, jak pilnowaniem ładu i porządku w bytomskim „Katoliku", aż wydawnictwo to stało się zamożne. Ona zaś sama pozostała zawsze uboga. Była gorliwą katoliczką, bogobojną i przejętą zapałem religijnym; wielka dusza w pełnym tego słowa znaczeniu. A tak skromna, usuwająca się w cień, i nie pragnąca, by się o niej mówiło, iż kto bliżej spraw nie znał, mógł nawet nie wiedzieć o jej istnieniu. Księdza brata przeniesiono na piaski brandenburskie, a w r. 1886 skazano go na całoroczne więzienie. Siostra wtedy jakby się zdwoiła duchem. Działała w administracji, w redakcji, w korespondencji, w buchalterii i w ogóle zarządzała wszystkim, a przy tym pozyskiwała do roboty narodowej inne panie i zakładała nowe towarzystwa, pilnując, żeby dawne nie upadały. "Katolik" stał się kierownikiem ruchu religijnego, narodowego i społecznego. Bez poświęceń i ofiar rodzeństwa Radziejewskich nie bylibyśmy odzyskali Górnego Śląska. Oboje pobożni i wciąż doskonalący się, wiedli żywot prawdziwie świątobliwy i w tej książce należy się im miejsce.

Tymczasem nastąpił dalszy triumf Bismarcka, tym razem nad Francją. Tam po upadku Napoleona przywrócono królestwo, ale trwało ono tylko do r. 1848. Wtedy nastała powtórnie republika. Prezydentem wybrano jednak Ludwika Napoleona, który był synowcem Napoleona I, owego "bożka wojny". I stryj, i synowiec zaczynali od republikanizmu! W roku 1852 synowiec zrobił się także cesarzem, jako Napoleon III. Spędziwszy na tronie lat 18, stał się we wrześniu 1871 r. jeńcem pruskim po klęsce pod Sedanem. Bismarck pewny nadal życzliwości Rosji, zgniótłszy Habsburgów, zabrał się do Francji i rozgromił ją. Niemcy zabrały wtenczas Alzację i Lotaryngię, a król pruski ogłosił się cesarzem niemieckim. We Francji zaś przywrócono po raz trzeci republikę.

Po wojnie francuskiej r. 1871 zrywa się w Prusach istny huragan prześladowania polskości. Pospiesznie usuwano ostatnie resztki polszczyzny ze szkół i z niższych urzędów. Równocześnie zaczął się osławiony "Kulturkampf" Bismarcka. Była to otwarta wojna z Kościołem katolickim, z ostrzem zwróconym szczególnie przeciw prowincjom polskim. Rządowcy wołali, że kultura możliwa jest tylko w protestantyzmie. Chciał więc rząd zaszczepić Kościołowi katolickiemu jak najwięcej z tej protestanckiej kultury, tj. żeby księża byli sługami państwowymi we wszystkim co rząd rozkaże, nie oglądając się Ina swych zwierzchników. W duchu pojęć protestanckich parafia stanowiłaby jeden urząd państwowy więcej. Wołano na wszystkie strony, że katolicyzm jest sprzeczny z postępem, z kulturą w ogóle, że zwalczając Kościół podejmują "walkę o kulturę". Nazwa ta została w historii, ale jako szydercza, na oznaczenie walk podejmowanych przez państwo z Kościołem. Wydano szereg ustaw, narzucających duchowieństwu rozmaite przepisy sprzeczne z prawem kanonicznym. Poddano je pod dozór policyjny, a zwłaszcza kazania. Bismarck używał gwałtu, osadzał kapłanów w więzieniach, odbierał probostwa i próbował obsadzać je według własnego uznania, zupełnie jak urzędy państwowe. Wszakże na 800 kapłanów archidiecezji gnieźnieńsko-poznańskiej znalazło się zaledwie czterech posłusznych rządowi. Zamknął więc rząd pensje całemu polskiemu duchowieństwu, pozamykał parafie - i nic nie wskórał. Lud trzymał się dzielnie, tak dalece, iż wolał, izby trupy leżały choćby i tydzień nie grzebane, niż ugiąć się. Szukał rząd „swoich" kandydatów na parafie, lecz ich nie znalazł. Władza duchowna po cichu poprzenosiła proboszczów na inne plebanie. Każdy wieśniak wiedział doskonale, kto jest jego proboszczem i gdzie go szukać i nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś zdradził. Starsze dzieci były gońcami, nosiły tajną pocztę itp. i ani razu żadne z nich nie wygadało się. A kiedy w r. 1874 uwięziono arcybiskupa Ledóchowskiego, nie stanęło mimo to ani jedno kółko w administracji kościelnej, bo już przedtem wszystko było umówione. Arcypasterz przebył dwa lata w więzieniu wojennym w Ostrowie, a pozbawiony przez rząd swej godności, zyskał wyższą. Wyjechał do Rzymu, i w marcu 1875 r. Ojciec św. mianował go kardynałem.

Kulturkampf z największą zaciekłością zwracał się przeciw zakonom, niektóre klasztory wielkopolskie przeniosły się wtedy do Galicji. Między innymi postąpił tak klasztor Karmelitanek w Poznaniu, o czym wspominamy osobno, ponieważ posiadał zakonnicę o wielkiej świątobliwości. Maria z Grocholskich Witoldowa Czartoryska, urodzona w r. 1833, wdowa, wstąpiła do poznańskich Karmelitanek w r. 1873, przybierając imię Marii Ksawery od Jezusa. Wygnane przez Kulturkampf zakonnice osiadły potem w Krakowie, gdzie na końcu ulicy Łobzowskiej urządziły sobie nowy klasztor. Tam Maria Ksawera była mistrzynią nowicjatu, następnie przełożoną klasztoru. Wygłaszała znamienną zasadę: "Trzeba się uśmiechać, by wywołać uśmiech Boży". Uchodziła już za życia za świętą, a wielkie zalety jej serca i umysłu jaśniały tym widoczniej, gdy spadło na nią kalectwo, które znosiła z prawdziwie chrześcijańskim heroizmem.

Fatalnie skrupił się ucisk katolicyzmu na Służebniczkach; urzędy pruskie zawzięły się, żeby je wytępić. Z powodu tej nadmiernej dokuczliwości nastał u nich okres rozproszenia, groźny dla zgromadzenia jeszcze nie ustalonego, nie związanego jednolitą regułą, dla zrzeszenia religijnego dopiero tworzącego się, które nie uzyskało nawet jeszcze urzędowego zatwierdzenia przez Kościół. Według wszelkich ludzkich obliczeń i względów mogło się zdawać że sprawa Służebniczek przepadła. Nie patrzył na ten przykry stan rzeczy świątobliwy Bojanowski, gdyż przeniósł się do lepszego żywota w r. 1871.

W następnym roku ubyła Kościołowi polskiemu i sprawie polskiej wielka postać ks. Kajsiewicza. Ostatnie lata życia spędził w ciągłych podróżach. Stany Zjednoczone, Kanada, Gdańsk i Paryż stawały się dla niego kolejno wielkimi pracowniami. W rzymskim nowicjacie studiowali wówczas teologię Kalinka, Zbyszewski i Smolikowski, którzy mieli niebawem rozsławić zakon i nadać mu nadzwyczajną powagę. W Rzymie też zastała śmierć ks. Kajsiewicza. Wygłosiwszy dnia 26 lutego 1872 r. wspaniałą naukę "O szczęśliwej śmierci", sam jej zaznał w kilka godzin tego samego dnia, tknięty na ulicy paraliżem, który szybko przeciął mu życie.

Tego samego roku poczyna się wysoki szczebel mistyki w świątobliwości Wandy Malczewskiej - jakby Opatrzność chciała wynagrodzić Polsce na drugiej szali to, co jej na tamtej szali ubyło. Wanda przeniosła się w r. 1870 z krewnymi do Żytna, gdzie znalazła w proboszczu, ks. Tomaszu Olkowiczu, długoletniego, doskonałego przewodnika duchowego. Zorganizowała tam rozległą działalność religijną, dobroczynną i oświatową. Stosunki z ludem wiejskim pociągały za sobą nieraz nieprzyjemności, a nawet przykre doświadczenia; ona zaś stawała się coraz wyrozumialsza i cierpliwsza. Od roku 1872 poczęła doznawać szczególnych łask Bożych; dar wyższej kontemplacji mistycznej, dar zachwycenia, a nawet proroctwa. "W zachwycie widziała Malczewska całą mękę Pana Jezusa i to w obecności wielu osób, a nieraz i policji rosyjskiej, która słysząc o nadzwyczajnych rzeczach, przychodziła do dworu i pilnie pannę Wandę śledziła". Takie to tam byty czasy! Pozostało też po niej wiele proroctw dotyczących Kościoła i Polski.

Przepowiedziała odzyskanie niepodległości (każdy Polak święcie w to wierzył). Innym razem ostrzegała ją Najświętsza Panna w widzeniu, że chociaż wolni już będziemy od wrogów zewnętrznych, gnębieni będziemy przez wewnętrznych, którzy rozpoczną walkę z katolicyzmem, a zaczną od szerzenia bezbożnictwa w szkołach, że będą usuwać krzyże ze ścian szkolnych i utrudniać naukę religii. "Jeżeli naród uwierzy temu i pozbędzie się wiary, straci przywróconą Ojczyznę... Nauka bez wiary nie zrodzi świętych, ani bohaterów narodowych. Zrodzi szkodników. Módl się o chrześcijańską szkołę". W dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w r. 1873 objawiła jej Matka Boska, że dzień ten stanie się świętem narodowym, bo "w tym dniu odniesiecie świetne zwycięstwo nad wrogiem". Spełniło się to 15 sierpnia 1920 r. pod Radzyminem.

Jak widzimy, cała era Kulturkampfu i cała era bismarckowska, era siły przed prawem wypełnione były w Polsce wzrastającą coraz bardziej świątobliwością. Przeciwko sile fizycznej nabieraliśmy sił duchowych, moralnych. Cały naród mógł wołać do wroga za Podlasiakami: "Ciało masz, lecz duszy nie weźmiesz!". Wzmożona zaś dusza wyda z siebie z czasem inne przymioty, potrzebne do skutecznej obrony ciała. Albowiem z fizycznej siły - duchowa nigdy się nie zrodzi, lecz z duchowej mogą wyrosnąć także fizyczne, żeby prawu dodać siły.

W tych właśnie latach zaczyna się przejawiać wielka twórczość religijna, co okazało się w nowej serii zakonów polskich. Pierwsze hasło wyszło od Marii Siedliskiej, o której była już mowa. Zwierzywszy się spowiednikowi swemu, O. Leandrowi zakonu kapucyńskiego, że myślała coraz częściej o habicie zakonnicy, chociaż okoliczności życia zaliczyły ją do wielkiego, bogatego świata uciech. Ten kapucyn był jej pierwszym nauczycielem religii i został potem jej kierownikiem sumienia.

Równolegle ze wzmożonym życiem wewnętrznym, religijnym wzmagał się też w młodej Marii Siedliskiej patriotyzm. Ważnym momentem stał się pobyt w Krakowie. Sama pisze o tym: "Najwięcej mnie zajął kościół katedralny, gdzie są relikwie św. Stanisława biskupa i groby królów polskich. W Krakowie rozbudziło się we mnie uczucie miłości Ojczyzny, bo tam takie wszystko polskie; nawet muzyka wojskowa grała "Jeszcze Polska nie zginęła". Chorowała kilka razy, a z każdej choroby wychodziła ze zwiększoną świątobliwością. Oddalała się od świata, a w 31 roku życia składała w kościele PP. Kanoniczek w Warszawie dnia 3 lipca 1873 r. śluby zakonne. Myślała o założeniu nowego zgromadzenia, na co przeznaczyła przypadający jej majątek. Miał to być zakon Najświętszej Rodziny z Nazaretu. Na miejsce macierzystego domu wybrała Lublin, lecz rząd rosyjski nie dopuścił do tego. Wtedy zdecydowała się w r. 1875 przenieść do Rzymu i tam zakupiła dom (przy ul. Merulena), w którym miał się zorganizować zakon Nazaretek. Łączyło się z tym wiele kłopotów i trudu, a nawet przykrości. Chorując dużo i tak ciężko, iż całymi miesiącami nie mogła podnieść się z łóżka, nie byłaby sama podołała temu zadaniu, gdyby nie dzielne towarzyszki - najpierw Eleonora Rembiszewska, a potem trzy Lubowickie (Wanda, Laura i Felicja).

Równocześnie wracał do kraju z Syberii Józef Kalinowski. Po dziesięciu latach, dzięki staraniom rodziny i osób wpływowych, odzyskał wolność i wyjechał do Krakowa. Tam przebył trzy lata, bo książę Władysław Czartoryski uprosił go na nauczyciela swego syna, Augusta. Ten, urodzony w Paryżu, w r. 1858, wówczas szesnastoletni, wyróżniał się od dzieciństwa wielką bogobojnością, a pod przewodem Kalinowskiego pogłębiał ją i odczuwał coraz bardziej powołanie zakonne. Sam nauczyciel nie zapomniał swego ślubu z czasu niewoli i wiadome było, że skoro tylko wywiąże się z obowiązków przyjętych wobec księcia, pójdzie szukać Karmelitów Bosych. Zwłoka trzyletnia nastąpiła, jakby sama Opatrzność go zatrzymała, by wpływem swym na młodego Augusta przysporzył Polsce jeszcze jednego świętego. Na razie młody Czartoryski poszedł w świetny wielki świat w stolicach europejskich, gdy dawny kapitan inżynierii jechał do Grazu w Styrii, żeby tam odbyć nowicjat, przy czym otrzymał imię zakonne - Rafał. Śluby zakonne składał w r. 1878, po czym studia teologiczne odbywał jeszcze przez trzy lata w Raab na Węgrzech.

Otrzymał święcenia kapłańskie w Krakowie. Wyświęcał go w styczniu 1882 r. biskup krakowski Albin Dunajewski, kapłan także niezwykłej świątobliwości, na którego również należałoby zwrócić uwagę Stolicy Apostolskiej (jako na posiadającego wszelkie dane, by był zaliczony pomiędzy świętych Pańskich). O dalszym zaś życiu O. Rafała trzeba powiedzieć, że "wszystkim przyświecał przykładem cnót bohaterskich i światłą radą". Przebywał w Polsce w klasztorze na Czerny (o cztery mile od Krakowa).

Rok 1882 pamiętny jest przez szczególną obfitość zdarzeń z naszego życia religijnego. Kiedy ks. Kalinowski otrzymywał w Krakowie święcenia kapłańskie, powstawał pod Wawelem drugi Nazaret. Matce Siedliskiej powiodło się założenie klasztoru w samym Krakowie i odtąd nowy zakon począł rozkwitać. W trzy lata potem udała się do Ameryki i szczęśliwą ręką otwarła klasztorek w Chicago. Ten stał się prawdziwie ziarnem gorczycznym, bo wyszło zeń sto dwadzieścia ochronek, szkół i szpitali. Mimo słabego zdrowia jeździła "mateczka” Siedliska kilka razy do Ameryki. Przyjmowała do swego zgromadzenia postulantki wszystkich narodowości. Domy swe fundowała na całym świecie, choć oczywiście sercem często przebywała w Polsce i o nią najwięcej dbała.

Tego samego r. 1882 zaczęły się lepsze czasy dla Służebniczek. Rząd pruski nie zezwalał im zebrać się z rozproszenia na nowo w klasztorki, pod pozorem, że zakonnicami zupełnie nie są, a zajmują się jakąś agitacją ogólnopolską, skoro także w drugim państwie wyszukują sobie zajęcia. Chcąc istnieć, musiały ostatecznie rozdzielić się na poznańskie i galicyjskie. Wielkopolanki doznawały jednak nadal pruskich szykan, a urzędy wysilały się, żeby wymyślać dla nich uciążliwe formalności. Odetchnąć swobodniej można było tylko w zaborze austriackim. Tam też zorganizowały się Służebniczki na nowo, zakładając w r. 1882 główny swój dom w Dębicy (pomiędzy Krakowem a Tarnowem).

Tegoż r. 1882 został profesorem teologii pasterskiej w seminarium duchownym w Przemyślu ks. Bronisław Markiewicz, o którym była już raz mowa. Zostawszy proboszczem wiejskim, zajął się specjalnie zbieraniem opuszczonej dziatwy w parafiach w Gaci i w Błażowej. Na profesurze zaś w Przemyślu wytrwał tylko cztery lata, gdyż ciągnęła go sława nowego zakonu we Włoszech, Salezjanów, poświęcających się właśnie wychowywaniu młodzieży do zajęć głównie mieszczańskich. Ciągnęło go tam i nie spoczął, aż otrzymał pozwolenie i w r. 1886 pojechał do Włoch. Należał tam do grona uczniów sławnego na cały świat ks. Bosco, dziś już kanonizowanego. Przebywał we Włoszech siedem lat, ucząc się praktyki salezjańskiej, czuwając nad duszami chłopięcymi i nad materialnym ich powodzeniem, żeby każdy wychowanek miał na przyszłość chleb w ręku.

W rok po przyjeździe do Włoch, przebywając w nowicjacie w San Benigno Caravanese, zetknął się tam ze świeżo przybyłym młodym rodakiem, księciem Augustem Czartoryskim. Z radością dowiadywał się o tym postanowieniu swego dawnego ucznia O. Rafał Kalinowski, pędzący świątobliwy żywot na Czerny. Młody Czartoryski natrafiał jednak na takie trudności w sprawie swego przyjęcia do salezjańskiego nowicjatu, iż wypadło mu prosić samego Ojca św. papieża Leona XIII o wstawiennictwo u władz zakonu. Obawiano się, że książę może wprowadzić jakieś rozluźnienie karności zakonnej nie dowierzano, żeby „książę pan" miał na trwałe poddać się regule klasztornej. Jednakże książę odznaczał się cichością, nadzwyczajną pokorą i posłuszeństwem zakonnym, doprowadzonym do heroizmu, a pobożność jego była dla wszystkich budująca od samego początku. Cały nowicjat był dla niego pełen uznania, a zwłaszcza rodacy, których było w Turynie około setki. Ze szczególną bowiem szybkością ogarniał zakon salezjański wszystkie narody świata.

Wzmagał się ciągle nasz ruch religijny. W roku 1883 wracają Redemptoryści, a wracają oczywiście do austriackiego zaboru pod ochronę konstytucji i autonomii. W Mościskach pod Przemyślem zakładają małe seminarium, z którego miało wyjść odrodzenie zakonu.

Ten sam r. 1883 wzbogacił zapas polskich sił moralnych dwoma nowym zakonami żeńskimi. Założycielem jednego z nich stał się mąż wielkiej świątobliwości, ks. Józef Pelczar. Ów niedoszły niegdyś powstaniec był już profesorem wydziału teologicznego w Krakowie i wsławionym pisarzem, kiedy w r. 1883 zakładał w Krakowie "Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego", zwanych krótko: Sercankami, a nawet Pelczarkami. Głównym ich zadaniem była piecza nad biednymi sługami i opuszczonymi chorymi po domach. W roku 1896 wystawił ks. Pelczxr (wkładając w to zgromadzenie cały swój majątek) obszerny "dom macierzysty" z pięknym kościołem przy ulicy Garncarskiej w Krakowie. Kiedy w r. 1899 został biskupem przemyskim, rozwinął niestrudzoną działalność w seminarium, w ochronkach i szkołach, urządził kongres Mariański, odnowił kościoły, a przy tym wszystkim poświęcał wiele czasu modlitwie. Nadzwyczaj energiczny, z wielką rzutkością i przedsiębiorczością był zarazem dziwnie spokojny, nadzwyczaj zrównoważony i tak miły w obcowaniu, że chyba w całej Polsce nie było milszego człowieka. Z dzieł jego osiem wydań miało "Życie duchowne, czyli doskonałość chrześcijańska". Żył długo, lat 82, doczekawszy się 35 domów Sercanek w Polsce i we Francji.

Drugim zakonem z tego samego r. 1883 były Zmartwychwstanki, dzieło wdowy Celiny z Chludzińskich Borzęckiej. Urodzona w r. 1833 na Litwie w Ontowilu, polska szlachcianka, bogata z rodu i po mężu, owdowiawszy w r. 1874, usunęła się od świata i marzyła o życiu zakonnym. Kierownikiem jej duchownym stał się sławny świątobliwy Zmartwychwstaniec, ks. Semeneńko. Cenił go wysoko papież Pius IX i zlecał mu nieraz misje poufne. Również Leon XIII poważał go nadzwyczajnie, tak iż "tylko względy politycznej natury powstrzymywały go od wyniesienia Semeneńki do godności kardynalskiej". Pod jego wpływem postanowiła Borzęcka powołać do życia zakon Zmartwychwstanek, zakon siostrzany, jak bywa we wszystkich nieomal zakonach. Pierwsza fundacja powstała w Rzymie w r. 1883, ale zanim zdołała się ustalić, nastąpił zgon ks. Semeneńki w r. 1886, a ciosu tego młode zgromadzenie nie wytrzymało; po większej części rozpierzchło się. Resztki podtrzymywali jednak kardynał Parocchi i prałat rzymski della Chiesa, późniejszy papież Benedykt XV. Kardynał oświadczył strapionej fundatorce i jej córce Jadwidze, która wraz z matką przywdziała habit zakonny: "Reguła wasza jest wspaniała i praca w parafiach jest bardzo na czasie". Ci dwaj książęta kościoła zajęli się Zmartwychwstankami i doprowadzili zgromadzenie do takiego stanu, iż w r. 1892 mógł już powstać klasztor na ziemi polskiej, w Kętach.

Kiedy zaś August Czartoryski wstępował do Salezjanów, w tym samym r. 1887 powstają w Krakowie Albertyni. Było to dzieło Chmielowskiego, owego malarza, który w chłopięcym wieku przystąpił do powstańców, a potem szukał sobie miejsca na szerokim świecie, aż odnalazł je we własnym życiu wewnętrznym. W roku 1880 próbował się w nowicjacie Jezuitów w Starejwsi, lecz nie czuł się tam najlepiej. Ciągnęło go, żeby poświęcić się wyłącznie nędzarzom. Został tercjarzem franciszkańskim, objechał polskie dwory na Podolu i Ukrainie, wreszcie znalazł się na swoim miejscu, gdy powróciwszy do Krakowa, postanowił żyć z nędzarzami, by tym skuteczniej nimi się opiekować. Stało się to po naradzie z biskupem krakowskim, wtedy już kardynałem Dunajewskim. Chmielowski przybrał imię Albert. Urządzał schroniska i ogrzewalnie, najpierw w Krakowie, a następnie po miastach prowincjonalnych.

Tak odradzaliśmy się moralnie, kiedy Bismarck rósł coraz bardziej w siłę, której dawał pierwszeństwo przed wszelkim prawem. Miarą jego znaczenia w Europie był kongres berliński w r. 1878. Dwa lata przedtem wybuchły powstania serbskie, czarnogórskie i bułgarskie przeciw panowaniu tureckiemu. Byli to Słowianie prawosławni, więc Rosja ruszyła im na pomoc w r. 1877, a takie miała powodzenie, iż stała się prawdziwą władczynią na Półwyspie Bałkańskim. Serbia i Bułgaria stawały się państwami zależnymi od Rosji pod każdym względem, a granice ich sięgały aż poza Adrianopol. Nadmierny wzrost potęgi rosyjskiej pobudził do sprzeciwu Anglię i Austrię, a gdy także Bismarck do nich się przyłączył, car Aleksander II uważał za stosowne cofnąć się, chociaż miał już zawarty pokój z Turcją i sułtan przystał na wszystkie warunki rosyjskie. Zwołany do Berlina kongres pozmieniał granice państw bałkańskich korzystniej dla Turcji, pomniejszył znaczenie polityczne Rosji na Bałkanach, nadto oddał Austrii w okupację dwie prowincje bałkańskie, oderwane od Turcji - Bośnię i Hercegowinę.

Przed Bismarckiem korzyli się wszyscy monarchowie; jeden tylko mocarz okazał się silniejszy od Bismarcka, ten który wojska wcale nie posiadał, Ojciec św. w Rzymie. Papiestwo dawno już przestało być państwem świeckim; zostało papieżom samo tylko miasto Rzym z okolicą, lecz i to utracili w r. 1871 na rzecz królestwa włoskiego. Ojciec św. nie wychodził odtąd z Watykanu, stał się "więźniem watykańskim" i nastały przykre stosunki z królestwem włoskim, załagodzone dopiero o wiek później. A jednak przed tym więźniem musiał się Bismarck cofnąć i zaprzestał swojego Kulturkampfu, widząc, że nie da rady i że na próżno zmusza połowę narodu niemieckiego do opozycji. Dla nas Kulturkampf wydał jeden dobry skutek polityczny, że zbliżył ogromnie Górny Śląsk do Wielkopolski. Prace ks. Radziejewskiego znajdowały też coraz więcej poparcia u Wielkopolan, a niebawem także Małopolska zainteresowała się losem Ślązaków pod pruskim panowaniem. Ludwika Radziejewska zajeżdżała coraz częściej do Krakowa.

Ale dla Polaków Kulturkampf się nie skończył. W prowincjach polskich nie wycofano się jeszcze i w każdej chwili mogły urzędy powołać się na owe ustawy, ilekroć chciano przerwać działalność jakiegoś patriotycznego proboszcza. Prześladowanie narodu polskiego bowiem nie tylko nie zmniejszyło się w Prusach, lecz jeszcze bardziej przybierało na sile. W roku 1886 przeprowadził Bismarck w sejmie pruskim wywłaszczenie polskich dóbr ziemskich, ażeby je parcelować dla sprowadzonych z Niemiec osadników. Ustawa ta obowiązywała już do końca. Co więcej, zakazano następnie Połakom stawiać po wsiach nowych domów mieszkalnych. Doszło do takich wypadków, jak np. sławny "wóz Drzymały"; Drzymała kupił od cyganów stary wóz mieszkalny na kołach i w tej budzie całe lata borykał się z pruską żandarmerią. Urządzano sobie mieszkania nawet w wydrążeniach ziemnych, po prostu w jamach. Lecz mimo wszystko sprawa polska ruszała się i to swoją własną siłą. Pierwsze oznaki widziało się na Górnym Śląsku, gdzie 20 lat przedtem nikt nie mógłby o tym marzyć.

Owoce prac i zabiegów rodzeństwa Radziejewskich poczęły okazywać się dobitniej od r. 1890. Dzielnego pomocnika pozyskali w Adamie Napieralskim, któremu powierzono redakcję "Katolika". Był to mąż niezmiernej pracowitości, ogromnie przedsiębiorczy i rzutki, do tego obdarzony wybitnym zmysłem politycznym i wielkim darem organizacyjnym. W roku 1890 urządzili pierwszą górnośląską gromadną wycieczkę religijno-narodową do Krakowa, zwanego nie na próżno "małym Rzymem". Śląscy nasi bracia przywykli, że duchowieństwo jest po większej części niemieckie, a wyższe duchowieństwo tylko niemieckie, cóż dopiero biskup wrocławski (był on istotnie germanizatorem), a tymczasem w Krakowie od ołtarza w kościele Franciszkańskim przemówił do nich w stroju pontyfikalnym po raz pierwszy prawdziwy biskup polski i już desygnowany kardynał, ks. Dunajewski, a przemówił nie tylko po polsku, lecz i w duchu polskim. Już przy wejściu biskupa do świątyni rozgrywały się sceny rozrzewniające. A gdy z ust tego księcia Kościoła o postawie apostolskiej i apostolskiej wymowie padły słowa nigdy jeszcze przez ten lud biedny i opuszczony z takich ust nie słyszane, rozrzewnienie zamieniło się w uniesienie. Z głośnym płaczem rzucili się Ślązacy do nóg biskupa, całując jego szaty i ręce, błogosławiące ich już nie tylko na dalszą walkę życiową, lecz i narodową. A potem jeszcze "w kościele Dominikanów, braciom odzyskanym dla macierzy polskiej dawał do pocałowania głowę ich ściślejszego patrona, św. Jacka, ksiądz Ślązak, rodowity raciborzanin O. Kruczek, sam płacząc z rozrzewnienia".

Tak wkraczał Kraków w nowy okres świątobliwości, jakby Opatrzność wskrzeszała dla tego miasta czasy króla Kazimierza Jagiellończyka. W Krakowie była skarbnica uczuć narodowych, szkoła patriotyzmu i szkoła pożyteczności dla narodu - czy nie dlatego, że w Krakowie grunt był najbardziej religijny? Wciąż narzuca się spostrzeżenie, że nasze odrodzenie polityczne znalazło fundament w odrodzeniu religijnym.

Powstało jeszcze jedno zgromadzenie zakonne - dla kobiet bezdomnych i wykolejonych. Pierwsze to przytulisko powstało także w Krakowie. To wielkie dobrodziejstwo spłynęło z przezacnych rąk Anny Lubańskiej (z Białej Podlaskiej), która w r. 1891 przywdziała wraz z siedmioma towarzyszkami habit albertyński. Jest to habit najgrubszy, najbardziej prostacki i najmniej "skrojony", najpodobniejszy do worka szarobury habit. Mamy więc po malarzu ChmielowskLm dwa zgromadzenia - Albertynów i Albertynki.

Podczas gdy Albertyni służyli z reguły nędzarzom dorosłym, inni specjalizowali się w posłudze dla nędzarzy chłopców. Zagaił to prawdziwie wielkie powołanie ks. Siemaszko z Litwy, członek zakonu Misjonarzy na Kleparzu w Krakowie. Mężczyzna potężnej postawy, siłacz, przy tym łagodny, chodząca dobroć i zawsze próbujący najcierpliwiej załatwiać sprawę najpierw "po dobremu", choćby z najkrnąbniejszym chłopcem; lecz gdy nie widział innej rady, umiejący trafnie karcić i karać. Chodził po ulicach Krakowa w dużym kapeluszu z szerokimi skrzydłami i zbierał żebrzące dzieci – jak twierdził - do tego kapelusza, dodając, że to nie jego pomysł, lecz że tak robił św. Wincenty á Paulo. Kapłan pod każdym względem świątobliwy, zawsze rozmodlony, doprowadził do tego, że z jego łowów z ulicznikami wyrósł duży zakład wychowawczy, z nauką rzemiosł. Dwupiętrową kamienicę kupił za "wymodlone" pieniądze; potem dopomógł mu magistrat do wzniesienia stosowniejszej budowli.

Ksiądz Siemaszko żył i działał na miejskim bruku; wkrótce miał rozpocząć swe prace ks. Markiewicz, pragnący zbierać wychowanków po wsiach i wychowywać ich na wsi. Praktykował u Salezjanów z tą myślą, żeby podobny zakon utworzyć w Polsce z uwzględnieniem polskich stosunków. Wieś polska jest zupełnie inna niż wieś włoska i podłoże społeczne także jest odmienne. W roku 1892 władza duchowna poruczyła mu obowiązki plebańskie w najnędzniejszej wiosce całej diecezji, w Miejscu, które potem obdarzono przydomkiem "Piastowe". Kilkanaście lichych chat, ubożuchny kościółek, a plebania w takim stanie, że z początku całe umeblowanie proboszcza składało się z siennika, który się kładło na podłogę. I tym siennikiem dzielił się z osieroconym chłopczyną, Franusiem. Franusiów przybywało, zgodził więc ks. Markiewiez szewca i krawca żeby uczyli najprzydatniejszych rzemiosł. Po kilku latach miał całą setkę chłopców. Sprowadził wtedy do Miejsca grono Polaków z zakonu salezjańskiego z Włoch. Ci jednak opuścili go, nie chcąc słyszeć o żadnych odmianach w stosowaniu reguły. A kiedy znaleźli się nowi pomocnicy, już nie Salezjanie, władza duchowna zakazała mu tworzyć zgromadzenie zakonne.

Nie gorszmy się tym, nie samym tylko Michalitom wydarzyło się coś takiego. Początki niejednego zakonu przechodzić musiały przez przykre nieraz doświadczenia, jakby przez lata próby. Władze duchowne mają rozmaite obowiązki, a wśród nich niepoślednie miejsce ... ostrożność. Trzymają się zaś te władze zasady, że w ostrożności lepiej przesadzić, niż czego nie dopatrzeć. A zakon ks. Markiewicza nie przepadł i będzie tej rzeczy ciąg dalszy w następnym rozdziale.

Salezjanin zaś polski, świątobliwy uczeń świątobliwego O. Rafała Kalinowskiego, August Czartoryski otrzymał święcenia kapłańskie w r. 1892, lecz cieszył się tą godnością zaledwie jeden rok. Zgasł w kwietniu 1893 r. w opinii świętości. Ciało jego przewieziono do grobów rodzinnych w Sieniawie.

A nad tym wszystkim unosiły się w spokoju modły dwóch znanych nam już świątobliwych mężów, wiodących przez lata żywot na zewnątrz jednostajny. Ksiądz Reichenberg uważał, że malowanie obrazów religijnych stanowi dla niego miłą rozrywkę, szukał więc umartwienia i poświęcenia. Poszedł do szpitalnej służby w Tarnopolu i tam przez dwadzieścia siedem lat pielęgnował chorych. Czasem sam dokonywał uleczeń, nad którymi zdumiewali się lekarze. Wystawiwszy baraki, zaopatrywał nędzarzy Tarnopola i okolicy w posiłek, pieniądze, odzież i lekarstwa. Gorliwość jego i zapał nie zmniejszały się wcale wobec niewdzięczności i grubiaństwa niektórych ubogich.

Pielęgniarzem został też drugi Jezuita, znany nam już O. Beyzym. Zrazu nauczał w zakładzie wychowawczym jezuickim w Tarnopolu, następnie wyznaczono go na kierownika wielkiej lecznicy przy gimnazjum w Chyrowie (10 sal). Cichy, spokojny, a przy całej łagodności stanowczy, gdy trzeba, nadawał się doskonale na opiekuna chorych młodzieńców. Posiadł nadto tę zaletę, że umiał rozweselać chorych: zabawne opowiadania sypały mu się, jak z rękawa. Pobożnością zaś odznaczał się w takim stopniu, iż poruczano mu nieraz przewodnictwo w rekolekcjach osób zakonnych. Młodzież chyrowiecka przepadała za nim.

Takie są dzieje i sprawy świątobliwe pokolenia polskiego "ery Bismarcka". Gromadził się w Polsce zapas sił do stoczenia walki z antychrześcijańskim hasłem "siły przed prawem". Zbieraliśmy w sobie siły na rzecz prawa. W ślad za siłą najwyższą, religijną, postępowały i rosły w nas inne duchowe siły w nauce, w literaturze, w sztuce, w szkolnictwie, tudzież w opiece społecznej śladami wielkich encyklik Leona XIII. Około r. 1890 Polska stawała się już krajem świadomie katolickim, nie tylko ze chrztu i z nabożeństwa, lecz pragnąca ogarnąć moralnością katolicką wszystkie dziedziny życia. Takimi nas zastał przełom dwóch stuleci - koniec XIX i początek w. XX.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści