Feliks Koneczny - "Święci w dziejach Narodu Polskiego"

Przechodzimy do ostatniego pokolenia spędzającego życie w niewoli rozbiorów. Nie przerwała się żyzność gleby Pańskiej, a zbożne polskie zabiegi przenosiły się już daleko poza Polskę. Wchodziliśmy na nowo w powszechność, jak to bywało za dawniejszych czasów. Probierzem tego są w Kościele misje zewnętrzne.

Wprowadziła nas na nowo w szeroki świat Maria Teresa Ledóchowska, siostrzenica więzionego przez Prusaków kardynała. Urodziła się w r. 1863 za granicą, lecz rodzice jej osiedli niebawem w Polsce, kupiwszy dobra ziemskie w Lipnicy Murowanej koło Bochni. Należała z rodu, z wychowania, z majątku do wielkiego świata, była damą dworu wielkiej księżnej toskańskiej, podróżowała po całej Europie. W Londynie poznała kardynała Lavigerie, prymasa Afryki, wielkiego misjonarza i opiekuna Murzynów (wówczas kwitł jeszcze handel niewolnikami). Kardynał francuski odznaczył się potem założeniem zgromadzenia "Białych Braci", misjonarzy wyłącznie dla Afryki. Ledóchowska zapragnęła być pożyteczna w "akcji murzyńskiej", a wkrótce zdecydowała się poświęcić temu całkowicie, zwłaszcza gdy stryj pochwalił jej zamiar.

Obdarzona zdolnościami literackimi, zabrała się do propagandy misji murzyńskich i wstąpiła do zarządu międzynarodowego towarzystwa przeciwniewolniczego. Pisywała artykuły i broszury w rozmaitych językach, nawet utwory sceniczne o treści zaczerpniętej z murzyńskiego niewolnictwa. W roku 1890 zaczęła wydawać własny, polski, niewielki miesięcznik "Echo z Afryki", a w r. 1893 powzięła zamiar, żeby założyć pobożne stowarzyszenie dla misji afrykańskich, które nazwała "Sodalicją św. Piotra Klawera". Potwierdził je Leon XIII następnego roku, a stowarzyszenie ściągało liczne zwolenniczki i wyrósłszy nadspodziewanie, zamieniło się w nowy zakon. W krótkim czasie powstały klasztory w Krakowie, w Wiedniu i Salzburgu, a "Echo z Afryki" zaczęło wychodzić w dziewięciu językach. W różnych krajach Europy urządzała wystawy misyjne, zjazdy, kongresy, zakładała koła "Związku Mszalnego" dla Afryki, "Ligi Dzieci dla Afryki", tudzież "Chleba św. Antoniego dla Afryki". Zebrała na Murzynów 17 milionów franków francuskich (przedwojennych). Cała pochłonięta swym dziełem apostolskim w najzupełniejszym zapomnieniu o sobie samej, nie żyła ani chwili dla siebie; jej myśli, jej modlitwy, uczucia, jej czynności, jej życie było najzupełniejszym wyzuciem i zaparciem się siebie, opuszczeniem, zapomnieniem, zaniedbaniem się; własne ja nie istniało w niej w żadnej jakiejkolwiek formie; istniał tylko Bóg i Jego służba". Biskupi afrykańscy nadali jej tytuł "matki misji afrykańskich". Mieszkała stale w Rzymie, jako najwyższa przełożona swej sodalicji. Czynności jej i stosunki obejmowały cały świat, ale czuła się Polką i gdy przez nieświadomość zaliczano ją do jakiejś innej narodowości, zawsze się zastrzegała, oświadczając wyraźnie: "Jestem Polką z krwi i kości.

Śledząc drugą, nową świątobliwą postać tego pokolenia, wypadnie nam z arystokratycznych pałaców wejść pod strzechę krawca wiejskiego, którego synem był ks. Aleksander Pawłowski. Urodził się w r. 1865 w Dębowcu pod Jasłem na Podkarpaciu. Nędza w domu była "nie do opisania"; nawet własnej krowy nie mieli. Mały Oleś pasał krowy wujowi, za co czasem dostawali trochę mleka. "Mama nasza - opowiada siostra ks. Pawłowskiego - była taka biedna, iż do kościoła nieczęsto chodziła, bo nie miała w czym; ani obuwia nie miała, ani ubrania odpowiedniego. W dzień powszedni częściej poszła". Ojciec rozpił się z rozpaczy, gdy powódź zabrała mu całe płótno, którym handlował. Wspomagał tę rodzinę, jak mógł, zacny proboszcz ksiądz Kopestyński i dzięki niemu dostał się chłopczyna do gimnazjum w Jaśle; pomagał też sam sobie udzielaniem lekcji. W lutym 1887 r. objął posadę nauczyciela ludowego w Dębowcu, ale jesienią tego samego roku wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. Wyświęcony w r. 1891, był przez osiem lat wikarym w Rokietnicy pod Przemyślem, pracując z apostolską gorliwością. "Zwłaszcza bardzo pięknie i podniośle przygotowywał dziatwę do pierwszej Komunii św.". Był potem wikarym w sąsiednim Pruchniku, z obowiązkiem obsługiwania kościółka filialnego w Jodłówce. Tam miał zajść wysoko w Bogu.

Ubogi też był młodzian, który wpisał się do małego seminarium Redemptorystów w Mościskach w r. 1895, szesnastoletni Andrzej Bieda, wieśniaczy syn z okolicznej wioski Rządkowic. Od początku rozwijało się w nim silnie życie wewnętrzne. Uczył się łatwo, a rozumiał, że nauka może być także formą modlitwy. Jak świadczy jeden z ówczesnych kolegów Andrzeja "charakterystyczną cnotą było głębokie skupienie i duch modlitwy". Znamionowały go "niewinność serca, zapał, wraz z zamiłowaniem do umartwienia". A był obok tego kolegą jak najmilszym, kochającym i kochanym przez wszystkich: "wprost podbijał serca kolegów swym jednostajnym a pogodnym humorem". Porwała go wcześnie gruźlica. Na łożu śmierci składał śluby zakonne, bo chciał umrzeć jako Redemptorysta. Umarł w r. 1898 w szpitalu we Lwowie, pochowany tamże na cmentarzu Janowskim. Dożył zaledwie 19 lat. Umarł w opinii świętości, a w zakonie Redemptorystów polecają się jego modlitwom. Andrzej Bieda "stał się rzeczywiście kamieniem węgielnym juwenatu, czyli małego seminarium 00. Redemptorystów polskiej prowincji". Juwenat w Mościskach liczył w r. 1930 już 150 wychowanków, a okazały nowy gmach w Toruniu mieści ich 200.

W tym samym roku, kiedy Andrzej Bieda pukał do furty Redemptorystów w Mościskach, w r. 1895 poczynała rozchodzić się sława, że niedaleko stamtąd zsyła Bóg objawienia na sługę Swą wybraną, na wiejską służącą. Ogarnia nas wzruszenie na wiadomość, że Maria Cieślanka, skazana od najmłodszych lat na zarabianie służbą, oddaje trzecią część swych zarobków na msze św. za dusze cierpiące w czyśćcu. Urodzona w r. 1855 w Siemiechowie w powiecie tarnowskim, z niezamożnych włościan, spędzała następnie niemal całe życie w Faściszowej, wiosce w parafii zakliczyńskiej. Przez wiele lat posiadała dar kontemplacji i miewała jakby objawienia o duszach czyśćcowych. Od czterdziestego roku życia powtarzały się one regularnie co tydzień, nieraz nawet dwa razy na tydzień. Schodziły się do niej całe tłumy, z dalszych stron, żeby się dowiedzieć od "Marysi" o losie zmarłych krewnych. Wysłano policję. "Żandarm, chcąc się przekonać, czy zachwyty nie są oszukaństwem, wbijał jej szpilki pod paznokcie, lecz ekstatyczka zupełnie na to nie reagowała". Wzywano ją przed sąd, potem badała ją komisja duchowna. Nie wykryto nic nagannego. Nakazano jej tylko zachowywać objawienia w tajemnicy, a zakazano udzielać wskazówek w sprawach czyśćcowych. Później ograniczenia te cofnięto.

Przybywało nowych, czcigodnych sług Bożych, zanim starsi świątobliwi ustąpili pola. Pierwsza odeszła do życia wiecznego Wanda Malczewska, w r. 1896, uznana przez opinię powszechną całej Polski za świętą; stało się to jakimś zbiorowym odruchem, od razu, bez jakiejkolwiek propagandy. Mateczka Siedliska radowała się z rozwoju Nazaretanek, które w r. 1892 osied1iły się w Paryżu, w Polsce zaś przybywały nowe klasztory we Lwowie, w Wadowicach i dalej coraz inne aż do Wilna. Tam działały jako "skrytki", a działały wspaniale, nie dbając o żadne niebezpieczeństwo. Żyła świątobliwa Siedliska do r. 1902. Uważana już za życia za świętą, zyskiwała po śmierci i zyskuje coraz liczniejszych pobożnych czcicieli (proces beatyfikacyjny rozpoczęty).

W rok po niej odszedł po niebiańską nagrodę Jezuita ks. Reichenberg, wie1ki pielęgniarz w Tarnopolu, przeżywszy lat 78. Pogrzeb jego poruszył całe miasto i okolicę do nadzwyczajnej manifestacji wdzięczności, która stała się manifestacją religijną i niejednemu niedowiarkowi dała do myślenia. Pomnik na grobie wystawiła mu gmina miasta Tarnopola. I tak działał mąż świątobliwy nawet po śmierci i działa dotychczas, bywa bowiem przez nabożnych czcicieli wzywany o pośrednictwo przed tronem Bożym.

Nieco dłużej modlił się i rozmyślał w swym klasztorze w borze na Czerny O. Rafał Kalinowski. W roku 1906 został przeorem nowego klasztoru Karmelitów Bosych w Wadowicach, lecz rok zaledwie tam przebywał. Zgasł w listopadzie 1907 r. Magistrat wadowicki wywiesił żałobną flagę na ratuszu, a "tłumy wiernych wszelkiego stanu cisnęły się do jego czcigodnych zwłok i w przeświadczeniu o jego świętości całowały suknie, ręce, nogi, pocierały o jego ciało obrazki, medaliki, koronki". Ciało przewieziono na Czerną. Obecnie toczą się w Rzymie procesy beatyfikacyjne obydwóch - nauczyciela i ucznia - Kalinowskiego i Czartoryskiego.

Długie życie dane było matce Borzęckiej. W roku 1896 wyjechała śladem Zmartwychwstańców do Bułgarii i założyła tam dom misyjny, a w r. 1900 osiedlały się Zmartwychwstanki w Ameryce. Powstały też nowe klasztory w Warszawie i w Częstochowie. Dożyła 80 lat. Umarła w r. 1913 w Krakowie, lecz ciało sprowadzono do grobów zakonnych w Kętach, gdzie spoczywa obok swej córki Jadwigi.

To wszystko odbywało się przez normalny rozwój, bez większych niespodzianek. Wielką niespodziankę gotował cichy, spokojny Jezuita O. Beyzym, który wydawał się nie pragnąc niczego więcej poza tym, żeby mógł po wakacjach w nowym roku szkolnym opowiadać znowu rozmaite historie swojej studenterii w Chyrowie. Można sobie wyobrazić osłupienie chłopców, gdy w r. 1898 po powrocie z wakacji dowiedzieli się, że O. Beyzyma nie ma i już nie będzie, bo pojechał na Madagaskar służyć trędowatym. "Przez lat 14 zamknął się wśród trędowatych, jakby w żywym grobie". Jego tamtejsze życie znane jest z listów, pisywanych do Krakowa do redakcji "Misyj Katolickich". Stosunek jego do trędowatych da się określić tylko tym jednym słowem, że ich pokochał! Ciągle dziękował Bogu za to, że go odznaczył takim powołaniem. Zastawał schroniska, a raczej więzienia chorych, w stanie zupełnego zaniedbania, a pozostawiał po sobie wzorowe lecznice, z obsługą duchowną i lekarską, z zakonnicami pełnymi ofiarności, z kaplicami i biblioteczkami. Gdy sądził, że już może spokojnie pozostawić te zakłady swym następcom, zapragnął nowych trudów, gdzie od fundamentów trzeba było wszystko urządzać. Prosił przełożonych, żeby go wysłali na Sachalin. Z Madagaskaru na Sachalin, z kraju ognia w kraj lodu! Ale nie mógł wyjechać, bo zaraził się, sam zapadł na trąd i poszedł po nagrodę do nieba w r. 1912. Prawdziwy bohater! Kto zapoznał się bliżej z jego żywotem, podziwiać musi w nim szczególną harmonię cnót; obok poświęcenia wyłaniają się pokora, najgłębsza wiara, uprawianie darów Ducha Świętego i zrozumienie wszystkich władz i właściwości człowieczych, rozważanych ze stanowiska nadprzyrodzonego. Rzadko kto przejrzał tak dobrze istotę człowieka i spraw ludzkich. Udoskonalony w świątobliwości nadzwyczajnej, będzie pośrednikiem w otrzymywaniu łask Bożych; przygotowuje się podniesienie go na ołtarze.

Unosiła się zaś nad tym pokoleniem dostojna postać księcia Kościoła polskiego, ks. arcybiskupa lwowskiego, Józefa Bilczewskiego. Urodzony w r. 1860 w Wilanowicach w woj. krakowskim, gdzie ojciec jego był wiejskim cieślą i posiadał trochę roli, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, studiował teologię w Krakowie i tam otrzymał święcenia kapłańskie w r. 1884. Pogłębiał następnie swe nauki teologiczne w Wiedniu, w Paryżu i w Rzymie, poświęcając się przy tym ze szczególnym zamiłowaniem archeologii chrześcijańskiej. Wróciwszy do kraju, został profesorem wydziału teologicznego we Lwowie, a w r. 1900 zasiadł na stolicy arcybiskupiej. Jak największy nacisk kładł na wychowanie młodego pokolenia. Sławne są jego listy pasterskie, które wydano potem w trzech tomach; tłumaczono je na obce języki. Umiał jednoczyć patriotyzm polski z poczuciem katolickim, jak rzadko kto i pozostanie pod tym względem na zawsze wzorem dostarczającym mądrej nauki. On to wyjednał u papieża Piusa X pozwolenie, żeby w kalendarzu katolickim oznaczyć święto Królowej Korony Polskiej i to na dzień święta narodowego, na 3 maja.

Czym był ks. Bilczewski dla archidiecezji lwowskiej, niechaj mówią liczby: za jego rządów podwoiła się liczba kapłanów, przybyło sześć nowych klasztorów męskich i siedem żeńskich, powstało 21 nowych parafii i 96 ekspozytur, kościołów zaś parafialnych i kaplic publicznych przybyło 328. Wielka ta cyfra zwraca uwagę. Jak to? więc aż tylu kościołów brakowało w tej diecezji?

Sprawa ta ma za sobą ciekawą historię. Odkąd za Augusta II eparchie południowe przyjęły wreszcie także unię, przestano w tych prowincjach niemal zupełnie stawiać kościoły łacińskiego obrządku; wolano cerkwie, mogące teraz już służyć "i panu i chłopu", bo już także katolickie. Szlachta ówczesna bardzo była ambitna w sprawie wznoszenia domów Bożych, a na drewnianą cerkiew unicką każdego dziedzica było stać. Wynik był taki, że w każdej wsi powstała cerkiew, podczas gdy do łacińskiego kościoła trzeba jechać kilka mil, nawet kilkanaście. Praktyki religijne przeniosły się więc wszystkie do cerkwi; przed unickimi księżmi brano śluby, chrzczono dzieci. Było to wszystko zrazu w najzupełniejszym porządku.

W połowie XIX w. wyłoniła się wszakże kwestia narodowa. Widzieliśmy w życiorysie ks. Antoniewicza, jak to wszystko jedno było, czy po polsku czy po rusku, nawet Hucułów uważało się za lud polski. Mijało to przecież, aż w końcu minęło, a Rusini zaczęli uważać za swoich wszystkich, którzy byli chrzczeni w cerkwiach, tudzież ich potomków. Parochowie ruscy wiedli o te "dusze" z proboszczami łacińskimi nieraz gwałtowne i gorszące spory. Cerkiew zamieniała się na biurko ruskiej propagandy i zanim nasi księża się spostrzegli, już tysiące ludu polskiego i polskiej szlachty zagrodowej zruszczyło się. Wyliczono, że do r. 1909 łowienie dusz "łacińskich" przez duchowieństwo ruskie objęło 30740 osób.

Duchowieństwo łacińskie upominało się o swoje prawa; ale ksiądz łaciński, polski, był daleko, a pop ruski na miejscu. Jakimi zaś katolikami byli ci ruscy księża, widzieliśmy przy opisie spraw unii na Podlasiu i Chełmszczyźnie! Byli przyjaciółmi prawosławia, łatwo więc pojąć, jakimi byli nieprzyjaciółmi Polaków.

Ksiądz arcybiskup Bilczewski pragnął zaradzić tym rozterkom, a na to nie było innej rady, jak tylko ta, żeby Polakom było bliżej do kościoła i kapłana łacińskiego. Stąd ta jego gorliwość w mnożeniu parafii i kościołów. Nie sposób było zebrać w niedługim stosunkowo czasie tyle pieniędzy, ile by było potrzeba na pokrycie tak wielkich wydatków. Stawiał więc kaplice publiczne, tam gdzie nie starczyło na kościół; urządzał kościółki filialne, gdzie nie dało się założyć parafii, a gdzie nie dało się utrzymać duchowieństwa stałego tam księża nasi dojeżdżali przynajmniej w pewne oznaczone dni z nabożeństwami i z praktyką Sakramentów św.

Oto są te sławne "kaplice ks. Bilczewskiego!" Oby się dalej mnożyły, oby z kaplic powstawały kościoły, a z ekspozytur i filii nowe parafie obrządku łacińskiego!

O prześladowaniach w zaborze rosyjskim unitów dbali nadal sami tylko łacinnicy polscy. W roku 1900 zapanowała wielka radość w okolicach Niedźwiedzicy, bo przyjechał potajemnie przebrany kapłan z Krakowa i we wsi Rusinowicach przez dwa dni chrzcił, spowiadał, dawał śluby - po czym podążył w inną okolicę, "a za nim płynęły błogosławieństwa ludu i... policja".

Wkrótce pewnego wieczora odezwały się dzwony kościelne, po piętnastoletnim milczeniu. Dzwonnikiem była stara Serafina, która zorganizowała naprędce jakiś spisek, żeby zardzewiałe dzwony oczyścić i wysmarować. Chciała pożegnać podzwonnym zmarłego właśnie stryja Jana Kiełbasę, i starowina postawiła na swoim. Zjawiła się zaraz policja, bito nahajkami, lecz nic to nie pomogło. Odtąd dzwony kościelne stale "żegnały wiernych obrońców, opuszczających na zawsze bohaterski posterunek". Niedźwiedziczanom zaproponowano w r. 1903, że dostaną pozwolenie na wybudowanie nowego kościoła, byle stary kościółek oddali na cerkiew. Podejrzewali, że to podstęp i nie dali go. Dziewięciu wysłano na Sybir na trzy lata; nic nie pomogło. W następnym raku trzech jeszcze skazano na więzienie w Słucku, a potem na dwa lata zesłania. Wszystko na nic, kluczy nie ma!

Podczas gdy tak dalej krzątali się świątobliwi mężowie i świątobliwe niewiasty, każdy w swoim zakresie, od arcybiskupa do Serafiny, pilnując wspólnego celu, zaszedł fakt, który wstrząsnął wszystkimi, całą Europą. W roku 1905 zaczęła się wielka rewolucja rosyjska. Do Niedźwiedzicy docierały wieści, że rząd rosyjski się chwieje, że nastają jakieś nowe czasy. Uważali, że może to być stosowna pora, żeby naprawić stary kościółek, grożący rozwaleniem. Pokryli dach słomą i parli ściany. Pracowano nad tym trzy dni i trzy noce, a stanęli do roboty dosłownie wszyscy, starcy i dzieci. Było to pod koniec sierpnia 1905 r. Trzeciego dnia zjawiają się władze powiatowe, potem gubernialne i aż dwie roty wojska. Ludność modliła się spokojnie przed zamkniętymi drzwiami kościoła, żołnierze zestawili broń w kozły, a oficerowie nie wiedzieli, co począć, bo żadnego buntu nie widzieli. Aż ósmego września z rana wojsko otoczyło kościół, a "sprawnik" powiatowy oznajmił, że z pomocą popa wyniesie Przenajświętszy Sakrament i sprzęty kościelne. Wśród tłumu zerwał się groźny pomruk. "Jednomyślnie postanowiono dać się zagrzebać pod gruzami kościoła, krwią go swą oblać, zginąć najokropniejszą śmiercią - ale nie oddać, nie oddać!"

Wtedy przyjechali nagle dwaj kapłani, szanowani przez lud, ks. Harasimowicz z Klecka i ks. Wańkowicz z Darewa, łacinnicy i lud uspokoił się od razu. Nie zawahali się zgromić publicznie "sprawnika", któremu widocznie zależało na tym żeby doprowadzić do rozlewu krwi. Nie lepiej było w biurach gubernatora, do którego na próżno jeździli, żeby cofnął wojsko. Pojechał więc ks. Harasimowicz aż do Petersburga i tam przez trzy tygodnie biegał po ministerstwach. Minęły trzy tygodnie i jeszcze sprawy nie załatwili; widocznie i tam nie brakowało ludzi o złych zamiarach. Sprawą zainteresowały się gazety petersburskie, a wszystkie oświadczyły się przeciwko urzędom. Nareszcie kazano wycofać wojsko, a dnia 28 października 1905 r. car wydał „ukaz", żeby kościółek niedźwiedzicki otworzyć dla kultu katolickiego.

Nie było to żadnym przywilejem dla Niedźwiedzicy, lecz wynikało z postanowienia ogólniejszego; które car powziął wobec całego państwa: Otoczony rewolucją wydał manifest dnia 30 października 1905 r. Uznawał nietykalność osobistą, wolność zgromadzeń i stowarzyszeń; zapowiedziano "Dumę Państwową" (sejm) z mocą prawodawczą, tudzież ogłoszono wolność wyznaniową. Wtedy ponad 200000 unitów podlaskich przeszło od razu na obrządek łaciński, żeby raz na zawsze zerwać wszelkie więzy z prawosławiem.

W Niedźwiedzicy zaś, gdy pozwolono zdjąć pieczęcie i wejść do starego kościółka, lud nie ufając urzędnikom nie zrobił tego przy nich i dopiero, gdy policja się usunęła, dano ks. Harasimowiczowi otworzyć kościół. Dnia 20 listopada odbyło się pierwsze nabożeństwo, na które zjechała cała okolica, a ks. Wańkowicz obwieścił z ambony, że "oto wszyscy obecni znajdują się na miejscu cudu. Bóg okazał widocznie łaskę swoją, Hostia św. w ołtarzu, z takim poświęceniem broniona, została znaleziona tak świeża i nietknięta czasem, jak gdyby wczoraj konsekrowana, a nie przed laty 19". Na tym nabożeństwie nawet najbardziej zahartowani mężczyźni płakali, jak dzieci.

"Tracono zmysły ze szczęścia, całowano ławki i ściany, tulono się do filarów, biorąc je w ramiona i zerwała się burza płaczu ale płaczu błogosławionego". Wkrótce zaczęto zbierać składki na nowy kościół, duży i murowany. Ogłoszona wolność religijna przejmowała radością wszystkie prowincje dawnej Polski, ale rząd nie dotrzymał manifestu.

Po tej pierwszej rewolucji rosyjskiej w r. 1905 założono w czerwcu 1906 r. w Kongresówce "Macierz Szkolną". Zorganizowano ze składek (naprawdę dobrowolnych!) przeszło 400 szkół ludowych, trzy seminaria nauczycielskie i kilka gimnazjów; obok tego 211 ochronek, sporo kursów dla dorosłych analfabetów, kilkanaście domów ludowych z czytelniami, teatrami itp. Istniało to wszystko zaledwie półtora roku, zamknięte w grudniu 19O7 r., jako "niebezpieczne dla idei państwowej rosyjskiej". W roku 1909 zamknięto nawet "Towarzystwo Wpisów Szkolnych", zbierające składki na opłaty szkolne dla niezamożnej młodzieży. Dokładny spis szkół polskich parafialnych i średnich na Litwie i Rusi, zniszczonych w różnych czasach przez rząd rosyjski, sporządził śp. Giżycki. Spis ten obejmuje 589 pozycji. Świadectwem najlepszym, że na Rusi i Litwie mieszkają Polacy, było założenie "Oświaty" w Kijowie, stowarzyszenia, które otwarło mnóstwo szkół, czytelni i innych instytucji oświatowych. Do r. 1909 zamknięto je wszystkie.

Nie zastosowano też wolności religijnej w zupełności, gdyż nie zwrócono ani jednego katolickiego klasztoru, a o zakładaniu nowych nawet mowy nie było. Polski twórczy duch religijny ograniczony pozostawał nadal na ziemiach zaboru austriackiego w Galicji. Tam nastał w tych latach świetny rozwój Albertynów, Michalitów i Felicjanek. Brat Albert pozakładał przytuliska dla ubogich, starców, kalek, sierot, nieuleczalnych w Krakowie, w Tarnowie, we Lwowie, w Sokalu, Przemyślu, Stanisławowie, Kielcach, Bruśnie, Monasterku, Zakopanem. Od czasów św. Franciszka z Asyżu nie widziano podobnego ubóstwa, jak praktykowany przez Albertynów i Albertynki. Dawne spory Bernardynów o ubóstwo, zreformowane ubóstwo Kapucynów lub Reformatorów, to wszystko jeszcze nic w porównaniu z tym, co się widzi u Albertynów! Szczególny bo zakon, bo w nim mało kto jest kapłanem; sam "Brat Albert" nie próbował nawet studiów teologicznych. Zmarł podczas I wojny światowej w Krakowie w r. 1916. Całe miasto wyległo na pogrzeb, a wszyscy mówili sobie: "umarł święty". Proces beatyfikacyjny już rozpoczęto.

Ks. Markiewicza opuściliśmy, gdy mu władza duchowna zakazała zakładać nowy zakon. Zakłada wtedy stowarzyszenie świeckie pod nazwą "Powściągliwość i Praca" i wciąż buduje. Nie zabrakło jałmużny, składek, ani też osób zamożniejszych, składających większe ofiary. W Miejscu Piastowym powstała duża dzielnica, założona z niemałych gmachów; folwark, szkoły (nawet o zakresie gimnazjalnym, a także handlowe), coraz liczniejsze warsztaty, przybyła ślusarnia, introligatornia, galanteria skórzana, wreszcie drukarnia i nawet księgarnia nakładowa. Znał ks. Markiewicz w tym swoim osiedlu każdy szczegół, wszystkim sam się interesował. Skąd brał na to czas? Doprawdy łaska Boża objawiała się nad nim w tym, że umiał w jednym dniu zrobić tyle, ile drugi by robił cały tydzień. Zważmy, że był także proboszczem, więc nabożeństwa, ambona, konfesjonał, odwiedzanie chorych i na dodatek kancelaria parafialna. Toteż sypiał ledwie po cztery godziny na dobę. Wyróżniał się zaś bogobojnością tak dalece, iż "kapłani, którzy go osobiście znali, wszyscy jednomyślnie nazywali go mężem na wskroś Bożym, świętym człowiekiem nie z tego świata". Prawdziwie "można o nim powiedzieć, że całe jego życie było ciągłą modlitwą". A przy tym był to niepospolity umysł, który "nie tracił z oczu ani na chwilę szerokich widnokręgów społecznych i religijnych Polski. Słowem i pismem przepowiada zbliżający się huragan wojny światowej, odbudowę Polski i nawołuje do wytężonej pracy religijnej, obyczajowej oraz społecznej, zwłaszcza nad wychowaniem młodzieży, by przyszłym wielkim zadaniom sprostali odrodzeni na duchu Polacy".

Umarł 29 stycznia 1912 r. w wigilię niemal przepowiadanego "huraganu." Rzecz dziwna, jak nagle po jego zgonie wszyscy stali się gorliwymi zwolennikami jego myśli! Wszyscy przyznali mu słuszność. Podejmowane przez jego uczniów na nowo starania o utworzenie specjalnego zakonu - popierano teraz i w końcu w r. 1921 Stolica Apostolska zatwierdziła zgromadzenie zakonne pod wezwaniem Archanioła Michała, od czego zwą się w skrócie Michalitami. Dziś mają swe domy i rozległe dziedziny pracy w Miejscu Piastowym, w Pawlikowicach, w Berteszowie w woj. lwowskim, w Strudze pod Warszawą i w samej Warszawie, w Krakowie, we Lwowie i jeden na Litwie, w Dziatkowiczach; wychowanków razem mają przeszło 900. Przy grobie ks. Bronisława Markiewicza, pośród jego zakładów w Miejscu Piastowym, coraz więcej zdobywa się darów łaski Bożej, toteż starania o beatyfikację mają wszelkie dane za sobą.

Świetny był rozwój najstarszego z polskich żeńskich klasztorów, Felicjanek, pod przewodem świątobliwej Magdaleny Borowskiej. W roku 1907 otrzymała ostateczne zatwierdzenie zakonu od Stolicy Apostolskiej, na cały już świat. Uprosiła też szczególny przywilej, że we wszystkich główniejszych domach Felicjanek na obydwu półkulach odbywa się nieustanna, wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu. Umiała też doskonale rządzić i gospodarować. Doprowadziła stan zakonu do siedmiu prowincji, z czego dwie w Europie, i pięć w Ameryce, do 203 klasztorów i 2209 sióstr. Tak było w roku zgonu świątobliwej Borowskiej, w r. 1915. Utrzymywały zaś wówczas w Ameryce 150 polskich szkół parafialnych, a ile ochronek, schronisk, szpitali! Zmarła w Krakowie, została pogrzebana w kaplicy przy kościele na Smoleńsku. Nad grobem jej zawisły wkrótce wota ofiarne i zapewne cześć jej będzie wzrastać, aż spowoduje podniesienie jej na ołtarze.

Zmarła - a za nią i brat Albert - już podczas I wojny światowej, która miała nam przynieść niepodległość. Zanim to nastąpiło, Moskale i Niemcy wymyślali jeszcze nowe ciosy przeciw Polsce. W Rosji pozostawało to znów w związku ze sprawą unicką. Przypomnijmy sobie, jak Moskalom to zawadzało, że Chełmszczyzna stanowiła część Kongresówki; gdyby więc okoliczności zniewoliły rząd, że musiałby nadać Kongresówce autonomię, chciano zawczasu oderwać Chełmszczyznę od polskich rządów. Nie mogli pogodzić się z faktem, że 200000 ludzi przeszło tam na obrządek łaciński, a nie dawało się go już prześladować w samej Kongresówce. Od roku 1910 zaczęli przygotowywać grunt do tego zamachu, aż dokonali go w r. 1914, uszczupliwszy Kongresówkę o ziemię chełmską, tę dawną ziemię Lachów, na której według słów najstarszej kroniki ruskiej (Nestora) stały grody laskie "Czerwień i inne grody" Chełmszczyzna jest bowiem prawdziwą "ziemią czerwieńską", prastarą polską ziemią. Oderwanie jej ("wydzielenie" jak mówiono) trwało bardzo krótko i to tylko na papierze, gdyż w tym samym jeszcze r. 1914 wybuchła I wojna światowa, która miała przynieść nam niepodległość.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści