O. Jacek Salij - "Mały gość gimnazjalny"

Czy Ojciec zna kogoś, kto jakiemuś człowiekowi uratował życie?

Miałem kiedyś ucznia. Pamiętam, że nazywał się Krzysiek. I on uratował życie Maryśce.

Bardzo jestem ciekaw, jak to było.

On zupełnie nie ma słuchu. I kiedyś śpiewał. Maryśka mu wtedy powiedziała: "Przestań, bo umrę!" I on przestał. Wyobraź sobie, że Maryśka żyje do dziś.

Ja poważnie pytam, a Ojciec żartuje.

No to porozmawiajmy poważnie.

Właśnie mówili w dzienniku, że jeden tata rzucił się do wody, żeby ratować tonącego syna. Obaj utonęli. Zastanawiam się, czy mamy obowiązek biec na ratunek, jeżeli samemu można zginąć.

Nieraz już udawało się uratować kogoś z śmiertelnego zagrożenia, ale ten który ratował, sam utracił życie. Pan Jezus powiedział kiedyś, że nie ma większej miłości, niż kiedy ktoś oddaje życie za swoich przyjaciół.

A jeśli się zdarzy, że ratujący sam stracił życie, ale ginącego nie uratował, czy jego ofiara miała sens?

Przypomnij sobie świętego Maksymiliana, który oddał życie za współwięźnia. To wcale nie było pewne, że esesman zgodzi się na jego prośbę, żeby pozwolił mu pójść na śmierć głodową w zamian za pana Gajowniczka. Hitlerowiec mógł się zdenerwować i wysłać na śmierć ich obu. Jak myślisz, czy ofiara Ojca Maksymiliana nie miałaby już wtedy sensu?

Myślę, że w oczach Boga ta ofiara miałaby tę samą wartość, ale ludzie chyba by jej wtedy nie docenili.

Tu się zgadzamy, ja myślę to samo.

Ciągle nie wiem, czy mam biec na ratunek, jeżeli sam mogę zginąć. Nie chodzi mi nawet o tamtego ojca, bo kiedy jemu ginęło rodzone dziecko, to on o niczym nie myślał, tylko po prostu rzucił się na ratunek. Ale na przykład ja nie umiem pływać...

Bardzo bym Ci radził nauczyć się dobrze pływać. To naprawdę się przydaje.

Zgoda, ale dopóki się nie nauczę, to byłoby niemądre rzucać się na pomoc tonącemu koledze, skoro i tak bym go nie uratował, a sam na pewno bym też utonął.

Wtedy powinieneś ratować tak jak potrafisz, na przykład głośno krzyczeć, że ktoś tonie. Gdybyś rzucił się do wody, nie umiejąc pływać, to nie byłoby żadne ratowanie tonącego, tylko narobiłbyś ludziom nowego kłopotu.

Wolno mi skakać na ratunek bliźniemu tylko wtedy, kiedy jest jakaś szansa, że go uratuję. Tu się zgadzam. A jeśli będę skakał z jakiejś gałęzi albo ze skały na głowę do wody - i jest duża szansa, że nic złego mi się nie stanie - czy też wolno?

Czy nigdy nie widziałeś w telewizji chłopaka w wózku inwalidzkim, który ostrzegał przed takimi niebezpiecznymi rozrywkami? Masz rację: i tu i tu wiele się ryzykuje. Ale to zupełnie co innego ryzykować własne życie, żeby ocalić życie bliźniemu, a ryzykować swoje życie dla zabawy.

Przecież ryzyko dodaje naszym zabawom najwięcej uroku!

Widziałem kiedyś młodego rowerzystę, który jechał z wielkim pędem po chodniku. Wjechał na przechodnia, bąknął "przepraszam" i szybko uciekł. Ryzykowanie cudzym kosztem to coś wyjątkowo brzydkiego.

Czy to znaczy, że w ogóle nie wolno ryzykować?

Ale nie cudzym kosztem. Kiedy na przykład kierowca znacznie przekracza dozwoloną prędkość, mógłby pomyśleć o tym, że naraża nie tylko siebie.

Chłopak, który skacze na głowę do wody, naraża tylko siebie.

Akurat! Przecież jeśli wskutek własnej lekkomyślności zostanie kaleką, cała jego rodzina będzie przez wiele lat dźwigała konsekwencje jego niemądrego ryzyka.

Artyści cyrkowi, którzy chodzą po linie dwadzieścia metrów nad ziemią też ryzykują. A boks zawodowy, a wyścigi formuły jeden, a rajdy samochodowe - to wszystko wiąże się z podobnym ryzykiem i też może skończyć się kalectwem. Czy uprawianie takich sportów jest grzechem?

Wiesz Ty co, spróbujmy najpierw zobaczyć, czym różni się skok na głowę do wody w jakimś niesprawdzonym miejscu od uprawiania wymienionych przez Ciebie sportów. A potem wrócimy do Twojego pytania. Zauważ, że w dobrze sprawdzonym miejscu i pod okiem trenera albo swojego tatusia nawet skakać do wody możesz sobie ile chcesz i z różnymi fikołkami.

A no właśnie! Artysta cyrkowy przedtem wiele trenował. I do wszystkich takich niebezpiecznych sportów dopuszcza się tylko ludzi dobrze przygotowanych.

Stosuje się ponadto różne zabezpieczenia, na przykład podczas występu rozwieszona jest pod linoskoczkiem prawie niezauważalna dla widzów siatka, która go ubezpiecza. Zawodnicy rajdowi zakładają kaski, trener może poddać wyraźnie słabnącego boksera, a w razie wypadku zapewniona jest natychmiast pomoc lekarska.

Jednak ci sportowcy narażają swoje zdrowie, a nawet życie... Czy to nie jest grzech?

Obrońcy takich niebezpiecznych sportów mówią, że wypadki zdarzają się tam bardzo rzadko. Nie wiem, czy mają rację. Muszę Ci się przyznać, że nie mam pełnej jasności i nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na Twoje pytanie.

Jak to? Wobec tego, kto, jak nie ksiądz, ma wiedzieć, co jest, a co nie jest grzechem?

Parę rzeczy wiem tu na pewno. Na pewno grzech popełnia ten człowiek, który dopuszcza do takich niebezpiecznych konkurencji źle przygotowanego zawodnika. Na pewno powinny być zakazane takie sporty, gdzie groźne wypadki nie są czymś wyjątkowym. Na pewno też możemy nie rozumieć jakiegoś sportu, jeżeli sami go nie uprawiamy.

Proszę podać jakiś przykład.

Na przykład ja gdybym próbował skoczyć na nartach pięć metrów, na pewno połamałbym sobie nogi. Ale jeżeli trener Adama Małysza, pan Tajner, nauczył skakać swojego rodzonego syna, to na pewno zatroszczył się o to, żeby nawet skok na sto metrów był bezpieczny.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści