O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Razem z listem przesyłam książkę S.Maessena pt. "Hoc est Corpus meum". Książka ta bardzo wiele mi wyjaśniła. Bo od pewnego czasu (ale raczej od niedawna, a mam lat 60 i czasy soboru oraz zaraz po soborze dobrze pamiętam) słyszę zarzuty, że ostatni sobór, otwierając się na ekumenizm, sprotestantyzował wiarę katolicką, a reforma liturgiczna rozmyła wiarę w Trójcę Świętą, odbiera Mszy Świętej charakter ofiary i prowadzi Kościół do odejścia od wiary w rzeczywistość Ciała i Krwi Pańskiej w Eucharystii. Krótko mówiąc, chodzi o zarzuty strzelane z najgrubszych armat.

Do tego dołączają się zarzuty pod adresem Jana Pawła II, że popiera herezję antropocentryzmu i człowieka stawia w miejsce Chrystusa, powtarzając w swoich pouczeniach, że człowiek jest drogą Kościoła. Ojcu świętemu zarzuca się ponadto, że organizując modlitwy w Asyżu zrównał chrześcijaństwo z buddyzmem, islamem, a nawet z prymitywnymi religiami bałwochwalczymi. Otóż wszystkie te zarzuty znajduję w książce Maessena, która atakuje Kościół katolicki w imię... katolicyzmu, katolicyzmu rzekomo autentycznego, który nie uległ "błędom" ostatniego soboru.

To, że przedtem takich zarzutów się nie słyszało, a ostatnio słyszy się je coraz częściej, świadczy o tym, że nie rodzą się one w sercach katolików spontanicznie, ale są efektem propagandy lefebvrystów, która ostatnio u nas w Polsce bardzo się nasiliła. Moim zdaniem, nie można udawać, że tego zjawiska nie ma i że te zarzuty do nas nie dochodzą. Przynajmniej prasa katolicka oraz poważniejsze periodyki powinny pokazywać, na czym polega zło takich ataków na Kościół katolicki ze strony ludzi, którzy uważają, że są lepszymi katolikami niż sam papież.

Przypadek nieżyjącego już arcybiskupa Lefebvre´a oraz jego zwolenników swoją absurdalnością przypomina mi trwający przez kilka lat - na przełomie czterdziestych i pięćdziesiątych lat naszego stulecia - konflikt ze Stolicą Apostolską grupy teologów amerykańskich z Bostonu, której przewodził ksiądz Leonard Feeney. Teologowie ci oprotestowali naukę Piusa XII, że również niekatolicy mogą być zbawieni. Papież wyjaśniał, że przecież Pan Bóg ma moc również niewidzialnie włączyć do Kościoła tych, których chce zbawić. Otóż owi teologowie stanowczo twierdzili, że prawda, iż poza Kościołem nie ma zbawienia, oznacza po prostu, że żaden niekatolik nie będzie zbawiony.

Szczególnie nieugięty w tym sporze był Leonard Feeney. Jakkolwiek był on teologiem katolickim, w tej sprawie autorytet papieża się dla niego nie liczył. Nie miało dla niego znaczenia to, że już ponad półtora tysiąca lat wcześniej święty Augustyn powtarzał, że Pan Bóg ma swoich wrogów również wśród tych, którzy uchodzą za Jego przyjaciół, ale i ma swoich przyjaciół wśród tych, których ludzie uważają za Jego wrogów. Nie było dla niego argumentem to, że podobnie jak Pius XII nauczali już przedtem papieże Klemens XI (1713) i Pius IX (1864). On wiedział swoje: że żaden niekatolik nie będzie zbawiony.

Kiedy Stolica Apostolska, 8 sierpnia 1949, wydała oficjalny dokument, stwierdzający, że rygorystyczna interpretacja prawdy, że poza Kościołem nie ma zbawienia, jest niezgodna z wiarą katolicką, ksiądz Feeney ani myślał skorygować swoje stanowisko, przekonany, że w rozpoznaniu, co jest wiarą katolicką, myli się nie on, ale Stolica Apostolska. Sprawa skończyła się ekskomunikowaniem, w roku 1953, nieszczęsnego teologa, który broniąc tezy, że tylko katolik może być zbawiony, wolał sam znaleźć się poza Kościołem katolickim, niż dopuścić, że może nie mieć racji. Mnie osobiście postawa ta wydaje się odrobinę komiczna, a przede wszystkim absurdalna.

Otóż w postawie lefebvrystów dostrzegam analogiczne przeświadczenie, że oni lepiej niż sobór powszechny i kolejni papieże wiedzą, jaka jest autentyczna nauka Kościoła katolickiego.

Porównują oni niekiedy arcybiskupa Lefebvre´a do świętego Atanazego, który - w wieku IV - przez ponad czterdzieści lat wytrwale i wśród prześladowań bronił wiary katolickiej w czasach, kiedy nieżyczliwa katolicyzmowi polityka kolejnych cesarzy doprowadziła do tego, że większość biskupów skłaniała się ku arianizmowi.

Nie napiszę mocnego słowa, jakim miałbym ochotę skomentować to porównanie. Zwrócę tylko uwagę na to, że święty Atanazy bronił nauki soboru powszechnego, zaś abp Lefebvre zbuntował się przeciwko nauce soboru powszechnego. Święty Atanazy bronił nauki Soboru Nicejskiego, zaś abp Lefebvre walczył z nauką Soboru Watykańskiego II. W ogóle nie potrafię zrozumieć, jak można było wpaść na ten pomysł, że te dwie tak przeciwstawne sobie osobowości są sobie pokrewne.

Mniej więcej tyleż samo warte są inne argumenty formułowane przez lefebvrystów. Na temat spotkania w Asyżu z przedstawicielami różnych religii pisałem w numerze z września 1990. W swoim przemówieniu Ojciec święty nie zapomniał wówczas wyznać wiary Kościoła, że Jezus Chrystus jest Zbawicielem wszystkich - i tych, którzy są blisko, i tych, którzy są daleko. Żeby zaś uniknąć błędnego mniemania, jakoby było wszystko jedno, jak kto wierzy w Boga, zatroszczono się o to, by wyznawcy różnych religii modlili się odrębnie.

Jan Paweł II ma wielki charyzmat mówienia do niechrześcijan w sposób jasny, a zarazem pełen delikatności, że my chrześcijanie w Jezusa Chrystusa wierzymy naprawdę. Żeby dać próbkę tego sposobu mówienia, przypomnę, co powiedział - było to 19 sierpnia 1985 - na spotkaniu z młodzieżą muzułmańską w Casablance: "Uczciwość wymaga, byśmy uznali i szanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji. Jest w tym tajemnica, co do której - jestem tego pewny - Bóg nas kiedyś oświeci".

Rację mają lefebvryści, że gdyby było wszystko jedno, jak kto wierzy w Boga, znaczyłoby to, że prawda o Bogu jest nam zupełnie niedostępna. Kto sądzi, że wszystko jedno, jak kto wierzy w Boga, ten przestaje być chrześcijaninem. Tu trzeba wybrać: albo sądzę, że o Bogu niczego pewnego wiedzieć nie można i moje poglądy kształtuję według tego, co mi się wydaje, albo wierzę, że Bóg naprawdę objawił się w Jezusie Chrystusie. Rzecz jednak w tym, że dokładnie taka jest nauka zarówno ostatniego soboru, jak Jana Pawła II.

Niepokój natomiast budzi stanowisko lefebvrystów, jakoby szukanie porozumienia z niechrześcijanami oraz budowanie wobec nich postawy życzliwości stanowiło zagrożenie dla naszej wiary chrześcijańskiej. To swoje krytyczne stanowisko lefebvryści rozciągają również na ruch ekumeniczny, czyli na dialog między różnymi wyznaniami chrześcijańskimi. W tym mają rację, że relatywizm czy synkretyzm religijny stanowią realne zagrożenie dla naszej wiary i z pewnością zdarzają się przypadki dialogu fałszywego, prowadzącego do zagubienia naszej chrześcijańskiej tożsamości.

Czy jednak wolno rezygnować z dobra, jeśli może się niekiedy przyplątać do niego jakieś zło? Gdyby przyjąć taką logikę, ludzkość powinna by w ogóle zrezygnować z rodzenia dzieci: bo czy wolno małżonkom powoływać dziecko do życia, skoro narażamy je w ten sposób na różne choroby? Otóż logika rządząca naszą Bożą rzeczywistością jest zupełnie inna: życie jest wielkim darem Bożym, a chorób należy unikać, jeżeli zaś przyjdą, należy z nimi walczyć. Podobnie porozumienie między ludźmi różnych religii i wyznań jest wielkim dobrem; jeżeli zaś przy tej okazji pojawia się zagrożenie chorobą relatywizmu czy synkretyzmu, starajmy się tych chorób unikać, a kiedy się pojawiają, je przezwyciężać.

Nie lekceważyłbym też lęków formułowanych przez lefebvrystów, że we współczesnym Kościele - tak jak w Kościele wszystkich poprzednich pokoleń - pojawiają się nurty zagrażające naszej katolickiej wierze. Wystarczy przeglądnąć wydane w ciągu ostatnich trzydziestu lat dokumenty Kongregacji Nauki Wiary, żeby się zorientować, że Stolica Apostolska przypominała w okresie posoborowym o czci należnej Najświętszej Eucharystii, przestrzegała przed rozmiękczaniem prawdy o Trójcy Świętej, protestowała przeciwko przeinaczaniu wiary Kościoła w przyszłe zmartwychwstanie, przeciwstawiała się wprowadzaniu korekt do katolickiej etyki małżeńskiej i seksualnej, itd.

Jednak troskę lefebvrystów o czystość wiary katolickiej cechuje jakiś niedobry duch. Jest to duch jednocześnie nieposłuszeństwa i niesprawiedliwości. W przesłanej mi przez Pana książce czytam na przykład, że w posoborowym obrzędzie Mszy Świętej rozmyta została prawda o Trójcy Świętej. Ale przecież wystarczy chodzić co niedzielę do kościoła, żeby wiedzieć, że jest to zarzut po prostu nieprawdziwy.

Owszem, usunięto z obrzędu poprzedniego dwie ciche modlitwy kapłana kierowane do Trójcy Świętej. Ale zarazem wprowadzono wypowiadane głośno pozdrowienie trynitarne: "Miłość Boga Ojca, łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będzie z wami wszystkimi!". Owszem, prefacja z święta Trójcy Świętej jest teraz śpiewana tylko w samo święto. Ale zarazem wprowadzono do modlitwy eucharystycznej epiklezę, czyli wołanie o zstąpienie Ducha Świętego na przyniesione dary oraz na zebrany lud. Toteż ten zarzut lefebvrystów pod adresem posoborowej Mszy Świętej odbieram jako po prostu nieprzyzwoity.

Zarzucają ponadto lefebvryści, że w posoborowym obrzędzie Mszy Świętej zamiast o ofierze mówi się o uczcie eucharystycznej. Ale koronny argument jest w tym zarzucie teologicznie żenujący: że zmienione zostały modlitwy na ofertorium. Tak jak gdyby ofiara eucharystyczna dokonywała się przez przedstawienie Bogu chleba i wina, a nie przez konsekrację eucharystyczną!

Natomiast naprawdę trzeba utracić ducha katolickości, ażeby przeciwstawiać sobie ofiarę i ucztę eucharystyczną. Przecież jedną z podstawowych cech wiary katolickiej jest to, że chce się ona otwierać na prawdę Bożą we wszystkich jej aspektach. Katolicyzmowi obce jest - tak charakterystyczne dla herezji - takie fascynowanie się jakimś aspektem prawdy Bożej, które prowadzi do odrzucenia jakiejś innej prawdy Bożej. A przecież Kościół od najdawniejszych czasów widzi w Najświętszej Eucharystii zarówno ofiarę jak ucztę!

Z zagubienia katolickości płynie również zarzut antropocentryzmu pod adresem Jana Pawła II. Ciężkim błędem jest umieszczanie człowieka w miejscu należnym Bogu. Ale wysławianie Boga za to, że wielką godnością obdarzył człowieka, przypominanie ludziom, że w Chrystusie my, grzesznicy, możemy odzyskać naszą godność, należy do samej istoty wiary chrześcijańskiej!

Toteż trudno nie zgodzić się z Janem Pawłem II, który w poświęconym lefebvryzmowi liście apostolskim z 2 lipca 1988 tal oto ocenia ten bunt przeciwko Stolicy Apostolskiej: "Korzenie tego schizmatyckiego aktu można dostrzec w niepełnym i wewnętrznie sprzecznym rozumieniu Tradycji. Niepełnym, bowiem niedostatecznie uwzględniającym żywy charakter Tradycji, która - jak z całą jasnością uczy Sobór Watykański II - wywodząc się od Apostołów, czyni w kościele postępy pod opieką Ducha Świętego". (...)

"Przede wszystkim jednak wewnętrznie sprzeczne jest takie rozumienie Tradycji, które przeciwstawia się powszechnemu Magisterium Kościoła przysługującemu Biskupowi Rzymskiemu i Kolegium Biskupów. Nie można pozostać wiernym Tradycji, zrywając więź kościelną z tym, któremu, w osobie Apostoła Piotra, sam Chrystus powierzył w swoim Kościele posługę jedności".

I zwraca się Ojciec święty z gorącym apelem do wszystkich jawnych i ukrytych lefebvrystów: "W zaistniałej sytuacji pragnę zwrócić się z uroczystym, pełnym przejęcia ojcowskim apelem do tych, którzy dotąd byli w rozmaity sposób związani z ruchem arcybiskupa Lefebvre´a, ażeby spełnili poważną powinność pozostania w jedności z Zastępcą Chrystusa w zjednoczeniu z Kościołem katolickim i by w żaden sposób nie wspierali już tego ruchu. Wszystkim powinno być wiadome, że formalna przynależność do schizmy jest poważną obrazą Boga i pociąga za sobą ekskomunikę ustaloną przez prawo Kościoła".

Czyż apel ten nie jest echem tych słów, jakie napisał niegdyś Apostoł Paweł do Koryntian?: "Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów" (1 Kor 1,10).

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści