O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Od dłuższego czasu gorąco odmawiam słowa modlitwy, aby Chrystus uwolnił nas od grzechu i "od wszelkiego zamętu". Ten zamęt w moim życiu wynika z faktu, że jestem żoną alkoholika. Jego ucieczka w alkohol zaczęła się ponad dwadzieścia lat temu, a od ponad sześciu lat są to na przemian ciągi i wychodzenie z nich (te ostatnie coraz krótsze). Stan taki zrodził wiele problemów, ale jeden z nich jest dla mnie szczególnie niepokojący. Chodzi o współżycie małżeńskie, a dokładnie - czy jestem do niego zobowiązana w sytuacji, gdy mąż stał się tak prymitywny, że traktuje mnie jak naczynie na spermę, potrafi mnie uderzyć, deklarując uczucia, wykrada mi pieniądze przeznaczone na tak zwane życie, nawet jeżeli są to ostatnie grosze na chleb.

Po jednym przypadku rękoczynów postawiłam mężowi warunek, że będę mu w pełni żoną, jeżeli podejmie leczenie. Niestety, nie udało mi się zmobilizować go, potraktował to jako szantaż. Ciągle teraz słyszę o prawie kanonicznym, o pozwoleniu państwowym i kościelnym na korzystanie z mojego ciała, a także wyrzuty, jak śmiem w takiej sytuacji przystępować do Komunii świętej.

Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że zarzuty, jakie stawia mi mąż, to jego własne usprawiedliwianie picia. Nie chciałabym jednak, aby taki stan popchnął go do grzechu. Z kolei dać się traktować jak przedmiot to też przecież grzech - nawet w małżeństwie.

Zdarzyło się już dwa razy, że mąż usiłował mnie udusić. Sam w trzeźwiejszych chwilach przyznaje, że jest niebezpieczny dla mojego życia. Czy w takiej sytuacji nie powinnam podjąć starań, aby od niego odejść? Czy gdyby mnie zadusił na śmierć, to byłabym świętą żoną czy kompletną idiotką? Przepraszam za sarkazm i gorycz, ale jestem tak obolała i otumaniona tą sytuacją, że nie widzę jasno i niczego już nie wiem na pewno.

Niech Pani postara się jak najszybciej nawiązać kontakt z jakąś grupą Al.-anon. Spotykają się tam osoby mające wśród swoich najbliższych kogoś uzależnionego od alkoholu, ażeby dzielić się swoimi problemami i doświadczeniami. Otóż okazuje się, że już tylko to jedno, iż kobieta mająca męża alkoholika zacznie unikać tych elementarnych błędów, jakie zazwyczaj żony alkoholików popełniają, niemal z dnia na dzień zmienia na lepsze sytuację w tej rodzinie. Na zebraniach Al.-anon spotka Pani niejedną kobietę, która miała - a nieraz wciąż jeszcze ma - podobne problemy ze swoim mężem, usłyszy Pani o różnych konkretnych sukcesach i porażkach, jakie się zdarzają w takiej sytuacji, znajdzie tam Pani osoby, których będzie się można poradzić. I w ogóle sporo się tam Pani dowie o tym, jak pomóc swojemu uwikłanemu w alkoholizm małżonkowi, a także o tym, co robić, żeby nie stać się więźniarką nałogu swojego męża.

Ufajmy, że kiedy uda się Pani zastosować nową, podpatrującą dobre doświadczenia innych kobiet strategię wobec alkoholizmu swojego męża, od razu zniknie problem fizycznego zagrożenia z jego strony. W przeciwnym razie, niestety, trzeba myśleć nawet o separacji albo przynajmniej o poinformowaniu policji, że czuje się pani zagrożona ze strony własnego męża. Proszę zauważyć: nie radzę Pani ani jednego ani drugiego, radzę tylko nie wykluczać również takich radykalnych rozwiązań. Jeśli istnieją inne wyjścia z opisanej przez Panią sytuacji, lepiej po tak ostre rozwiązania nie sięgać, ale gdyby Pani oceniła, że są one niezbędne, to jednak lepiej wybrać swoje bezpieczeństwo. Tak czy inaczej, jestem głęboko przekonany, że z chwilą, kiedy zacznie Pani korzystać z doświadczeń Al.-anon, niejedno będzie się zmieniało na lepsze.

Przejdźmy do głównego tematu Pani listu. Wręcz poraziło mnie to, że mąż - nawet jeśli tylko w chwilach zapomnienia się - uważa się za właściciela swojej żony i widzi w niej niewolnicę zobowiązaną do usług seksualnych. I jeszcze wydaje mu się, że takie prawa otrzymał od samego Boga (zapewne w sakramencie małżeństwa?), i że żona broniąca się przed traktowaniem jej na sposób prostytutki, próbująca ocalić godność ich małżeńskiego współżycia, powinna być odsunięta od Komunii świętej.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: Ja teraz spróbuję ocenić pewną postawę, a nie Pani męża. Miejmy nadzieję, że mąż Pani - w miarę jak będzie go Pani odzyskiwała dla siebie i dla Waszej rodziny - sam zdystansuje się wobec tych poniżających Panią pomysłów i zachowań, i że jeszcze po wielekroć się Pani przekona, iż nałóg jedynie chwilowo zagłuszył w nim jego dawną wrażliwość oraz małżeńską miłość.

Zatem przypatrzmy się owej postawie, kiedy ktoś czuje się właścicielem swojej żony i wierzy w swoje uprawnienia do tego, żeby ją seksualnie poniżać. Otóż powiedzmy sobie z całą jasnością: Gdyby ktoś nawet w Piśmie Świętym znalazł zdania sankcjonujące taką postawę, znaczyłoby to tylko tyle, że nauczył się naśladować diabła, któremu też zdarza się cytatami z Pisma Świętego uzasadniać swoją niegodziwość (por. Mt 4,6).

Ale otwórzmy Pismo Święte i przypomnijmy sobie, co mówi się tam o wzajemnych relacjach męża i żony. "Mężowie - powiada Apostoł Paweł - miłujcie żony i nie bądźcie dla nich przykrymi" (Kol 3,19). "Mężowie - czytamy z kolei u Apostoła Piotra - we wspólnym pożyciu liczcie się rozumnie ze słabym ciałem kobiecym" (1 P 3,7).

Najważniejsze pouczenie na ten temat znajduje się w Liście do Efezjan: Mąż swoją miłość do żony winien kształtować na wzór miłości Chrystusa do Kościoła, a ta miłość jest przede wszystkim ofiarna, aż do oddania życia. "Mężowie - przypomnijmy istotne fragmenty tamtego pouczenia - miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie (...). Mężowie powinni miłować swoje żony tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół" (Ef 5,25-29).

Zerknijmy jeszcze do prawa kanonicznego. Również tam znajdują się orzeczenia wykluczające postawę własnościową wobec współmałżonka: "Każdemu z małżonków przysługują jednakowe obowiązki i prawa w tym, co dotyczy wspólnoty życia małżeńskiego" (kanon 1135). Jest to niemal dosłownie przepisany kanon 1111 ze starego prawa kanonicznego, zatem nie chodzi tu o przepis nowy.

Skąd wobec tego wzięły się te przeświadczenia, jakoby żona miała powinność godzenia się na to, ażeby mąż się nad nią seksualnie znęcał? Tu przypomina mi się znany dowcip z pytaniem do radia Erewan, czy to prawda, że w Warszawie na bazarze Różyckiego rozdają rowery. Radio Erewan miało wówczas odpowiedzieć: "Owszem, to prawda, z tym tylko, że nie rowery, tylko samochody, i nie rozdają, tylko kradną". Krótko mówiąc, wspomniane przeświadczenia funkcjonują na zasadzie przysłowia, że ktoś słyszał, że dzwoni, tylko nie wie, w którym kościele.

Źródłem tego pożałowania godnego przesądu, jakoby obowiązkiem małżeńskim było poddawanie się bez zastrzeżeń wszystkim namiętnościom współmałżonka, jest pouczenie Apostoła Pawła z 1 Kor 7,1-7. Apostoł pisze tam, że nie podoba mu się taka gorliwość religijna, która chce jednostronnie narzucać współmałżonkowi abstynencję seksualną. Owszem - wyjaśnia Apostoł - czymś chwalebnym jest podjęcie ze względów religijnych jakiegoś postu małżeńskiego, ale niech to będzie za obopólną zgodą i tylko na jakiś czas. Chodzi nawet i o to - dodaje - ażeby zbyt rygorystyczną gorliwością nie narażać współmałżonka na pokusę cudzołóstwa.

W prawie kościelnym pojęcie powinności małżeńskiej pojawiło się - o ile mi wiadomo - dopiero w okresie średniowiecza, i początkowo było ważnym narzędziem używanym dla obrony nowożeńców przed niechcianym małżeństwem. W czasach, kiedy wybór małżonka należał bardziej do rodziców i innych krewnych, niż do samych zainteresowanych, jakieś realne zabezpieczenie wolnego wyboru swojego życiowego towarzysza dawał przepis ówczesnego prawa kanonicznego, że - cytuję teraz świętego Tomasza z Akwinu - "po zawarciu małżeństwa nie od razu jest się zobowiązanym do oddawania powinności, lecz dopiero po dwóch miesiącach" (Suma teologiczna, Suppl., q.61 a.2 ad 2). Jeden z ówczesnych dokumentów kościelnych podawał następujące uzasadnienie tego przepisu: "ażeby mąż nie nauczył się lekceważyć tej, którą otrzymał bez uprzedniego wzdychania za nią" (tamże). Przede wszystkim jednak w ciągu tych dwóch miesięcy nowożeńcy zdecydowanie przeciwni narzuconemu sobie małżeństwu mogli wywalczyć uwolnienie się od niechcianego związku.

Wróćmy jeszcze do fragmentu z 1 Kor 7,1-7. Bezpośredni sens tego tekstu już sobie wyjaśniliśmy. Nie ma też najmniejszej wątpliwości, że ani w tym, ani w żadnym innym miejscu Pisma Świętego nie znajdziemy aprobaty dla własnościowego stosunku do współmałżonka. Jednak błędem byłoby negowanie samego pojęcia powinności małżeńskiej.

Z pojęciem tym jest trochę podobnie jak z pojęciem obowiązków rodzicielskich. Oczywiście, że rodzice mają ścisły obowiązek troszczyć się o swoje dzieci, ale należy współczuć dzieciom, którymi rodzice zajmują się tylko z obowiązku. Podobnie - rzecz jasna - istnieje coś takiego jak powinność małżeńska, ale chodzi przecież o to, aby małżonkowie tak troszczyli się o swoją wspólnotę małżeńską i tak starali się wczuwać w potrzeby i odczucia, w chęci i niechęci swojego współmałżonka, ażeby uniepotrzebniać samo nawet pojęcie powinności małżeńskiej.

Przy takiej postawie, z pewnością zarówno mąż jak żona nieraz będą przezwyciężać - ze względu na swego współmałżonka - czy to chęć, czy to niechęć do małżeńskiego zbliżenia. Ale będą się starali czynić to z miłości, zatem chętnie (podkreślmy: chętnie!) rezygnując ze zbliżenia, lub chętnie się na nie zgadzając, ażeby zadowolić oczekiwania współmałżonka.

Nie jest jednak tak, ażeby żona miała być niewolnicą swojego męża, czy nawet niewolnicą jego namiętności. Apostoł Paweł mówi tu o zasadzie wzajemności: "Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona" (1 Kor 7,4). Zatem zasada, na którą tu próbuję zwrócić uwagę, wtedy dopiero da się realizować, kiedy oboje małżonkowie starają się wzajemnie kochać i szanować.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści