O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Jestem bibliotekarką w dużej bibliotece. Moja praca polega m.in. na wprowadzaniu do komputera treści kart katalogowych z kartoteki zagadnieniowej. Moje wątpliwości pojawiły się, gdy wprowadzałam do komputera karty należące do haseł: parapsychologia, psychotronika, astrologia. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy zawartość tych kart znajdzie się w komputerze, informacje o tej literaturze staną się bardziej dostępne. A skoro jest to literatura szkodliwa, przyczyniając się do jej rozpowszechniania, przyczyniam się do zła. Czy więc powinnam odmówić wykonania tej pracy?

Podobne rozterki i obawy przeżywałam kiedyś w związku z książkami antykościelnymi. Przeważyło zdanie pewnego kapłana, że ochrona Kościoła nie polega na ukrywaniu zarzutów wobec niego. Mimo to jednak, kiedy mam opracować karty książek ośmieszających i krytykujących Kościół, jestem w wielkiej rozterce. To samo dotyczy publikacji propagujących antykoncepcję. Chcę być dobrym, uczciwym pracownikiem, który nie eliminuje książek ani artykułów niezgodnych z moimi poglądami. A jednocześnie chcę być chrześcijaninem, który nie dokłada swoich cegiełek do czegoś, co przyczynia się do niszczenia człowieka.

Przypomina mi się kilka rozmów i kilka listów z problemem dość podobnym. Na przykład przyszedł do mnie kiedyś młody adwokat, który, dopóki nie zaczął się tym zajmować, nie widział nic złego w prowadzeniu spraw rozwodowych. Ale takie miał dziwne szczęście, że raz po raz trafiał mu się klient, który ewidentnie zrujnował życie swemu współmałżonkowi, a od niego oczekiwał takich usług, ażeby mógł tego współmałżonka skrzywdzić jeszcze więcej. Sumienie tego adwokata, choć raczej mało wrażliwe na wartość nierozerwalności małżeństwa, zaczęło mu sygnalizować, że coś z tym jednak trzeba zrobić.

Kiedyś znów napisał do mnie plastyk, któremu zaproponowano - za bardzo atrakcyjne pieniądze - zrobienie reklamy jakichś środków antykoncepcyjnych. Spontanicznie odmówił, ale kolega wyśmiał go, że jest idiotą. Napisał on do mnie, bo chciał się upewnić, czy rzeczywiście nie było to z jego strony doktrynerstwo.

Całkiem niedawno otrzymałem list od informatyka, opracowującego programy dla przedsiębiorstw i później pomagającego wprowadzać je w przedsiębiorstwach, które je zakupiły. Jego problem zaczął się wtedy, kiedy opracowany przez niego program zakupiło przedsiębiorstwo - on nie miał na to żadnego wpływu - całkiem niemało zajmujące się rozprowadzaniem pornografii. Czuł, że choćby nawet przyszło mu utracić pracę, powinien powiedzieć swojemu pracodawcy, że nie będzie współpracować z tym przedsiębiorstwem.

Ze dwa albo trzy razy pisali do mnie tłumacze, z zapytaniem, czy wolno im przekładać teksty wrogie chrześcijaństwu albo inne teksty, które budzą w nich opór. Swoją ogólną odpowiedź opierałem wówczas na przekonaniu, że na ogół potrafimy prawie nieomylnie odróżnić teksty pisane w złej woli i w złych intencjach od tekstów, z którymi możemy się głęboko nie zgadzać, ale które przecież były pisane w dobrej woli. Co do tych pierwszych - niezależnie od tego, czy jest to poradnik, jak popełnić samobójstwo, czy instruktaż, jak produkować narkotyki, czy może są to jakieś teksty obsceniczne albo teksty z jakimś przesłaniem nienawiści - pod żadnym pozorem nie powinniśmy przykładać palca do ich rozprzestrzeniania. Co do tych drugich, nieraz są to teksty tak wartościowe, że praca nad ich przekładem jest po prostu prawdziwą służbą społeczną; ale nawet w przypadku tekstów mniej wartościowych, wolno być bardziej elastycznym, choć zarazem nie powinniśmy udawać, jakoby pytanie moralne, czy wolno je tłumaczyć, było czystym urojeniem. Ale zostawmy ten problem, bo przecież w jednym liście nie sposób odpowiedzieć na wszystkie szczegółowe pytania.

Pani list przymusza mnie do tego, żeby problem współpracy ze złem przedstawić wreszcie mniej więcej systematycznie. Otóż tradycyjnie wyróżnia się sześć sposobów współpracy ze złem w sensie ścisłym oraz trzy sposoby współpracy w sensie nieścisłym. Wyliczmy te dziewięć przypadków:

  1. nakazywanie zła. Na tym właśnie polegała zbrodnia króla Dawida, że w liście do dowódcy swoich wojsk napisał: "Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpcie go, aby został ugodzony i zginął" (2 Sm 11,15).
  2. doradzanie zła, podżeganie do zła. Tego grzechu dopuściła się na przykład Herodiada, podpowiadając rodzonej córce, ażeby poprosiła króla o głowę Jana Chrzciciela (Mk 6,24).
  3. zgadzanie się na zło. Tego z kolei grzechu winien był kapłan Heli, który nie potrafił w sposób poważny przeciwstawić się niegodziwemu postępowaniu swoich synów (1 Sm 2,29).
  4. przytakiwanie złu. Niekiedy człowiek na tej drodze szuka fałszywego samousprawiedliwienia: sam jestem obciążony jakimś grzechem i właśnie dlatego głośno aprobuję tych, którzy podobny grzech popełniają. Tacy ludzie nie tylko sami złych czynów się dopuszczają - zauważa Apostoł Paweł - "ale nadto chwalą tych, którzy to czynią" (Rz 1,32).
  5. patronowanie złu. W ten sposób królewicz Absalom szerzył ducha anarchii w swoim społeczeństwie (2 Sm 15,1-6), zaś Antioch Epifanes objął patronat nad wprowadzaniem pogańskich obyczajów do ludu Bożego (1 Mch 1,10-15).
  6. uczestnictwo w złu. Na przykład w zbrodni zamordowania niewinnego uczestniczyli fałszywi świadkowie, kiedy sądzono Nabota (1 Krl 21,13) i samego Chrystusa Pana (Mt 26,61). Natomiast uczestnikiem kradzieży jest zarówno ten, kto przygotował złodziejowi potrzebne mu narzędzia, jak ten, kto go ubezpieczał, i ten, co go ukrywał przed policją, jak wreszcie paser, który zajął się spieniężeniem rzeczy ukradzionych.
  7. milczenie w obliczu zła. W ten sposób wspólnota chrześcijańska w Koryncie tolerowała sytuację, że jeden z jej członków żył z żoną swego ojca (1 Kor 5,1n).
  8. nie podejmowanie możliwych dla siebie działań przeciwko złu. Ten rodzaj współpracy ze złem wypomniano biskupowi Kościoła w Tiatyrze (Ap 2,20).
  9. ukrywanie zła przed czynnikami, które powinny się o nim dowiedzieć (np. przed policją czy rodzicami).

Pani problem mieści się w punkcie szóstym, zatem do niego się ograniczmy. Chwilowo jednak zapomnijmy o konkretnym problemie, przed jakim Pani stoi, i omówmy generalnie problem uczestnictwa w czynionym przez kogoś złu. Zacznijmy od rozróżnienia uczestnictwa chętnego oraz wymuszonego (tak próbuję oddać klasyczne rozróżnienie uczestnictwa formalnego i materialnego). Pierwsze ma miejsce wtedy, kiedy ja chcę tego zła i wewnętrznie się na nie zgadzam. Drugie - kiedy ktoś wolałby, żeby tego zła nie było, a przyczynia się do niego, bo wydaje mu się, że musi (np. w dawnych czasach służący nieraz czuł się zmuszony pomagać swemu panu w jego wyprawie erotycznej, mimo że wewnętrznie był jej przeciwny). Otóż formalne, chętne uczestnictwo w złu zawsze jest moralnie naganne, uczestnictwo zaś materialne, wymuszone, jest naganne często, ale nie zawsze.

Kiedy jest moralnie naganne, a kiedy takim nie jest? W celu odpowiedzi na to pytanie tradycyjna myśl moralna wprowadzała dwa rozróżnienia. Po pierwsze, inaczej należy oceniać bezpośrednią współpracę ze złem, inaczej zaś współpracę pośrednią. Współpracy bezpośredniej nie da się moralnie usprawiedliwić. Na przykład - niezależnie od tego, jakie jest nasze pierwsze odczucie na ten temat - nie da się usprawiedliwić postępowania wspomnianego przed chwilą służącego. Ciężko grzeszą również - choćby wewnętrznie byli całym sercem przeciwko temu, czego dokonuje ginekolog - uczestniczący w aborcji anestezjolog czy instrumentariuszka, nawet gdyby w razie odmowy mogliby być wyrzuceni z pracy.

Jest to nauka trudna i niekiedy można ciężko zapłacić za odmowę bezpośredniego przyłożenia ręki do jakiegoś zła. Ale też z drugiej strony, uleganie presji w takich sytuacjach utrwala panowanie zła w naszym ludzkim świecie. Kościół stara się tę naukę głosić z całym współczuciem dla ludzi przymuszanych do uczestnictwa w złu, zarazem próbuje drogę tym ludziom rozświetlać za pomocą słowa Pana Jezusa: "Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, jeśli duszy zabić nie mogą" (Mt 10,28). Nigdy też nie jest tak, żeby Pan Bóg, dopuszczając na nas jakąś ciężką próbę, nie dał zarazem siły, abyśmy mogli jej sprostać (por. 1 Kor 10,13).

Czy współpraca pośrednia ze złem może być moralnie bez winy? Często rzeczywiście tak jest, ale nie zawsze. Tutaj trochę porządku wprowadzimy dzięki następnemu rozróżnieniu: Pośrednia współpraca ze złem może być świadoma albo nieświadoma, a mówiąc dokładniej - zamierzona (nawet jeśli wymuszona) albo niezamierzona. Obie są moralnie do usprawiedliwienia, jednak pod pewnymi warunkami. Co do pierwszej - im większy wpływ ma moja współpraca na samo dokonanie zła, tym poważniejsza musi być przyczyna, dla której wolno mi pośrednio przyczynić się do czyjegoś zła.

Podam przykład z filmu: Oto na stacji benzynowej bandyci żądają paliwa do swojego samochodu. Obsłużenie cudzego samochodu, wzięte samo w sobie, niewątpliwie nie jest czynem wewnętrznie złym. Zatem wolno mi spełnić ich żądanie, gdyby w przypadku odmowy groziła mi śmierć lub poturbowanie. W takich sytuacjach nie wolno mi tylko - nawet jeśli naraża mnie to na wielkie niebezpieczeństwo - uczynić coś, co jest złe samo w sobie.

Co do współpracy pośredniej nie zamierzonej - wystarczy, że generalnie nie jest nam obojętne to, jaki wpływ mają nasze działania na zachowania innych; że staramy się (bez nerwicy!) minimalizować ewentualny nasz wpływ na złe działania innych.

Pani problem mieści się - jak sądzę, bez reszty - w sferze współpracy pośredniej niezamierzonej. Zapytajmy najpierw, z jakim to złem Pani - jako bibliotekarka - pośrednio i w sposób niezamierzony ewentualnie współpracuje? Samo w sobie czytanie książki - nawet złej książki - nie jest grzechem. Grzechem jest dopiero takie czytanie książki, które szkodzi duszy; grzechem może być ponadto bezpośrednie narażanie siebie lub drugiego na taki zły kontakt z jakąś książką. Niekiedy jednak sięgnięcie nawet po bardzo złą książkę może być wręcz obowiązkiem nauczyciela czy rodzica. Z kolei to, czy książka jest zła, w jakiejś mierze zależy od okoliczności: Ta sama książka, która jednemu przynosi duchową szkodę, dla drugiego może być książką pożyteczną, również pożyteczną duchowo.

Zmierzam do konkluzji. Otóż radziłbym Pani w spokoju sumienia kontynuować swoją pracę. Inaczej bym radził, gdyby Pani pracowała w bibliotece szkolnej, w której sama obecność niektórych rodzajów książek byłaby czymś karygodnym. Owszem, również w bibliotece miejskiej czy nawet naukowej bibliotekarz może coś dobrego czytelnikowi doradzić albo coś złego odradzić. Nie wydaje się jednak, żeby jego winą było to, że ktoś z książek znajdujących się w bibliotece korzysta w sposób zły.

Myślę jednak, że problemy przez Panią poruszone powinny być przedmiotem uwagi, namysłu i rozmów środowisk bibliotekarskich. Zresztą w bibliotekach nastawionych na popieranie zwyczajnego czytelnictwa bibliotekarze z prawdziwego zdarzenia i tak starają się ograniczyć puszczanie śmieci do czytelniczego obiegu (nie tylko senników czy kalendarzy astrologicznych, ale również grafomaństwa literackiego, książek jawnie lekceważących fakty, szerzących nienawiść, itp.).

Ponieważ Pani problem pojawił się podczas opracowywania informacji o książkach, może warto podzielić się swoimi wątpliwościami z jakimiś ludźmi z bibliotekarskiego środowiska, którzy budzą Pani zaufanie. Ja jednak jestem kimś z zewnątrz i jakichś imponderabiliów pracy bibliotekarza mogę w ogóle nie zauważyć. Z kolei Pani jest tylko pojedynczym człowiekiem, zaś tego rodzaju problemy na ogół wymagają namysłu zbiorowego.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści