O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Mam koleżankę, której duchowym dramatem jest samotność. Nie mogę jej zrozumieć, bo są w niej jakby dwie dziewczyny. Jest osobą pobożną, a z drugiej strony często buntuje się przeciw Bogu, że nie wolno jej wyjść za człowieka żonatego. "On - chodzi jej o Pana Boga, a krzyczy na mnie - nie może tego ode mnie żądać, żebym całe życie była bez chłopa. Ja chcę mieć dzieci, ja muszę mieć rodzinę".

Piszę do Ojca na gorąco, bo właśnie dzisiaj wyznała mi, że jest w ciąży. Z żonatym mężczyzną. Znam tego pana, tak z daleka, bo mieszkam w tym samym miasteczku (koleżanka mieszka 30 km dalej, ale oboje - w tej sytuacji, niestety - mają samochody). To prawda, że wskutek znajomości z nią w jego rodzinie się popsuło, ale wydaje mi się, że jeszcze dziś jego małżeństwo jest do uratowania.

Teraz koleżanka widzi tylko dwa wyjścia: albo rozwód tamtego pana (a ma on dwoje małych dzieci) i małżeństwo z nią, albo aborcja. Alternatywę aborcji widzi w aurze swojej wspaniałomyślności: "gdybym miała być dla niego przeszkodą, to usunę się z jego życia". Ale samotne wychowywanie dziecka nie wchodzi w grę. Jestem zdruzgotana tą dzisiejszą rozmową i całą tą sytuacją. Dlatego piszę do Ojca.

Najpierw się usprawiedliwię, dlaczego w ogóle pominę w tym liście pytanie, jak w tej poplątanej przez ludzkie grzechy sytuacji powinien się zachować ów mężczyzna. Musiałbym się tym pytaniem zająć, gdyby poprosił mnie o to on sam, albo jego żona, albo ktoś z jego lub jej znajomych. Natomiast wprowadzenie tego wątku do niniejszego listu - w sytuacji, kiedy mnie Pani o to nie pyta - mogłoby wprowadzić do mojej odpowiedzi, i tak przecież niełatwej, niepotrzebne szumy.

Patrząc od strony Pani obecności w tej sytuacji, w tej chwili czymś najważniejszym jest nie dopuścić do śmierci dziecka. Toteż niech Pani okazuje swojej koleżance jak najwięcej przyjaźni i ciepła. Trzeba ją chronić od takiej ciemnej godziny, w której mogłaby zrobić coś takiego, czego później przez całe życie nie mogłaby sobie wybaczyć.

Nawet gdyby myśl o aborcji w niej narastała, proszę się nie poddawać. Na świecie żyje wielu ludzi, których matki miały już umówioną godzinę aborcji. Sam słuchałem wyznań szczęśliwych matek, wdzięcznych Panu Bogu za to, że dosłownie w ostatniej chwili cofnęły się przed tym najgorszym. Z drugiej zaś strony, wiele dzieci mogłoby się urodzić, gdyby ich obrońcy nie uznali przedwcześnie swojej klęski.

Koleżanka nosi w sobie dogmat, że ma przed sobą tylko dwa wyjścia, oba polegające na ciężkim podeptaniu Bożych przykazań. To właśnie Pani ma szansę pomóc jej w odrzuceniu tego nieprawdziwego dogmatu. Dlatego nie trzeba wzmacniać w niej nadziei na stały związek z ojcem jej dziecka. Nie musi Pani sprzeciwiać się jej za każdym razem, kiedy sama z takiej nadziei się zwierza - tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, żeby niechcący nie popchnąć jej do aborcji - ale własnych drewienek niech Pani pod tę niedobrą nadzieję nie podkłada. Fatalna to metoda nie dopuszczać do jakiegoś zła poprzez czynienie albo namawianie do jakiegoś innego zła.

Spróbuję teraz bardziej ogólnie spojrzeć na opisaną przez Panią sytuację. Najpierw powiem szczerze, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby osoba autentycznie pobożna mogła się tak zachowywać. Przecież jedną z najważniejszych cech prawdziwej pobożności jest wsłuchiwanie się w wolę Bożą i zawierzenie Panu Bogu, że Jemu zawsze chodzi o nasze dobro, również wówczas, kiedy oczekuje od nas rzeczy trudnych. Postawa: "będę zachowywać Boże przykazania, ale tylko do tego momentu, dopóki one zgadzają się z moimi własnymi planami" - świadczy raczej o bezbożności, a w każdym razie o duchowym pogubieniu się.

Sądzę, że dziewczynę tę ogarnia od czasu do czasu tęsknota za pobożnością, trudno jednak byłoby mi zgodzić się z Panią, że jest ona osobą pobożną. Mam jednak nadzieję, że już to pragnienie pobożności, jakie się w niej pojawia, umożliwi Pani powiedzenie jej - w odpowiednim momencie - paru ważnych prawd. Nie będę podpowiadał, co mogłaby jej Pani powiedzieć. Ograniczę się do napisania, co zapewne sam próbowałbym jej powiedzieć, gdyby zechciała rozmawiać ze mną o swojej sytuacji.

Otóż z tego, co Pani napisała, odnoszę wrażenie, że na pierwszym miejscu w swoim sercu koleżanka umieściła samą siebie. Nie Boga, tylko samą siebie. To stąd, jak sądzę, bierze się ta łatwość przyjmowania rozwiązań nie liczących się z cudzą krzywdą. Bo to jednak znamienne, że szukając wyjścia ze swojej (na pewno niełatwej) sytuacji koleżanka nie bierze pod uwagę akurat tego jednego wyjścia, które nie pociąga za sobą cudzej krzywdy.

Bo przecież ta alternatywa: odebrać męża żonie i dzieciom ojca, albo zabić własne dziecko, jest alternatywą fałszywą. Istnieje wyjście trzecie, prawda, że trudne, ale za to nie dokładające nowego grzechu do tych, które już zostały popełnione: uszanować zarówno cudze małżeństwo, jak życie swojego poczętego dziecka.

Ale musiałaby przedtem ta dziewczyna zmienić swoje życiowe dogmaty. Musiałaby odrzucić swój dotychczasowy dogmat: "niekiedy życie usprawiedliwia czynienie zła", i zastąpić go dogmatem prawdziwym: "z żadnej złej sytuacji nie powinno się wychodzić poprzez czynienie zła". Zamiast fałszywego dogmatu: "ja muszę wyjść za mąż, choćby wbrew Bożym przykazaniom", musiałaby Pani koleżanka zacząć myśleć o swoim życiu z większym szacunkiem dla swojej człowieczej i kobiecej godności: "ja chcę wyjść za mąż, ale ostateczny sens mojego życia na pewno nie zależy od tego, czy to mi się uda, czy nie".

Zamiast fałszywego dogmatu: "moje szczęście jest warte cudzej krzywdy", powinna otworzyć się na dogmat prawdziwy, że "cudzą krzywdą i łamaniem Bożych przykazań na pewno szczęścia nie osiągnę".

Dziewczyna na pewno znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Nie pora jej przypominać, że sama - częściowo przynajmniej - tę sytuację na siebie sprowadziła. Teraz ci wszyscy, którym naprawdę zależy na jej dobru, powinni jej raczej pomóc w pokonaniu różnych, jakże uzasadnionych w tej sytuacji, strachów przed przyszłością i dodawać jej otuchy oraz wiary w Bożą Opatrzność. Ludzie naprawdę jej życzliwi nie powinni dopuścić do tego, żeby ona poczuła się teraz zostawiona samej sobie. Może bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje ona teraz ludzkiej życzliwości.

Zarazem, Boże ją zachowaj przed takimi "przyjaciółmi", którzy by wzmacniali w niej pokusę rozbicia cudzego małżeństwa albo dokonania aborcji. Już teraz na własnej skórze poczuła ona prawdę słów Bożych, że "ci, którzy idą za obcymi bogami, pomnażają swoje udręki" (Ps 16,4). Nikomu nie wolno jej aż tak skrzywdzić, żeby podpowiadał jej dalsze łamanie Bożych przykazań.

Na koniec uwaga, która - ufam - tej dziewczyny nie dotyczy. Wspominam o tym, bo sam kilka razy się z taką przewrotnością spotkałem. Jak wiadomo, Kościół w swojej macierzyńskiej miłości stara się otoczyć opieką duszpasterską również tych katolików, którzy żyją w związkach niesakramentalnych. Otóż zdarza się czasem, że ktoś już w momencie wplątywania się w związek niesakramentalny planuje korzystać z takiego duszpasterstwa.

Co sądzić o takiej postawie? Nie będę owijał w bawełnę: W momencie podejmowania grzesznych decyzji, w momencie układania sobie życia wbrew Panu Bogu liczyć zuchwale na Boże miłosierdzie - ta postawa przecież ociera się o grzech przeciw Duchowi Świętemu!

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści