O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Do kościoła nie chodziłam szesnaście lat. Teraz dopiero zaczynam się uczyć wiary od nowa. Mam w sobie chyba głęboko zakorzeniony żal do Pana Boga, że na ziemi jest tyle cierpienia. Chociaż wierzę w Jego miłość i pragnę wierzyć, że zrobił wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi, jednak tamten żal ciągle powraca.

Pani problem natychmiast skojarzył mi się z pewną konstatacją, która aż trzykrotnie powtarza się w szesnastym rozdziale Apokalipsy: spada na ludzi jakieś wielkie nieszczęście, a my zamiast się nawrócić, bluźnimy Bogu. Od razu zaś trzeba podkreślić, że autor tej konstatacji nie ma nic wspólnego z manierą niektórych współczesnych obrońców Boga, którzy próbują przekonać nas o Jego miłości do ludzi poprzez pomniejszanie Jego boskiej suwerenności. Czytając tekst Apokalipsy nie można mieć wątpliwości co do tego, że Bóg ma pełną władzę nad nieszczęściami, które spotykają ludzi.

Dlaczego zatem nie wolno bluźnić Bogu z powodu nieszczęść, których On mógłby przecież nam oszczędzić? Na czym polega nasze zaślepienie i niegodziwość, kiedy odważamy się bluźnić Bogu z powodu okropności wojny, śmierci dziecka czy naszej bezsiły wobec oczywistej, a nieraz i cynicznej niesprawiedliwości?

Odwołam się do analogii. Niech Pani spróbuje zauważyć podobieństwo między niszczącą siłą grzechu i niszczącą siłą ognia. Nie spotkałem jeszcze człowieka, który by z całą premedytacją wkładał rękę do ognia, a jeśli rozpaloną patelnię chwycę bezwiednie, natychmiast ją odrzucam i zaczynam dmuchać na oparzeliznę. Nie przyjdzie mi do głowy bluźnić Stwórcy z tego powodu, że bezpośredni kontakt z ogniem mi szkodzi. I nie ma we mnie aż tak beznadziejnej przemądrzałości, żeby wypominać Stwórcy, że gdyby lepiej pomyślał, to dałby ogniowi inną naturę. Nie narzekam na Stwórcę nawet wówczas, kiedy nie wyłączone żelazko narobi mi szkód w mieszkaniu. Nawet wtedy, gdy boleśnie doświadczamy naszej bezsilności wobec niszczącego ognia, nie bluźnimy Bogu, tylko ratujemy to, co się jeszcze da uratować.

Absurdalne zachowania, które w odniesieniu do ognia nie pojawiają się przed nami nawet w postaci pokusy, są naszym ulubionym sposobem postępowania w odniesieniu do grzechu. Zatraciliśmy elementarne rozeznanie, że oparty na miłości i całkowitym zawierzeniu się związek z Bogiem jest podstawą sensu naszego życia, zaś odejście od Boga, czyli grzech, sprowadza na nas zniszczenie. Bez opamiętania pogrążamy się w grzechu (innymi słowy, w sposób absurdalny, niezgodnie z zamysłem Stwórcy, używamy Jego darów), a kiedy świat robi się wskutek tego coraz bardziej nieludzki, mamy pretensje do Boga, że go źle stworzył.

Wzmianka Apokalipsy o ludziach, którzy pod wpływem nieszczęść bluźnią Bogu, dobrze odsłania absurdalność tego zachowania: to tak jakby ktoś odczuwający nieznośny ból od ognia nie umiał go sobie skojarzyć z faktem, że sam włożył weń rękę, toteż zamiast natychmiast ją cofnąć, on Boga samego czyni odpowiedzialnym za swoje cierpienie. Grzech bardziej niszczy człowieka niż materialny ogień. Zatem jak to możliwe, że człowiek do tego stopnia utracił instynkt samozachowawczy, że dobrowolnie odchodzi od Boga i pogrąża się w grzechu? Jak to możliwe, że wciąż nie rozumiemy tego, co już tysiąc lat przed Chrystusem z taką jasnością widział król Dawid, że "wszyscy, którzy idą za obcymi bogami, pomnażają swoje udręki" (Ps 16,4), że "liczne są boleści grzesznika, lecz łaska ogarnia ufających Panu" (Ps 32,10)?

Tajemnica zła i cierpienia dręczy ludzi od niepamiętnych czasów. Ale istotny krok do jej zrozumienia udaje się zrobić tylko tym spośród nas, którzy swoim sercem zaczną pojmować, że Boga powinno się kochać całym sobą oraz że dobrowolne odejście od Niego (poprzez oddanie się grzechowi) świadczy o najgłębszym, jakie daje się pomyśleć, zaburzeniu w naszym instynkcie samozachowawczym.

Zatem spróbujmy spojrzeć na tajemnicę zła i cierpienia w perspektywie tych dwóch pewników. Dla Ojców Kościoła było czymś tak oczywistym, że Bogu bardziej niż nam samym zależy na naszym dobru, że wysławiali Go nawet za to, że pozbawił nas raju. "Wyrzucenie z raju - twierdził św. Jan Złotousty († 407) - było dziełem raczej opieki niż gniewu. Takie są bowiem obyczaje naszego Pana, że kiedy zsyła karę, okazuje nam nie mniejszą troskę, niż kiedy udziela dobra, bo przecież wymierza nam tę karę w celu upomnienia. Gdyby mógł się spodziewać, że bezkarność grzechu nie uczyni nas gorszymi, nigdy by nas więcej nie karał. Żeby jednak powstrzymać nasze staczanie się ku gorszemu i usunąć naszą wzmagającą się przewrotność, Bóg jest konsekwentny w swojej przyjaźni do człowieka i właśnie dlatego wymierza karę" (Wykład Księgi Rodzaju, rozdz. 3, hom. 18,3).

Oczywiście, można bluźnić przeciwko Panu Bogu z tego powodu, że ludzie stali się wobec siebie nieufni i nieprzyjaźni, że dzieci umierają na raka, a inne dzieci cierpią odrzucenie przez własnych rodziców, że biedni i słabi doznają przemocy i znieważana jest ich ludzka godność, a dziesiątki, jeśli nie setki milionów ludzi na własnej skórze doznaje przekleństwa samotności. W takich sytuacjach człowiek bluźni przeciwko Bogu tym łatwiej, im mniej dostrzega empiryczne związki między swoim grzechem a tym złem, jakie go przeraża i oburza.

Zdumiewające dobre samopoczucie: ja, mimo że tyle we mnie egoizmu, zakłamania, wygodnictwa, nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za to, że świat zrobił się taki nieludzki! Wszystkiemu winien jest Pan Bóg oraz jacyś inni ludzie. Zachowujemy się zupełnie jak nasz praojciec Adam, który zamiast przyznać się do własnej winy, wskazywał na winę swej żony oraz obwiniał samego Pana Boga: "Niewiasta, którą Ty postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem" (Rdz 3,12).

W tym miejscu miałaby Pani prawo mnie zapytać: "Czy ty może twierdzisz, że winę za okrucieństwa wojny w Bośni ponoszą ich ofiary, a nie mało odpowiedzialni politycy, nie liczący się z prawem moralnym handlarze bronią, nacjonalistycznie nastawieni dziennikarze, którzy podsycają wzajemną nienawiść?" Odpowiem okrężnie: zaślepienie Adama polegało nie na tym, że wskazywał na grzech Ewy, ale na tym, że do własnego grzechu nie chciał się przyznać. Toteż chociaż Ewa również naprawdę zgrzeszyła, on o jej grzechu nie mówił prawdziwie: mówił o jej grzechu w taki sposób, żeby ukryć grzech własny. Otóż tym właśnie fałszem wypełnione są nieraz nasze potępienia pod adresem nieodpowiedzialnych polityków, niemoralnych handlarzy bronią czy publicznych siewców nienawiści: potępiamy cudze grzechy, niekiedy rzeczywiście bardzo wielkie, tylko po to, ażeby poczuć się wolnymi od odpowiedzialności za zło, które się dzieje.

Ostatecznym zaś potwierdzeniem naszej "niewinności" jest uzurpowanie sobie pozycji nad-Boga, z której samego Boga obwiniamy o to, że w stworzonym przez Niego świecie bywa tak okropnie. W ten sposób to my sami jesteśmy owymi nieszczęśnikami z Apokalipsy, którzy, w obliczu dziejącego się zła, zamiast się nawrócić, bluźnimy Bogu (Ap 16,9.11.21). I do nas odnoszą się wtedy przejmujące skargi Boga na ludzką zatwardziałość, której nie potrafią rozbić nawet długotrwałe i nasilające się klęski i nieszczęścia (Iz 1,5n; Am 4,6-11).

To, co teraz powiem, łatwo wyśmiać, ale jest to święta prawda i jedna z największych mądrości na temat usuwania zła z naszego świata: źródłem zła w świecie jest ludzkie serce, toteż nawrócenie tylko jednego człowieka zmienia świat na lepsze. Usuwanie struktur generujących zło byłoby przedsięwzięciem beznadziejnie nieskutecznym, gdyby nie towarzyszyły mu nawrócenia - choćby początkowo tylko nieliczne - ludzkich wnętrz.

Powiedzmy to inaczej: ofiary ludzkiego zła, jeśli ich serca są nie nawrócone, tylko powierzchownie różnią się od swoich krzywdzicieli. Jeśli sytuacja ulegnie zmianie, dzisiejsze ofiary mogą jutro stać się krzywdzicielami, i odwrotnie - i zła w świecie będzie coraz więcej. Zło realnie będzie się zmniejszać dopiero wówczas, kiedy krzywdziciel się opamięta albo kiedy jego ofiara będzie się starała naśladować Chrystusa Pana, który, "gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył" (1 P 2,23) i modlił się za swoich morderców (Łk 23,24).

Powiedzmy to jeszcze inaczej: udana konferencja pokojowa może oddalić groźbę wojny, a mądra organizacja pracy policyjnej zmniejsza liczbę rabunków i kradzieży. Oby takich udanych przedsięwzięć było jak najwięcej! Nie łudźmy się jednak, że tą drogą można usunąć zło.

W ten sposób złu utrudnia się tylko ujawnianie, jakby wkłada się je do lodówki. Jeśli jednak serca ludzkie pozostaną bezbożne, tego rodzaju "lodówki" wcześniej czy później się rozmrażają, a wtedy ludzie już tu na ziemi mają przedsionek piekła. A jeśli nawet wówczas się nie nawrócą, będą, rzecz jasna, Pana Boga obwiniać o to, że źle stworzył świat.

Przejdźmy do pytania znacznie trudniejszego: jednak o to, że nawet dzieci chorują na raka, wolno nam chyba obwiniać Pana Boga? Tu przypomina mi się fraszka Artura Bartelsa († 1885), pt. Bismarck i Kulturkampf:

Wszystkich u nas niepowodzeń,
Wszystkiego złego przyczyna,
Chorób, klęsk, ciała uszkodzeń
Zawsze jedna jedyna.

To jest Bismarck. Niech ci z garnka
Wykipi rosół z jarzyną,
Pewnie to wina Bismarcka
I Kulturkampfu to wina.

Bismarck był człowiekiem, który naprawdę wiele zła Polakom wyrządził. A jednak poeta ma rację, kiedy protestuje przeciwko bezmyślnemu przypisywaniu mu win przez niego nie popełnionych. Poeta nie zamierza zresztą bronić Bismarcka, on próbuje bronić własne społeczeństwo przed jego lenistwem. To wygodnie przypisać zło płynące z własnej postawy komuś innemu, ale nie świadczy to o zdrowiu społecznym.

Pana Boga, który jest samą Miłością, spotykają zarzuty, przed jakimi trzeba było bronić Bismarcka, skądinąd człowieka grzesznego i o twardym sercu! Tak jakby Bóg był winien temu, że ludzie, w tym również dzieci, chorują na raka. Zastanówmy się: czy to bezpośrednio sam Pan Bóg zarządził, ażeby zapadalność na raka była znacznie większa na Górnym Śląsku niż w Suwalskiem? Może to jednak my sami powodujemy zatrucie środowiska, może to my sami zanieczyszczamy nasze jedzenie różnymi substancjami chemicznymi? Może trochę racji mają ci autorzy, którzy wskazują na rakotwórcze działanie atmosfery napięć i lęków, zgiełku i zabiegania, w której dzisiaj żyjemy? A nawet kiedy nie umiemy wskazać przyczyn jakiegoś zła, które nas spotyka, to czy ta nasza niewiedza upoważnia nas do tego, żeby oskarżać o to zło bezpośrednio Pana Boga?

Radzę Pani specjalnie pod tym kątem przeczytać Księgę Hioba. Zwłaszcza niech Pani zwróci uwagę na liczne w tej Księdze wypowiedzi samego Hioba. Nazbierało się w nim wiele żalu do Boga za to, że spotkało go tyle zła. Zarazem Hiob coraz to na nowo uświadamia sobie, że nie człowiekowi "uczyć Boga mądrości" (21,22) i że za mało człowiek ma rozumu, by zgłębić ostateczny sens i mądrość Bożego dzieła stwórczego (38,ln). Ostatecznie zaś Hiob zrozumiał, jak gruntownie niesłuszne były jego żale do Boga, gdy wreszcie spotkał Go bezpośrednio: "Dotąd Cię znałem ze słyszenia, obecnie ujrzałem Cię wzrokiem, stąd odwołuję, co powiedziałem, kajam się w prochu i popiele" (42,5n).

Otóż na tej ziemi bezpośrednio spotykamy Boga wówczas, kiedy ogrania nas Jego łaska. Można wówczas nawet nie odczuwać Jego obecności, bo są to spotkania "jakby w zwierciadle, niejasne" (1 Kor 15,12), jednak są to spotkania realne i bezpośrednie. Nie my jesteśmy inicjatorami tych spotkań. On pierwszy nas umiłował i chociaż byliśmy Mu obcym i wrogami przez nasz sposób myślenia i złe czyny (Kol 1,21), dał nam własnego Syna i pojednał z sobą, i odtąd możemy się z Nim spotykać siedem razy każdego dnia, możemy nawet nieustannie przebywać w Jego świętej i kochającej obecności.

Im więcej zaś ogarnia nas Jego łaska, im wyraźniej bezwarunkowa i całkowita jest nasza miłość do Niego i nasze zawierzenie się Jemu, tym bardziej tajemnica zła i cierpienia nam się rozjaśnia. Nigdy jednak na tej ziemi nie przestanie być tajemnicą.

Rozjaśnia się zaś ta tajemnica zwłaszcza w dwóch kierunkach. Po pierwsze, łaska Boża umacnia tych wszystkich, którym na tym naprawdę zależy, ażeby doznawane przez nich krzywdy i cierpienia nie tylko ich duchowo nie zniszczyły i nie oddaliły od Boga, lecz ażeby ich jeszcze do Niego przybliżyły. Po wtóre, wszystkich swoich prawdziwych przyjaciół Bóg uzdalnia do tego, żeby umieli otoczyć cierpiących swoich bliźnich i najbliższych prawdziwą, oczyszczoną z egocentryzmu, bezinteresowną miłością. A to naprawdę nie jest mało.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści