O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Oczekuję od Kościoła, że pomoże naszemu społeczeństwu zrozumieć obecną sytuację, w jakiej znaleźliśmy się. Odnoszę czasem wrażenie, że kraj nasz przemienia się w dżunglę moralną. Pozostawiam na boku zjawiska najbardziej skrajne, bo chociaż one przerażają najmocniej, główną winę za ich rozpanoszenie się ponosi policja i złe prawo - takie jak bandytyzm, zorganizowane gangi złodziejskie, tysiące ludzi żyjących z własnego upodlenia i upodlania innych (prostytucja, handel narkotykami itp.). Mnie chodzi o tę dżunglę moralną, która ogarnia zwyczajnych ludzi: że z taką łatwością się wzajemnie oszukujemy, okłamujemy, krzywdzimy. Jak temu przeciwdziałać? Jak ludzie mają się bronić, żeby nie ulec tej atmosferze?

Wydaje się, że każda nieuczciwość wiąże się z jakimś egocentrycznym zaślepieniem. Spójrzmy na tak ewidentną nieuczciwość, jaką jest kradzież. Złodziej nie myśli o tym, że komuś zadaje krzywdę. On myśli tylko o własnej korzyści. Zasadę moralną, że nie wolno nikogo krzywdzić, złodziej zna doskonale. Co więcej, aprobuje ją. Dlatego tak się oburza, kiedy sam zostanie okradziony. Sam kradnie, bo egocentrycznie pojmowany interes wyparł z jego świadomości zasadę "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Mówiąc inaczej, złodziej "zapomina" o tym, że człowiek przez niego okradany jest jego bliźnim.

Niestety, nie tylko złodzieje o tym "zapominają". Opowiadał mi ktoś, kto próbował się zatrudnić w pewnej cukierni: mąka sprawia wrażenie czystej, więc się jej nie przesiewa, bo zwiększyłoby to koszty produkcji. Zjełczałe masło i mak, w którym są robaki, "trzeba" użyć do wypieku, bo przecież inaczej nie wyjdzie się "na swoje". Rzecz jasna, ciastek z tego wypieku nie poda się własnym dzieciom. A że inne dzieci będą je jadły? No cóż, takie jest życie!

Niekiedy usprawiedliwiamy swoją nieuczciwość tym, że przecież sami zostaliśmy oszukani. Kupiliśmy jakieś byle co jako coś solidnego albo przyjęliśmy fałszywy banknot - i próbujemy kosztami naszej pomyłki obciążyć kogoś innego. Jak gdyby ten, kogo oszukujemy, był tym samym człowiekiem, który nas oszukał! Wydaje nam się, że sprawiedliwość została wyrównana. Banalnie magiczna mentalność: ktoś mnie niewinnie uderzył, więc ja dla wyrównania uderzę niewinnie kogoś innego! Niestety, jedno w tej sytuacji nie budzi żadnej wątpliwości: że ten drugi człowiek nie jest dla mnie bliźnim.

"Ależ ja muszę - tłumaczy mi właściciel masarni - sztucznie napędzać wagę sprzedawanego przeze mnie mięsa. Wszyscy tak robią, i zbankrutuję, jeśli będę chciał być we wszystkim uczciwy. Takie są prawa konkurencji". Na moją uwagę, że uczciwość ostatecznie zawsze popłaca i klienci z pewnością zorientują się, która masarnia przygotowuje mięso uczciwie, odpowiada: "Klienci będą kupowali ode mnie w zależności od tego, czy moje opakowania będą w tym samym standardzie, co opakowania konkurentów. Toteż jeśli chcę przetrwać, muszę przede wszystkim kupić nową maszynę do pakowania mojego mięsa".

Istnieje mnóstwo argumentów "przymuszających" nas do tego, abyśmy przyłączyli się do budowy nieludzkiego świata i abyśmy naukę Pana Jezusa o innych ludziach jako naszych bliźnich zaczęli traktować jako nierealistyczną mrzonkę. Spróbujmy się zatem przypatrzeć, co się dzieje, kiedy ulegamy tym zwodniczym argumentom, jakoby samo życie nakazywało nam niekiedy powiesić zasady Ewangelii na kołku.

Przede wszystkim ja sam, który uwierzyłem w niezależność praw ekonomii od Bożych przykazań, zaczynam się stopniowo przemieniać w osobowość psychopatyczną. Zgodnie z klasyfikacją Thomasa Harrisa, osobowość psychopatyczna cechuje się postawą: "ja zawsze jestem O.K., inni nigdy nie są O.K., toteż jeśli wyrządzam im coś złego, oni zawsze na to zasługują".

Taką właśnie filozofię wyznają gangsterzy i bandyci, amatorzy pasożytowania na cudzej pracy i własności. Otóż sam zdrowy rozsądek każe postawić następujące pytanie: czy wprowadzenie do działalności gospodarczej zasad właściwych bandytom może wyjść gospodarce na zdrowie?

Konkretny przykład: z taksówek korzystałem rzadko, czasem jednak korzystałem. Półtora roku temu pewien taksówkarz bez sumienia zdarł ze mnie kwotę barbarzyńską i od tej pory taksówki dla mnie nie istnieją. Gdyby ten nieuczciwy taksówkarz dobrze pomyślał nad prawami ekonomii, to zapewne - nawet jeśli nie szanuje zasad uczciwości jako takich - zauważyłby, że właśnie prawa ekonomii domagają się respektowania zasad uczciwości. Ten pan odebrał prawdopodobnie wielu potencjalnych klientów innym taksówkarzom, ludziom przecież w większości uczciwym, ale w końcu i on sam zacznie odczuwać skutki zmniejszonego korzystania z taksówek. I w ten sposób sprawdzi się przysłowie, że "na tego, co kradnie, zawsze kara spadnie".

Korupcja, nieuczciwość, wyzysk oraz różne przejawy cwaniactwa do złudzenia przypominają chorobę raka. Zrakowaciałe komórki przestają zważać na dobro całego organizmu i zabiegają wyłącznie o dobro własne. Nie przejmują się tym, że niszczą komórki sąsiednie i osłabiają cały organizm: najważniejsze, że one same rozwijają się znakomicie, że guz rakowy jest coraz większy i większy. Nie zdają sobie komórki rakowe sprawy z tego, że pilnowanie tylko swojego interesu sprowadzi koniec na cały organizm, a więc również i na nie.

Otóż za tym "realizmem", który głosi, że twarde prawa ekonomii każą zapomnieć o zasadach moralnych, stoi ta sama logika, jaką kierują się komórki rakowe. Każda nieuczciwość - chcemy czy nie chcemy - zatruwa w społeczeństwie atmosferę wzajemnego zaufania, zniechęca do myślenia o dobru wspólnym, pobudza do chorobliwej nieraz ostrożności w kontaktach z innymi. Wiele energii, którą moglibyśmy poświęcić na zwiększenie swojej aktywności i wzajemną współpracę, zaczyna nam pożerać wzajemna nieufność i pilnowanie się, żeby nie dać się drugiemu przechytrzyć. Z pewnością nie są to warunki sprzyjające rozwojowi gospodarczemu w skali społecznej.

Co robić, jeśli wzrost nieuczciwości stał się faktem społecznym? Otóż organizm zaatakowany przez raka ma do wyboru dwie drogi. Komórki zdrowe mogą dojść do wniosku, że one też nie będą frajerami i nie będą jak te głupie zabiegać o dobro całego organizmu. Lekarze stwierdzają wówczas, że rak ma przerzuty i nie rokują zbyt dobrze dla tego organizmu. Ale komórki zdrowe mogą również zachować się inaczej: zdwoić swoje wysiłki na rzecz ocalenia organizmu i opanować chorobę rakową. Z perspektywy komórek rakowych jest to zachowanie "frajerskie", ale tylko na tej drodze da się uratować chory organizm.

Dokładnie te dwie drogi mamy do wyboru w naszych zachowaniach społecznych. Pisze Pan o "dżungli moralnej, która ogarnia zwyczajnych ludzi: że z taką łatwością się wzajemnie oszukujemy, okłamujemy, krzywdzimy". Kto tak postępuje, stał się rakową komórką swego społeczeństwa. A ten, kto zaczyna tak postępować, dlatego że tak postępują inni, przyczynia się do tego, że na ciele społecznym powstają rakowe przerzuty. Natomiast błogosławieni są ci wszyscy "frajerzy", którzy właśnie w takiej sytuacji tym skrupulatniej przestrzegają zasad uczciwości, i dla których dobro społeczne, dobro wspólne, nie jest pojęciem pustym.

Mówiliśmy dotychczas, że nawet prawa ekonomii domagają się poszanowania zasad moralnych. Jednak celem zasad moralnych jest coś daleko więcej niż racjonalne funkcjonowanie gospodarki. Ich celem jest ochrona tego, co nazywamy człowieczeństwem, czyli tego, co w naszym życiu jest ponadutylitarne i ostateczne.

Człowiek, który nie liczy się z prawem moralnym - np. ktoś nieuczciwy, rozpustnik, chciwiec - to ktoś, kto gubi w swoim życiu to, co najważniejsze, kto nie umie kochać nawet samego siebie. Już święty Augustyn stawiał retoryczne pytanie: czy ten, kto nie umie kochać samego siebie, potrafi prawdziwie kochać innych ludzi, choćby nawet swoje rodzone dzieci? "Kto patrzy na nierządnicę - czytamy w Księdze Syracha (41,22) - odwraca oczy od ubogiego".

Komuś, kto chce się dorobić nawet za cenę nieuczciwości, wydaje się nieraz, że czyni to dla swoich dzieci. Chce, żeby jego dzieci miały lepiej niż on. Takiemu wydaje się nieraz, że szczytem ojcowskiej miłości będzie, gdy podaruje synowi samochód na jego szesnaste urodziny albo obdarzy córkę mieszkaniem na dzień jej ślubu.

Tacy rodzice nie potrafią zazwyczaj obdarzać swoich dzieci najłatwiejszym do podarowania, a przecież szczególnie cennym: swoim czasem, swoją mądrością i miłością. Starają się dać dzieciom więcej, niż inni rodzice, a nie dają im tego, co najbardziej podstawowe: właśnie tego, co nazywamy człowieczeństwem, a co polega na umiejętności rozróżniania dobra od zła, na rozwijaniu zdolności bezinteresownego kochania innych, na radowaniu się wszystkim, co piękne i sensowne.

To o takich bogaczach, zaślepionych na wartości nawet elementarne, Pan Jezus powiedział: "Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego" (Mt 19,24).

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści