O. Jacek Salij - "Pytania nieobojętne" |
Kościół, o ile mi wiadomo, nie ogłasza sprzeciwu wobec praktyk uśmierzania bólu za pomocą środków farmakologicznych. Zarazem zajmuje twarde stanowisko przeciwko skracaniu życia, nawet jeśli ktoś jest już konający i ostatnie jego godziny są samą tylko męczarnią. Mam z tym dwa problemy. Najpierw, jaki jeszcze sens ma egzystencja człowieka umierającego, którego nafaszerowano środkami przeciwbólowymi i który i tak nie wie, co się z nim dzieje? Pytanie drugie: Środki przeciwbólowe zwykle rujnują organizm i powodują skrócenie życia, a gdyby je zastosować w większej dawce, sprowadzają śmierć. Dlaczego zatem jest rzeczą moralną stosowanie tych środków w mniejszej dawce i skracanie życia po trochu, a rzeczą niemoralną jest zastosowanie tych samych środków w większej dawce i skrócenie życia od razu?
Drugie Pana pytanie wymaga uporządkowania teoretycznego, a ponieważ z tym zawsze jest łatwiej, więc zacznę od niego. Otóż wszelkie bezpośrednie działanie przeciwko życiu ludzkiemu - niezależnie od tego, czy ktoś dokonuje zabójstwa od razu, czy stopniowo - jest czynem straszliwie niemoralnym, który powoduje duchowe spustoszenie w sprawcy tej zbrodni. Istnieli podobno wyrafinowani truciciele, którzy potrafili zabijać w sposób nie budzący podejrzeń przez dłuższe stosowanie niewielkich, ale odpowiednio dobranych dawek trucizny. Czyżby ich zbrodnia ulegała rozmyciu dlatego, że zabójstwo było dokonywane stopniowo? Raczej przeciwnie, zbrodnia popełniona z takim wyrafinowaniem i zimną krwią zasługuje na tym większe moralne potępienie.
Zatem stosowanie środków przeciwbólowych jest moralnie dopuszczalne nie dlatego, że skracają one życie tylko po trochu. Jest raczej tak: nie zgłaszany zasadniczych moralnych zastrzeżeń wobec praktyk uśmierzania bólu, mimo że przyczyniają się one niekiedy do skrócenia życia. W nauce moralności nazywa się to zasadą podwójnego skutku.
Spróbuję wyjaśnić tę zasadę na przykładzie mało poważnym. Oto przed chwilą umyłem sobie głowę. Na dnie wanny pozostał niestety - jak zwykle zresztą - pęk włosów. Prawdopodobnie częste mycie głowy przyspiesza moje łysienie. Jednak ja nie dlatego myję sobie głowę, żeby być łysym; myję sobie głowę, żeby mieć ją czystą. W życiu często tak bywa, że różne nasze działania mają swoje skutki uboczne, nie zawsze pożądane. Trzeba się z nimi liczyć, niekiedy wzgląd na skutki uboczne powstrzyma mnie od działania (na przykład nie będę mył sobie głowy, jeśli w pokoju mam temperaturę minus jeden, raczej poczekam do jutra, kiedy ogrzewanie zostanie naprawione). Nie da się jednak na tym świecie osiągnąć takiego komfortu, żeby żadne moje działania nie przynosiły niepożądanych skutków ubocznych.
Otóż niepożądanym skutkiem ubocznym środków przeciwbólowych jest szkodliwy ich wpływ na organizm, ale przecież nie po to podaje się je cierpiącemu, żeby szkodzić jego zdrowiu czy nawet życiu. Lekarz, który ma do wyboru dwa środki o jednakowej zdolności uśmierzenia bólu, zawsze przecież wybierze środek mniej szkodliwy. Toteż stosowanie tych środków nie budzi zasadniczych sprzeciwów moralnych. Owszem, rodzi różne moralne problemy - na jeden z nich zwraca Pan uwagę w swoim liście, i o tym za chwilę - jednak w zasadzie perspektywa przyniesienia fizycznej ulgi człowiekowi cierpiącemu budzi moralną aprobatę.
Jednak jawnym nadużyciem jest twierdzić, że zabójstwo z litości stanowi najbardziej radykalną metodę uśmierzania bólu. Obrońcy eutanazji posuwają się niekiedy do tak absurdalnych i niegodnych argumentów. Wyobraźmy sobie, że mam w spodniach dziurę. Wobec tego postanawiam ją załatać. Mogę jednak dojść do wniosku, że spodni tych nie opłaca się już łatać i wyrzucam je do pieca. Czyż gest ten nazwę usuwaniem dziury w spodniach? Przecież ja nie usuwam dziury, ale niszczę dziurawe spodnie! Są to dwa działania nie tylko różne, ale dokładnie sobie przeciwstawne. Podobnie radykalna różnica dzieli uśmierzanie bólu i zabijanie człowieka, który bólu doznaje.
Tu widać jak na dłoni całą niemoralność eutanazji. Człowiek czymś się jednak od dziurawych spodni różni! Sprzeciwiamy się eutanazji, bo w zasadzie wszyscy - wierzący i niewierzący - nosimy w sobie głębokie poczucie, że sens życia ludzkiego jest większy, niż jesteśmy w stanie to pojąć. Człowiek wierzący doda do tego oczywiście argumenty ściśle religijne.
Dobrze jest jednak zdać sobie sprawę z tego, że tu chodzi o coś więcej niż czysto negatywny zakaz zadawania śmierci człowiekowi, który niedługo i tak umrze. Dni i godziny, w których człowiek - mój bliźni, a w końcu ja sam - schodzi z tego świata, są czasem szczególnie świętym lub szczególnie przeklętym. Wtedy szczególnie ujawnia się ludzka godność i solidarność albo ludzka beznadzieja i egoizm. Myślę, że wart zastanowienia jest zarzut, iż eutanazja jest pomysłem ludzi zdrowych, dla których cudze umieranie jest sytuacją wysoce kłopotliwą, toteż chcieliby od niej jak najszybciej i jak najdalej uciec. A przecież zwłaszcza człowiekowi umierającemu należy się prawdziwie ludzka, a nie tylko czysto fizyczna obecność innych ludzi, szczególnie zaś najbliższych. Niestety, taka jest prawda: próby obrony eutanazji świadczą o głębokim kryzysie człowieczeństwa, o wypaczeniu najbardziej elementarnych relacji międzyludzkich.
A jeśli sam cierpiący błaga o uśmiercający zastrzyk? Nie zapomnę, co na to pytanie odpowiedziała moja znajoma, pracująca jako pielęgniarka. "Owszem, zdarza się czasem, że chory prosi mnie o to, żeby położyć kres jego życiu. Nigdy się wówczas nie oburzam ani nie odmawiam, ani nie próbuję tłumaczyć, że tak nie wolno. Pytam tylko: A co się znowu stało? I zawsze okazuje się, że człowiek ten albo poczuł się upokorzony swoją bezradnością (na przykład narobił pod siebie), albo przeżywa swoje opuszczenie przez najbliższych, albo nie chciałby już dłużej być dla nich ciężarem. Jednym słowem, nie spotkałam jeszcze sytuacji, w której prośby o skrócenie życia nie dałoby się zagasić zwykłym zwiększeniem miłości". Odpowiedź ta wydaje mi się bardzo mądra.
Tyle na temat eutanazji. Pan postawił jeszcze jedno pytanie: Jaki jeszcze sens ma egzystencja człowieka umierającego, którego nafaszerowano środkami przeciwbólowymi i który i tak nie wie, co się z nim dzieje? Zastanawiając się nad tym pytaniem, przypomniałem sobie długi i piękny tekst - bardzo sędziwego już wówczas - papieża Piusa XII na temat moralnych aspektów anestezji. Przedstawię może główne tezy tego tekstu, opublikowanego 24 lutego 1957 roku, bo znajduje się w nim między innymi odpowiedź na Pańskie pytanie.
Otóż papież zaczyna "groźnie". Przypomina mianowicie, że praca nad umartwieniem ciała i nad wewnętrznym oczyszczeniem jest obowiązkiem chrześcijanina, "bo nie da się na dłuższą metę uniknąć grzechów i wiernie wypełniać swoich obowiązków, jeśli ktoś nie chce podjąć tego wysiłku oczyszczenia i umartwienia". I zwraca uwagę Pius XII na to, że ważne miejsce w tym dziele naszego oczyszczenia przypada różnym cierpieniom i utrapieniom, które nas spotykają. Nie wynika stąd bynajmniej, żeby przeciwstawianie się cierpieniom było czymś moralnie podejrzanym, a to dlatego, że "obowiązek zaparcia się siebie i wewnętrznego oczyszczania, jaki spoczywa na chrześcijanach, można wypełniać w różny sposób" - zwłaszcza przez wierne wypełnianie swoich obowiązków i znoszenie w duchu Bożym tych nieszczęść, cierpień i kłopotów, których nie da się uniknąć.
Natomiast nauka papieża na temat farmakologicznego uśmierzania bólu da się sprowadzić do czterech punktów:
| |||
![]()
![]()
![]() |