O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

O specyfice polskiej duchowości można mówić - że użyję tu kategorii Maxa Schelera - zarówno w sposób szlachetny, jak pospolity. Przywiązuję dużą wagę do tego rozróżnienia; bo zbyt często poszukiwania naszej duchowej tożsamości są napiętnowane rzucającą się w oczy pospolitością, a to zraża co wrażliwszych do samej problematyki.

Przeżywamy wartości w sposób szlachetny, jeżeli ubiegamy się o nie i cenimy je ze względu na nie same. Natomiast pospolity sposób podejścia do wartości to poszukiwanie ich głównie dlatego, żeby być lepszym (przynajmniej we własnym mniemaniu) od innych lub żeby ich dopędzić. Niestety, mania współzawodnictwa może ogarnąć nawet sferę wartości duchowych. Pośpiech i konkurencja prawie uniemożliwiają wówczas proste otwarcie się na to co duchowe, żeby się tym nasycać. Postawa taka uwłacza zarówno owym wartościom duchowym, jak i samemu człowiekowi. Uwłacza wartościom, bo degraduje je do kategorii wartości rzeczowych, do wartości typu "mieć". Uwłacza zaś ludziom, bo utrudnia .nam asymilację owych wartości: my chcielibyśmy je posiadać, chcielibyśmy jako posiadacze dóbr duchowych prześcignąć innych, tymczasem trzeba je wchłaniać w siebie, one powinny stać się cząstką nas samych.

Polacy - podobnie jak inne narody o wysokim poczuciu własnej wartości, a zarazem szczególnie trapione przez historię - mają ogromną potrzebę wykazania sobie i innym, że nie są od innych gorsi, że jest nawet wręcz przeciwnie. Można zrozumieć tę potrzebę, ale nie można jej folgować. Niestety zbyt często to czynimy. Stąd tyle żenującego samochwalstwa w naszych autorecenzjach (przy jednoczesnej małej znajomości nawet najwspanialszych kart z historii naszego narodowego ducha), stąd równie żenująca skłonność do wydobywania wad naszych sąsiadów (aby na negatywnym tle tym wyraźniej zajaśniał blask naszych cnót).

Nieustanne porównywanie się z innymi, chęć dopędzenia ich lub prześcignięcia, naraża nas na wzgardę (jeśli rzeczywiście posiadamy - tylko posiadamy - to, czym się chlubimy) lub na śmieszność (jeśli sztucznie rozdmuchujemy swoje osiągnięcia). W ten sposób choćby nam się nawet udało prześcignąć innych, i tak będziemy od nich gorsi - właśnie tym piętnem pospolitości. Pospolitość, jeśli próbuje się wedrzeć w sferę tego co duchowe, z góry więc skazana jest na niepowodzenie: nigdy nie osiągnie tego, czego szuka.

Szczególnie wnikliwą krytykę polskiej pospolitości przeprowadził Gombrowicz. Ale tenże Gombrowicz jednocześnie ostrzegał bardzo przed lekceważeniem naszej narodowej oryginalności, przed wszelkimi próbami zastępowania naszej polskości jakąś europejskością. Właśnie narodowa samoświadomość, odnalezienie naszej polskiej tożsamości jest warunkiem naszej przynależności do Europy. "Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy - gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową - specyficzną i nie dającą się w niczym zastąpić".

Gombrowicz jest tutaj dziedzicem w linii prostej polskiej myśli romantycznej, wyjaśniającej sens istnienia narodów. "Skoro Bóg podzielił ludzkość na narody - tłumaczył Romuald Traugutt powody wybijania się Polaków na niepodległość - dając każdemu z nich pewne odrębne cechy, każdy więc naród równe ma prawo do swego istnienia jako niezależna jednostka, rozwijająca ze swobodą zupełną tę myśl, którą Stwórca w jej łonie złożył". Traugutt, mówił te słowa do carskiej komisji śledczej. Zauważmy, ile w tym tekście szacunku dla słuchaczy - przecież nieprzyjaciół - a zarazem poczucia własnej i narodowej godności.

Ale bo też sama koncepcja ludzkości jako rodziny narodów, z których każdy odznacza się wartościami szczególnymi, składającymi się na bogactwo całości, opiera się na chrześcijańskim modelu miłości. Miłość na tym właśnie. polega, że im więcej udzielam się innym, tym bardziej staję się sobą, im bardziej zaś jestem sobą, tym prawdziwiej należę do wspólnoty. Polskość nie jest więc konkurentem ani alternatywą naszej europejskości, ale jej warunkiem: jeśli oczywiście problem swojej narodowej tożsamości oraz stosunku do innych narodów widzimy w perspektywie chrześcijańskiego modelu miłości.

Żeby więc zastanawiać się nad istotą naszej narodowej duchowości, trzeba przedtem zarysować podstawę analogii i zapytać, czy istnieje coś takiego, jak osobowa tożsamość poszczególnego człowieka i czym ona jest. Co to znaczy być sobą? Być sobą to

  1. rozwijać te dobre ziarna, jakie złożył we mnie Stwórca,
  2. usuwać więzy, jakimi grzech krępuje moje duchowe moce, usuwać wynaturzenia wynikłe z niedobrych zaangażowań, nie marnować swoich duchowych energii na prace niepotrzebne i bezpłodne.

Jeśli właśnie na tym polega bycie sobą, wynika stąd, że każdy z nas coraz bardziej powinien stawać się sobą, a zarazem pełna tożsamość jest na tej ziemi niemożliwa do osiągnięcia, stanę się w pełni sobą dopiero w dniu zmartwychwstania. Jednocześnie wisi nade mną potencjalność negatywna: mogę marnować siebie i degradować się do poziomu zwierząt i rzeczy.

Coś podobnego jest zapewne z tożsamością narodową. Nie mam wątpliwości, że istnieje coś takiego, jak nasza polska duchowość. Jest ona zarejestrowana w naszej historii, języku, literaturze, obyczajach. Ciągle jednak istnieje jakby tylko w zalążku. Dzisiaj właśnie od nas zależy, czy Polacy będą coraz pełniej Polakami, czy nasze najlepsze narodowe cechy rozwiną się i uszlachetnią. Ponadto każdy naród ma swoje grzechy, specyficzne wady ma również naród polski. Tym prawdziwiej będziemy Polakami, im bardziej zdecydowanie odetniemy się od tych niedobrych tradycji.

Listy narodowych zalet i wad sporządza się u nas dość często, toteż pozwolę sobie rzucić jedynie parę luźnych uwag na ten temat. Sądzę na przykład, że w poszukiwaniach naszej polskiej odrębności mogłaby nam bardzo pomóc analogia tożsamości narodowej z tożsamością poszczególnej osoby ludzkiej. Spójrzmy choćby na tego ducha pospolitości, o którym mówiliśmy: ma on przecież w sobie coś smarkatego. Jest coś niedojrzałego w uganianiu się za tym, aby się komuś przypodobać, zaimponować mu lub uniknąć skarcenia. Z drugiej strony obserwuję wśród współczesnych Polaków niepokojące przejawy starczej sklerozy: sklerotyk zapomina o tym, co było wczoraj, natomiast doskonale pamięta czasy swego dzieciństwa.

Podstawowym warunkiem dążenia do własnej tożsamości wydaje mi się pewna dojrzałość. Właśnie, jak to jest z tą naszą dojrzałością? Obawiam się, że trzeba by mówić wręcz o kryzysie dojrzałości, o jakimś procesie infantylizacji współczesnej kultury (nie tylko polskiej, w ogóle europejskiej).

Spróbuję wymienić parę postaw, których wspólną cechą wydaje mi się brak dojrzałości i wynikającego z niej pewnego dostojeństwa:

Krótko mówiąc, w ocenie perspektyw naszego dobijania się do własnej tożsamości jestem raczej pesymistą. Współczesnemu pokoleniu zadanie to bardzo utrudni dokonująca się obecnie - na obszarze całej kultury europejskiej eksplozja niedojrzałości. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że nie jest to zdziecinnienie starcze, tylko - żeby użyć modnego określenia - jakaś dezintegracja pozytywna.

Na zakończenie zwrócę uwagę na parę naszych cech narodowych, które rzadziej niż inne wymienia się w stereotypowym obrazie polskiej duchowości, a które wydają się ze wszech miar warte pielęgnacji. Najpierw nasza zdolność do narodowych rachunków sumienia. Jest ona szczególnym owocem naszej przynależności do rodziny katolickiej. To prawda, że nad naszymi narodowymi wadami zastanawiamy się równie nieporadnie, jak nieporadnie rozpoznajemy swoje grzechy w naszych rachunkach sumienia przed spowiedzią. Niemniej ta stała gotowość do uznania własnych win jest wartością, którą trudno przecenić. Nawiasem mówiąc, do dziś nie doczekał się swojego opracowania jeden z głównych wątków polskiej filozofii porozbiorowej, obecny zarówno w naszej literaturze, jak i w publicystyce politycznej oraz listach pasterskich, że "grzechy Polskę zgubiły".

Wśród wielkich pozytywów naszej narodowej duchowości wymieniłbym ponadto zwalczanie w sobie odruchów zemsty i nienawiści do nieprzyjaciół. Nawet jeśli rzeczywistość nie zawsze dorasta do naszych deklaracji, jest to cnota niewątpliwa. Zwłaszcza że nasza historia notuje przypadki miłości nieprzyjaciół doprawdy heroicznej (np. Walerian Łukasiński, Rafał Krajewski). Zarazem jednak zarzuca się Polakom ksenofobię. Czyżby łatwiej nam było okazać szacunek nieprzyjacielowi niż po prostu obcemu? Jak wobec tego interpretować tradycyjną polską gościnność? Czy ma ona jakieś szanse znalezienia sobie nowych form wyrazu, czy też - w epoce przemysłu turystycznego - czekają po prostu zatrata?

Dalej, odwaga cywilna. Powiedzieć, że jest ona cechą Polaków, to może za dużo. Niewątpliwie jednak jest ona naszym ideałem. Ale zauważmy, że ideał raczej nie zstępuje do nizin, na których żyje szary obywatel. Polska odwaga cywilna kojarzy się raczej z Pułaskim, Rejtanem, Bielińskim, a więc z reprezentantami narodu, którzy wbrew naciskowi okoliczności starali się spełnić swój obowiązek publiczny. Nie można ponadto zapomnieć, że mamy jednak na swoim koncie hańbę Sejmu Niemego i służalstwo sejmu grodzieńskiego, ostatniego sejmu starej Rzeczypospolitej.

Polska religijność. Funkcjonuje stereotyp, że raczej przeżywamy wiarę, niż się nad nią zastanawiamy, że wolimy się modlić niż pisać traktaty o modlitwie, że polski ksiądz jest raczej duszpasterzem niż teologiem. Coś w tym chyba jest, ale biada nam, gdybyśmy wobec tego zaczęli lekceważyć - teologię czy wielkie problemy metafizyczne. Natomiast zdecydowanie fałszywa wydaje mi się diagnoza ojca Woronieckiego, tak pochopnie przyjęta przez niektóre nasze środowiska, jakoby religijność polska była sentymentalna. Chyba że sentymentalizm zarzucimy również starotestamentalnym Żydom, bo ich wiara także wydawała częstokroć bardzo marne owoce.

Szczególną cechą polskiej religijności wydaje mi się również swoisty, wewnątrzkościelny antyklerykalizm. Wystarczy przypomnieć gwałtowną niekiedy krytykę Kościoła, w imię dobra Kościoła, z jaką występowali nasi wieszczowie (np. Mickiewicz w wykładach paryskich). Albo ostry niekiedy antyklerykalizm polskiego ludu (por. hasło "ksiądz" u Adalberga), połączony z tak jednoznacznym uznaniem nadprzyrodzonego charakteru służby kapłańskiej. Ta cecha polskiej religijności też nie doczekała się jeszcze głębszego opracowania. Nasuwa się więc takie oto pytanie: czym jest ta nasza typowo polska niechęć do głębszego poznania swojej własnej specyfiki: zaletą, czy też raczej wadą?

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści