O. Jacek Salij - "Varia"
|
Zacznijmy od wydarzenia, które stanowi wręcz nieprawdopodobny przejaw ducha profetycznego
w Kościele. Oto w roku 1856 jakiś polski dominikanin poprosił generała Zakonu, który wtedy
właśnie przyjechał do Galicji wizytować podległe sobie klasztory, o audiencję dla 18-letniej
dziewczyny, marzącej o życiu zakonnym, zresztą od dzieciństwa chorej na gruźlicę. Ten zaraz
podczas pierwszej rozmowy powiedział jej, że jego zdaniem Opatrzność wybrała ją na
założycielkę nowego zgromadzenia Dominikanek. Dziesięć i pół lat później, 29 stycznia
1867 zgromadzenie było już zatwierdzone przez władzę kościelną!
Ową dziewczyną była Róża Białecka (1838-1887). Ojciec Wincenty Jandel, ów generał Zakonu,
okazywał jej aż do swojej śmierci (1872) wiele życzliwości i udzielił niejednej dobrej
rady. Nie był jednak w stanie spowodować tego, żeby dominikanki z Nancy, gdzie Kolumba
odbyła nowicjat i została wprowadzona w dominikańską duchowość, przydzieliły młodej
Założycielce chociaż jedną pomocnicę w realizowaniu tak trudnego zadania. A trzeba
dodać, że nie znalazła ona również żadnego oparcia u polskich dominikanów (ściśle
mówiąc, galicyjskich, bo tylko w zaborze austriackim zakony przetrwały). Zresztą
nie są to jedyne fakty każące się domyślać, że założone przez Matkę Kolumbę
Zgromadzenie Sióstr Świętego Dominika jest bardziej dziełem mocy Bożej, niż ludzkich wysiłków.
Poniższe teksty odsłaniają tylko niewiele z niezwykłej osobowości Matki Kolumby
Białeckiej. Wybrane zostały z dwóch jej biografii, przede wszystkim z książki
Brunona Mazura i Joachima Bara1
oraz z wydanej anonimowo w roku 1931 w Chicago
broszury pt. Matka Marja Kolumba Białecka. Założycielka Polskich Sióstr Dominikanek
Czynnych.
Pokonanie pierwszej przeszkody
Wzmagająca się u Róży tęsknota za życiem zakonnym spotkała się ze stanowczym
sprzeciwem ojca, który mimo swojej szczerej pobożności nie chciał o tym nawet
słyszeć. Nie wyobrażał sobie rozłąki z najbardziej kochanym dzieckiem, które
swoją dobrocią i subtelnością najbardziej wiązało z sobą rodziców. Róża umiała
w każdej sytuacji zachować spokój. Także i w tym wypadku wolę ojca przyjęła bez
buntu, z wewnętrznym przekonaniem, że jeżeli Bóg chce ją dla siebie powołać, to
znajdzie na to sposób.
W krótkim czasie gruźlica płuc wystąpiła u Róży w całej ostrości. Przywołani lekarze
po zbadaniu chorej nie wróżyli jej więcej życia, jak najwyżej trzy miesiące. Równocześnie
orzekli, że podawane chorej leki nie skutkują, ponieważ oprócz rozpoznanej choroby gnębi
ją jakieś wewnętrzne cierpienie. Rodzice wiedzieli, co jest przyczyną tego cierpienia.
Ojciec, chociaż bardzo przeżywał chorobę córki, nie miał jednak sił, aby oświadczyć Róży,
że godzi się na jej wybór życia zakonnego. Jakiś ksiądz poradził mu, aby zgodził się na
wstąpienie córki do klasztoru, by tam zmarła szczęśliwa. Ojciec jednak zrobił inaczej:
zgodził się na to, że córka, skoro tylko wróci do zdrowia, będzie mogła wstąpić do zakonu.
Przełomowa rozmowa z Generałem Zakonu
Spowiednik Róży, Ojciec Donat Piątkowski, uzyskał dla niej audiencję u Generała
Dominikanów, Ojca Wincentego Jandela, który przybył właśnie do Galicji na kanoniczną
wizytację podległych sobie klasztorów. Ojciec Generał - rozmowa miała miejsce w Podkamieniu,
2 lipca 1856 - proroczo dostrzegł w tej młodej dziewczynie przyszłą odnowicielkę Sióstr
świętego Dominika w Polsce. Wprawdzie w charakterze Róży były bardzo widoczne dążenia
mistyczne i tęsknota za kontemplacją, ale z drugiej strony istniało w niej także żywe
pragnienie służenia innym, co można było połączyć w pewną całość w ramach regularnej
wspólnoty zakonnej.
Rozmowa z Ojcem Jandelem pozostała w jej pamięci na całe życie. Z kolei Ojciec Generał
tak oto scharakteryzował tę Dziewczynę: "Serce czyste i wrażliwe na sprawy Boże, duch
zdecydowany, a pełen skromności, płomień gorliwości o tyle silniejszy i trwalszy, o ile
bardziej hamowany i opanowany". Ten zespół cech w jego ocenie predysponował ją na
założycielkę Sióstr Regularnych Trzeciego Zakonu św. Dominika w Polsce. Generałowi
ogromnie zależało na realizacji tych planów, które miały być początkiem odrodzenia
dominikanów w Polsce i dlatego zanim opuścił Galicję, jeszcze dwukrotnie rozmawiał z Różą.
Zrealizowanie marzenia
Zgodnie z powziętym pod wpływem Ojca Jandela postanowieniem, w maju 1857 Róża wyjechała
w towarzystwie swej ciotki hr. Prebendowskiej do Francji, ażeby wstąpić do klasztoru
Dominikanek w Nancy. Dotarła do tego klasztoru 11 czerwca, w samo święto Bożego Ciała.
Przełożona i cała wspólnota serdecznie przyjęły kandydatkę z dalekiej Polski. Od
pierwszego spotkania Róża wywarła głębokie wrażenie na przełożonej swoją prostotą i
ogromną wrażliwością na sprawy Boże. W jednym ze swoich listów tak o niej napisała:
"Mam tutaj uroczą małą siostrę, której nie znasz. Nasza młoda Polka jest przemiłym
anielskim dzieckiem".
Rozdzielając klasztorne obowiązki, przełożona wzięła pod uwagę słabe zdrowie Kandydatki
i zleciła jej pomoc w pracach zakrystyjnych. Obowiązki te dały Siostrze Kolumbie
- bo takie imię otrzymała w zakonie - dodatkową możliwość przebywania w pobliżu
Najświętszego Sakramentu, co było dla niej źródłem wielkiej radości. Od pierwszej
chwili swego pobytu w klasztorze Kolumba starała się wszystko traktować poważnie,
przekonana, że wszystko, co wykonuje z nadprzyrodzoną intencją, przemienia się w
dowód jej miłości. Bóg przeobrażał ją skutecznie swoją łaską.
Jak została wyleczona z nostalgii?
Mimo wielkiej serdeczności, jaką była otoczona w klasztorze w Nancy, tęskniła za
ojczyzną, polską mową i swoimi bliskimi. Czasem chęć usłyszenia choć jednego polskiego
słowa przypominała jej fizyczny głód. Marzyły jej się ojczyste krajobrazy, a kiedy
otrzymywała list od rodziny, z bijącym sercem uciekała za ołtarz w kaplicy i tam go
najczęściej ze łzami w oczach czytała. Mistrzyni nowicjatu zwróciła uwagę na tę
nostalgię i postanowiła z niej Kolumbę szybko wyleczyć. Pewnego razu, kiedy ponownie
mocowała się z tęsknotą, oświadczyła jej: "Moje dziecko, nie masz powołania, możesz
wrócić do swego kraju i rodziny, ty nie będziesz zakonnicą". Przeraziły ją te słowa
i tęsknoty bezpowrotnie minęły.
Pierwsza fundacja
Do Polski wróciła w czerwcu 1859. Jej plany organizacji na ziemiach polskich nowej
społeczności zakonnej, która będzie się oddawała szerokiemu apostolstwu wśród
opuszczonej ludności wiejskiej, nie znalazły zrozumienia ani u galicyjskich
dominikanów, ani wśród duchowieństwa parafialnego. Dopiero w kwietniu 1860
zainteresowała zamierzonym dziełem księdza Juliana Leszczyńskiego, kapłana diecezji
przemyskiej, który właśnie został mianowany proboszczem w Wielowsi koło Tarnobrzegu.
Należał on do nielicznych duchownych, którzy widzieli potrzebę sióstr o takiej
specyfice w swojej pracy parafialnej. Był postacią nieprzeciętną: były poseł na
sejm wiedeński, człowiek o szerokich zainteresowaniach intelektualnych, znający
kilka języków, uwrażliwiony na problemy całego Kościoła, szczery patriota. Zrządzeniem
Opatrzności Bożej miał się stać duchowym kierownikiem i przełożonym młodego Zgromadzenia
w pierwszym i najtrudniejszym okresie jego powstawania.
Warunki w Wielowsi nie wyglądały zachęcająco, wszystko było w sferze projektów. Właśnie
wtedy zaproponowano Siostrze Kolumbie fundację w Warężu koło Bełżca. Kolumba była świadoma
walorów Waręża i niedostatków Wielowsi, a jednak zdecydowała się organizować pierwszy
swój klasztor w bagnistej, zapadłej nadwiślańskiej wsi. Mimo młodego wieku i braku
doświadczenia trafnie wyczuła, że aby pracować dla ludu, trzeba żyć z ludem w jego
biedzie i dzielić jego ciężki los. Chrystus, któremu chciała pokornie służyć, przyszedł
do chorych, biednych i źle się mających.
Posługi samarytańskie
Bardzo wrażliwa na ludzkie nieszczęścia, Matka Kolumba przejmowała się chorobami, jakie
dziesiątkowały polską wieś, i starała się uwrażliwić na to swoje córki. "Śpieszyła z
pomocą wszystkim chorym - wspominała Gertruda Niedziela, mieszkanka Wielowsi
- a gdy już sama nie mogła, zlecała ten obowiązek swoim siostrom, by pilnowały
chorych i konających. Za ofiarną pracę, za serdeczne traktowanie wszystkich, a
w szczególności cierpiących i nieszczęśliwych, powszechnie ją nazywano
aniołem".
Po wybuchu powstania styczniowego, już w lutym 1863 zorganizowała w Wielowsi szpital
dla rannych powstańców. Podobny szpital przy udziale rodziny Tarnowskich powstał w
Dzikowie, gdzie Kolumba osobiście pielęgnowała rannych. Jej listy pisane w tym czasie
pełne są smutku i bólu, ale równocześnie przepojone wiarą w lepszą przyszłość ojczyzny.
W roku 1872 przyszło nowe ciężkie doświadczenie. W Wielowsi i okolicznych wsiach wybuchła
epidemia cholery. Zaraza zbierała swoje tragiczne żniwo. Siostry, wzorem swojej Matki,
bez lęku o własne życie dniem i nocą pielęgnowały chorych wszędzie, gdzie ich oczekiwano,
i grzebały, najczęściej własnymi rękami, zmarłych, których z obawy przed zarażeniem
wszyscy unikali. Sieroty i wdowy po zmarłych szukały w swoim nieszczęściu pomocy w
klasztorze. Były dnie, że cały dziedziniec był wypełniony biednymi ludźmi.
Znienawidzona bez przyczyny
Wiara jej doszła do heroizmu, gdy w miarę upływu lat współpraca z proboszczem w Wielowsi
układała się coraz gorzej. Proboszcz coraz więcej wtrącał się w życie wspólnoty zakonnej.
Nie rozumiał częstej Komunii Świętej. Był rygorystyczny w dotychczasowych bezdusznych
przepisach i ostry w stawianych wymaganiach. Zadawał siostrom ciężkie pokuty za
najdrobniejsze wykroczenia, najczęściej ostry post. Przy słabym odżywianiu, ciężkiej
pracy i trapiących siostry chorobach płucnych było to nieludzkie. Spowiedź u niego
większość jego zakonnych penitentek napawała lękiem. Matka była tym szczerze zmartwiona.
Ogromny autorytet, którym się cieszyła wśród sióstr, zaczął ks. Leszczyńskiego denerwować.
Matka Kolumba nie mogła u niego niczego załatwić. Na sam widok Matki wpadał w furię i jest
całkiem prawdopodobne, że w tym stanie mógł nawet posuwać się do fizycznego znieważania.
Skołatana do granic ludzkiej wytrzymałości, bez duchowego kierownictwa, całymi miesiącami
pozbawiana przez chorego człowieka Eucharystii, jej największej radości, przeżywała
najcięższe dni swojego życia.
Maryjna kołysanka dla umierającej
Przeczuwając bliski swój koniec, Matka kazała przyśpieszyć o kilka godzin wieczorne
modlitwy. Po pacierzach, Siostra Benwenuta głośno odmówiła pieśń do świętego Józefa:
Szczęśliwy kto sobie Patrona. Matka Kolumba poprosiła, ażeby pieśń tę jeszcze raz
powtórzono. Wtedy złożywszy ręce, wzniosła swe oczy ku niebu i była jakby w zachwycie
- najmniejszym ruchem nie okazywała życia. Trwało to dość długo. Potem, jakby
przebudzona, kazała pogasić świece na ołtarzyku i prosiła o proboszcza, którym
był wtedy ks. Władysław Ciechanowicz. Powiedziała mu, że "bardzo pragnie mieć przy
sobie kapłana w godzinę śmierci", a on ją zapewnił, że Pan Bóg tej łaski jej nie odmówi.
Krótko po ósmej wieczorem Matka Kolumba zacisnęła ręce i głęboko westchnęła, a czując,
że zbliża się ostatnia godzina, zawołała: "Siostry, Salve!", chcąc tą kołysanką
dominikańską być uśpioną na drogę wieczności. Zwołano wszystkie siostry i nowicjuszki,
które po odśpiewaniu Salve Regina klęczały wokół łoża umierającej Matki i we łzach
zasyłały przed tron Boga modlitwy za nią. Przyszedł znowu Ksiądz Proboszcz, który
udzielił ostatniej absolucji i odmówił modlitwy za konających. Matka, choć zupełnie
przytomna, już nie słowami, ale spojrzeniem pełnym wdzięczności dziękowała mu za tę
pociechę.
Potem spojrzawszy na siostry, a zdawało się, że na każdej z osobna wzrok jej spoczął,
powoli, przymykając oczy, zaczęła usypiać snem błogosławionych, ale tak cicho, tak
spokojnie, że oddechu było trudno dostrzec, tylko głowa podtrzymywana przez Siostrę
Marię Magdalenę coraz niżej opadała... Około godziny wpół do dziesiątej wieczorem,
18 marca 1887 roku, przeżywszy lat 49, Matka Kolumba oddała piękną swą duszę w ręce Boga.
"Jako ostatnia pokuta należy mi się zapomnienie"
Życzyła sobie, aby na jej pogrzebie nie wygłaszano przemówień, a później żeby o niej
nie pisano. "Jako ostatnia pokuta - powiedziała - należy mi się zapomnienie". Matka
mówiła to w prostocie i szczerości swojego serca. Siostry, kochając ją i chcąc być
jej wierne, otoczyły na wiele lat tajemnicą życie i śmierć swojej Założycielki,
zapominając, że życzenie Matki było życzeniem świętej, która w obliczu wieczności
do ludzkiego bełkotu nie przywiązywała już żadnego znaczenia.
- [«]
Bruno Mazur OP i Joachim Bar OFMConv., Wierna utajonej Miłości. Kolumba Róża Białecka,
Kraków 1989 Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, ss.189.