O. Jacek Salij - "Varia" |
Ojciec Michał Czartoryski (1897-1944), rozstrzelany przez Niemców po upadku powstania na warszawskim Powiślu, jest jednym ze 108 polskich męczenników z czasów drugiej wojny światowej, których Jan Paweł II beatyfikował w Warszawie 13 czerwca 1999 roku. Potomek ogromnie zasłużonego dla Polski książęcego rodu, zanim w roku 1927 wstąpił do dominikanów, zdobył na Politechnice Lwowskiej dyplom inżyniera architekta. Dyplom ten uzyskał zresztą z pewnym opóźnieniem, spowodowanym najpierw przez pierwszą wojnę światową, następnie zaś przez służbę wojskową w wojsku polskim, do którego Jan Czartoryski (przyszły Ojciec Michał) wstąpił ochotniczo w roku 1918. Należał bowiem do tej części ówczesnej polskiej młodzieży, która zachowanie i umocnienie świeżo odzyskanej przez Polskę niepodległości zdecydowanie postawiła ponad wszelkie plany osobiste. Służbę wojskową zakończył dopiero w drugiej połowie listopada 1920 roku, wziął jeszcze udział w akcji plebiscytowej na Śląsku, i dopiero wtedy powrócił na przerwane studia.
Zarówno pochodzenie i wykształcenie, jak piękna karta patriotyczna w życiorysie, dawały mu wielkie szanse na zrobienie kariery świeckiej, tak że jego wstąpienie do zakonu było naprawdę porzuceniem wszystkiego, co posiadał, ażeby pójść za Chrystusem. Wyświęcony na kapłana w roku 1931, już trzy lata później został powołany na wychowawcę zakonnych kleryków. Z funkcji tej został odwołany dopiero na wiosnę 1944 roku. Wychowankowie zapamiętali go jako człowieka wielkiej prostolinijności, głęboko pobożnego, pełnego spokoju i naturalnej życzliwości dla ludzi.
Wybuch powstania warszawskiego zaskoczył go na mieście, tak że powrót do klasztoru okazał się niemożliwy. Ojciec Michał znalazł wówczas gościnę na Powiślu u swojego znajomego, prof. Stanisława Kasznicy. Od razu zgłosił się do dowództwa walczącego w tej dzielnicy III zgrupowania AK "Konrad", deklarując gotowość podjęcia obowiązków kapelana, i zaczął ofiarnie spełniać posługę spowiednika, a kiedy było to potrzebne - również pielęgniarza rannych i umierających.
Kiedy powstanie zaczęło na Powiślu upadać, wycofującym się oddziałom udało się - w nocy z 5 na 6 września - ewakuować swoich rannych. Musiano jednak pozostawić najciężej rannych, którzy na pewno nie przeżyliby ewakuacji. W szpitalu powstańczym, jaki znajdował się w piwnicach Alfa-Laval na rogu Tamki i Smulikowskiego, pozostało prawdopodobnie jedenastu rannych. Ojcu Michałowi ktoś zaproponował cywilne ubranie i kilkakrotnie namawiano go do ewakuacji, zwracając mu uwagę na to, że Niemcy zachowują się wobec jeńców jak najgorsi barbarzyńcy. Ojciec Michał odpowiedział, że na pewno nie pozostawi rannych bez opieki ani nie zdejmie swojego habitu. Tę swoją postawę opłacił życiem, gdyż rzeczywiście został zastrzelony przez Niemców razem ze swoimi rannymi.
Trzy pierwsze teksty pochodzą z książki: Maurycy L. Niedziela OP, Błogosławiony o. Michał Czartoryski, Włocławek 2001, seria "Męczennicy 1939-1945", zeszyt 62; dwa ostatnie - książki: Zygmunt Mazur OP, O. Michał Czartoryski - męczennik i bohater, Kraków 1994.
Jan Czartoryski, mało mówiący, bardzo skupiony, głęboko patrzący w człowieka, budzący zaufanie, stał na stanowisku, iż religia nie może być narzędziem dla sprawy narodowej czy społecznej, gdyż jest uniwersalna i ponad wszystkim. Odpowiednie zanurzenie w istocie religii stwarza i ułatwia kształtowanie dobrego społecznika i obywatela. Ta postawa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stanowiła ważne novum wśród ówczesnych, dość powszechnych poglądów".
Sam Ojciec Magister mieszkał tuż przy kaplicy, można było do niego przyjść o każdej porze dnia. Wszędzie obowiązywało milczenie. Jeżeli trzeba było coś załatwić, to tylko przy drzwiach celi szeptem. Ojciec Reginald pamięta, że tego wprowadzenia w życie zakonne Ojciec Magister dokonał w kapturze i był bardzo skupiony, wewnętrznie przekonany do tego, o czym mówił.
Pamiętam, że mój ojciec namawiał O. Michała na wyjście wraz z nami, z ludnością cywilną, z Powiśla, z Warszawy. Pamiętam, jak łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach, nie opuści. Żadne argumenty mego ojca nie skutkowały. O. Michał stanowczo odmówił wspólnego wyjścia i pozostał z rannymi. Nawet nie pożegnałam się z nim, bo jeden z rannych zaczął charczeć, chyba umierał, i O. Michał wraz z lekarzem przeszedł do innego pomieszczenia, gdzie ten ranny leżał. Już go więcej nie widziałam".
Dopiero w czasie tego pięciotygodniowego ciągłego obcowania poznałem go w głębi, poznaliśmy go oboje z żoną i pokochaliśmy go. Stratę jego odczuwamy jak kogoś najbliższego. Nie możemy się wprost pogodzić z myślą, że on już nie żyje. Nie modlimy się za niego, ale do niego. Uderzało w nim przede wszystkim skojarzenie uduchowienia, świątobliwości z praktycznością, rozsądkiem, życiowością, jak u wielkich świętych. I prostota, naturalność połączone z wielką godnością kapłańską".
| PRZYPISY: |
| |||
![]()
![]()
![]() |