O. Jacek Salij - "Varia"
|
Wszystkie zawarte tu opowieści o Pier Giorgiu Frassatim (1901-1925) wybrane zostały
z biografii napisanej przez jego rodzoną siostrę, Lucianę1
. Biorąc tylko
po ludzku, ten młody człowiek miał niewielkie szanse na to, żeby być człowiekiem autentycznie
religijnym. Ojciec agnostyk, matka religijnie wychłodzona, środowisko społeczne oraz atmosfera
na uczelni pełne negatywnych uprzedzeń wobec Kościoła. Okazuje się jednak, że wszystko to nie
przeszkodziło Pier Giorgiowi w rozwijaniu bardzo głębokiego życia wiary i modlitwy, ani w
angażowaniu się w budowanie środowisk wiary tam, skąd wiara - mogłoby się wydawać
- została definitywnie wyrzucona.
Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, nieraz wyznawał, że jego,
wówczas siedemnastolatka, spotkanie z Pier Giorgiem istotnie wpłynęło na wybór jego
podstawowej drogi życiowej. Było to w roku 1921, Pier Giorgio, syn ówczesnego ambasadora
Włoch w Niemczech, został zaproszony do domu Rahnerów. Karl tak go później wspominał:
"Frassati reprezentował typ młodego chrześcijanina czystego, radosnego, oddanego modlitwie,
otwartego na wszystko, co jest wolne i piękne, wrażliwego na problemy społeczne, noszącego
w sercu Kościół i jego losy, żywiołowego w sposób pogodny i męski". W niecały rok później
Karl Rahner wstąpił do jezuitów.
Czytając książkę Luciany Frassati, szczególnie uderza ogrom posługi zabierającej mnóstwo
czasu i pieniędzy posługi charytatywnej, jaką wypełniał jej brat. A przecież Pier Giorgio
był studentem, który po prostu musiał się uczyć, i zresztą rzeczywiście się uczył. I
chociaż pochodził z rodziny, która nie miała problemów finansowych, pieniądze na swoich
ubogich mógł zdobywać niemal wyłącznie dzięki narzuconemu sobie niezwykle ostremu
oszczędzaniu dosłownie na wszystkim. Właśnie podczas posługi ubogim nabawił się
śmiertelnej choroby, a umarł dosłownie w przeddzień odebrania dyplomu inżyniera.
Jan Paweł II beatyfikował tego dominikańskiego tercjarza 20 maja 1990 roku.
"Pier Giorgio Frassati - mówił wtedy w homilii - głosi swoim przykładem, że tylko
człowiek błogosławieństw może przynosić ludziom pokój. Że naprawdę opłaci się wszystko
ofiarować, żeby służyć Panu. Że świętość jest możliwa dla wszystkich, że tylko rewolucja
miłości rozbudzić może w sercach ludzi nadzieję na lepszą przyszłość".
Religijna nijakość domu rodzinnego
Agnostycyzm ojca znacznie mniej przyniósł mi szkody niż "religijność" rodziny matki. Od
niego nie słyszeliśmy nigdy ani słowa przeciwko Kościołowi, podczas gdy superkrytyczny
charakter mamy wytwarzał atmosferę zdecydowanie antyklerykalną. W jej rodzinie na nic nie
patrzono z prawdziwie chrześcijańskiego punktu wodzenia: mama i jej siostra, które za nic
w świecie nie opuściłyby mszy w niedziele czy święta, nie wchodziły do kościoła ot tak, na
krótki pacierz, nie przystępowały do komunii z potrzeby serca, nigdy się nie widziało, żeby
która z nich uklękła do modlitwy. Czuliśmy się zmuszeni do fanatycznego, a pozbawionego
treści przestrzegania określonych reguł: w kościele nie kręcić się,
"pobożnie" uczestniczyć w nabożeństwach, nie opuszczać mszy w dni przez Kościół nakazane.
Religia złożona z gotowych, utartych zdań, powtarzanych przez całe życie, łatwo mogłaby
z nas zrobić obłudników, a co najmniej ludzi powierzchownie "praktykujących".
Duma matki ze swojego małego synka
Alfredo [ojciec Pier Giorgia] był właśnie w przedpokoju2
, kiedy zadzwonił
jakiś biedny - wyglądał raczej na robotnika - i powiedział, że jest głodny i bez pracy. Mój
mąż odesłał go z niczym, bo poczuł od niego woń alkoholu. Obecny przy tym Pier Giorgio
przybiegł do mnie z płaczem (rozmawiałam przez telefon): "Mamo, przyszedł jakiś biedak,
głodny, a tatuś nic mu nie dał do jedzenia!" Szlochał i ciągnął mnie za ubranie. Chcąc
go uspokoić, powiedziałam: "Biegnij na ulicę i przyprowadź go z powrotem, damy mu
jeść". Tak też zrobił i był uszczęśliwiony.
W szkole u jezuitów
Kwestia spowiedzi od dawna pogrążała naszą mamę w istnym morzu niepokojów. Bała się,
że "pewne pytania" niechcący skierują myśli Pier Giorgia ku sprawom, od których był bardzo
daleki: kiedy czystemu mówi się o nieczystości, zaczyna rozumieć, że nieczystość istnieje.
Zaniepokojona poszła do ojca duchownego Pietra Lonbardi, niemal zabraniając mu spowiadania
Pier Giorgia. Poczciwy jezuita uspokoił ją zapewniając, że ma pod względem postępowania z
chłopcami duże doświadczenie.
I "incydenty religijne" na tym by się skończyły, gdyby mój brat nie zapragnął codziennego
przystępowania do komunii. Tutaj właśnie go do tego zachęcano, co bardzo zaskoczyło Pier
Giorgia, bo w domu wciąż słyszał krytykowanie bigoterii "paniuś", które dzień w dzień
chodzą do kościoła: a więc jego wewnętrzne dążenie nie jest czymś złym, skoro popiera
je rozumny ksiądz. Mama była przekonana, że codzienne przystępowanie do komunii musi
z czasem przejść po prostu w nawyk i w obawie, że syn jej stanie się typowym bezmyślnym
bigotem, oparła się temu z całą stanowczością. Potrzeba było czterech dni usilnych nalegań,
żeby wreszcie Pier Giorgio mógł wejść do pokoju ojca Lonbardi z okrzykiem: "Ojcze,
wygrałem!"
On jeden zauważył
Pewnego dnia, kiedy koledzy gwarnie i z hałasem wybiegali ze szkoły, tylko on jeden
zauważył na twarzy woźnego, Ernesta Fassone, jakiś niezwykły wyraz. "Co się stało,
Fassone?" - zapytał. Dowiedziawszy, że woźnemu umarł czternastoletni jedynak, Pier
Giogio spuścił wzrok i zatrzymał się na dłuższą chwilę przy nim, próbując dodać mu otuchy.
A następnego roku w ten sam dzień, wchodząc w gromadzie kolegów do przedsionka szkoły,
zbliżył się do woźnego i powiedział szeptem: "dziś rocznica śmierci pańskiego
syna; będę o nim pamiętał przy komunii". Fassone płakał, ilekroć wspomniał te słowa.
Gdzie znajduje się lombard?
"Czy wie pan, gdzie znajduje się lombard?" - zapytał Pier Giorgio Giovanniego Pilone,
gońca z La Stampy, pokazując mu jednocześnie kwit na zastawioną rzecz. Było to niecodzienne
pytanie jak na młodzieńca z dobrej rodziny i Pilone z pewnością by się zdziwił, a nawet
może i pobiegłby zawiadomić o tym naszego ojca, gdyby już ze sto razy nie widział Pier
Giorgia, jak szedł obładowany paczkami na peryferie miasta, by odwiedzić swoich ubogich.
Udzielił mu zatem informacji, o którą prosił, i pomyślał, że znów jakiejś udręczonej
nędzą rodzinie sprawi w tym dniu radość.
Podobnie jak święty Marcin
Wróciwszy któregoś dnia, wesoły i wypoczęty mimo podróży trzecią klasą, zasiadł z uśmiechem
do stołu. Ale choć Pier Giorgio się uśmiechnął, ojciec nie uśmiechnął się wcale. Nie
bardzo rozumiałam, co właściwie zaszło. Dopiero w dwadzieścia lat później dowiedziałam
się, że wtedy mój brat przyjechał do Berlina, przy dwunastu stopniach poniżej zera, w
samej tylko marynarce, bo swój płaszcz oddał komuś, kto nie miał okrycia. Tatuś, choć
szczodry dla ludzi, uznał ten gest za przesadę. Utwierdził się w przekonaniu, że jego
syn jest co najmniej naiwny.
Tercjarz dominikański
22 kwietnia 1921, w kościele San Domenico, Pier Giorgio przyjął szkaplerz trzeciego
zakonu dominikańskiego, przybierając na pamiątkę Savonaroli imię brata Gerolamo. Każdemu,
kto go tym imieniem witał, odpowiadał: "Obym umiał go naśladować w walce i w
cnocie". Z przyjacielem, Antoniem Villanim, który chciał pójść za jego przykładem, dzielił
się swoim entuzjazmem: "Jakże bardzo się cieszę, że chcesz wejść do wielkiej rodziny
świętego Dominika, gdzie wedle słów Dantego «syty, kto do dzieła
skory». Imię to
przypomina mi postać drogą mojemu sercu, a zapewne także i twojemu, skoro mamy obaj
jednaki stosunek do zepsucia obyczajów: postać Fra Gerolama Savonaroli, którego imię
ja, niegodny, noszę. Żywiąc gorący podziw dla tego zakonnika, który poszedł na śmierć
jak święty, postanowiłem zostać tercjarzem jego zakonu i wziąć go sobie za wzór, choć
niestety bardzo mi daleko do tego, by stać się do niego podobnym".
Nieustannie zadłużony
Na to, by pomagać, konieczne były pieniądze, dużo pieniędzy. A któż mu je dawał? Ojciec
nie, matka niewiele. Często musiał pożyczać po parę soldów od tego czy owego i był
jedynym członkiem rodziny zmuszonym do prowadzenia szczegółowych rachunków: jego
notatnik zawiera wiele stroniczek stanowiących wzruszające świadectwo.
Zważywszy nasze wychowanie i nasz tryb życia, Pier Giorgio postępując tak wykazywał
przede wszystkim dużo odwagi: łamał zasadę uważaną za świętą i niezłomną: lekceważył
"niebezpieczeństwo" długów, które na szalach moralnej wagi naszego ojca graniczyło,
jeśli nie z nieuczciwością, to co najmniej z krańcowym brakiem odpowiedzialności.
I jakże na tym cierpiała godność rodziny! Jak można, będąc synem Frassatiego,
dopraszać się u wszystkich pożyczki! Rzeczywiście niewiele było osób, zwłaszcza
tych szarych, a więc stojących z dala od naszej rodziny, a jednocześnie bardziej
szczodrych, do których Pier Giorgio nigdy się nie zwrócił z prośbą o pożyczenie
kilku lirów. Giuseppe Leone do dziś nie zapomniał tej chwili, kiedy ujrzał Pier
Giorgia wracającego skądś w domowych łapciach, gdyż buty swoje podarował jakiemuś
biedakowi.
Jego stosunek do podwójnie biednych
Często stawał wobec sytuacji trudnych i delikatnych: rozpad rodziny, nieprawe dzieci,
przestępcy. Nie gorszył się niczym. Nosił w sobie słowa Chrystusa: "Kto z was jest
bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamień".
Jak nabawił się śmiertelnej choroby
Nie odczuwał ani obawy ani wstrętu przed wejściem do najbardziej nawet brudnych i
zaniedbanych ruder, przed zbliżeniem się do chorych ludzi, bez względu na to, jaką
chorobą byli dotknięci. Profesor Micheli twierdzi, że Pier Giorgio właśnie w jednym
z tych domów znalazł śmierć, tam bowiem nabawił się tej okrutnej choroby. Ale zanim
to nastąpiło, przez wiele dni przesiadywał przy cierpiących i wycieńczonych gorączką
ludziach, głaskał rozczochrane główki obdartych dzieci, nie troszcząc się o nic innego,
jak tylko o to, by im pomóc.
Samotny w umieraniu
Jego ostatnie dni były udręką fizyczną i duchową, mimo że głęboka pokora, stałe
unicestwianie samego siebie, nie pozwalały mu reagować na obojętność otoczenia.
Mama i cała rodzina zajęta była umierającą babcią. Ostatni raz Pier Giorgio wyszedł
z domu, żeby wezwać do niej księdza. Cały dzień spędził samotnie. Później wzywano go
kilkakrotnie do wezgłowia babci. Przywlókł się w piżamie, owinięty pledem. Wydał się
jeszcze bardziej wychudły i cierpiący. Babcia umarła tegoż wieczora, w środę 1 lipca.
Pier Giorgio był do niej bardzo przywiązany, choć babcia od lat straciła zupełnie pamięć,
ciężko przeżył jej śmierć. Mimo to spadło na niego wiele niesprawiedliwych wyrzutów.
"To wprost nie do wiary, kiedy tylko jesteś potrzebny, nigdy cię nie ma" - powiedziała
mu mama w związku z pogrzebem babci. Nie wiedziała, że Pier Giorgio upadł trzy razy
idąc na modły przy trumnie babci i z wielkim trudem dźwigał się na nogi, czepiając się
ścian korytarza, a całą noc spędził na stole bilardowym, kręcąc się w poszukiwaniu mniej
bolesnej pozycji. Na wyrzuty nic nie odpowiedział; jak zawsze, zniósł w milczeniu
rozdrażnienie mamy i wrócił do swego pokoju.
Podczas pogrzebu babci, nikt z obecnych nie mógł sobie wyobrazić, że za trzy dni
będziemy tam chowali Pier Giorgia, tuż obok babci.
Wymowny pogrzeb
Kiedy umarł, w naszym domu zaczęły się pojawiać nowe twarze, nieznane, jak nieznane
nam było jego życie. Mama próbowała jeszcze temu przeszkadzać, nie rozumiejąc, że oto
zaczyna objawiać się wielkość jej syna. Na moją prośbę cofnęła zakaz. I zaraz wielka
fala ludzi milczących, o twarzach stężałych albo zbrużdżonych łzami, zaczęła wchodzić
na górę, przesuwać się przed nim, dotykać go z czcią jak relikwię - a wszystko to
działo się na naszych oczach, nas, którzy przez tyle lat nie wiedzieliśmy o nim nic
i dopiero teraz nieznani ludzie dawali nam wielką naukę.
Kiedy Pier Giorgio po raz ostatni opuszczał dom między dwoma szpalerami ludzi klęczących
na ulicy i na chodnikach, jakby w odwecie za swoją wieczną pokorę zmarły przemówił,
jak może przemawiać święty obraz niesiony w procesji. A mnie przytłaczało boleśnie
poczucie ruiny tylu nadziei. Nie mogłam sobie wyobrazić życia bez mego brata. Szłam
za nim, zagubiona, podczas gdy on ze swojej trumny głosił wszystkim, że jego przyjaciółmi
są właśnie ci biedni ludzie, wierni i zrozpaczeni, którzy ostatni raz mu towarzyszą.
Jakiś niewidomy chciał koniecznie dotknąć trumny, ktoś inny protestował, chciał być
jak najbliżej swego dobroczyńcy. Gęsty tłum otaczał jego śmiertelne szczątki, jedni
płakali, inni się modlili.
- [«]
Luciana Frassati, Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu
błogosławieństw, tłum. Barbara
Sieroszewska i Stanisław W. Gaudyn, Instytut Wydawniczy PAX 1979.
- [«]
Zapisana wtedy na gorąco notatka matki Pier Giorgia.