O. Jacek Salij - "Wybierajmy życie" |
Będę mówił na podstawie mojego doświadczenia duszpasterskiego. Przychodzi do mnie wielu różnych ludzi, każdy z jakimś swoim bólem, a kiedy się ma rozmówcę przed sobą, to rzecz jasna łatwiej jest z nim rozmawiać niż z kimś anonimowym przez telefon, albo za pośrednictwem papieru czy komputera.
Zacznę od sytuacji związanych ze śmiercią dziecka. Kiedyś przyszła do mnie matka, której dziecko umierało. Potrzebowała nie tyle rozmowy, co chciała "wybluźnić się" przeciwko Panu Bogu. Nie próbowałem jej powstrzymywać, a tym bardziej nie chciałem się wymądrzać. Bluźniła strasznie - jaki ten Pan Bóg okrutny... I może wyczuła, że jej nawet odrobinę nie potępiam, bo kiedy już tę całą flegmę z siebie wyrzuciła, to sama zaczęła mówić bardzo mądre i głębokie rzeczy, które gdybym ja jej przedtem próbował powiedzieć, to na pewno bym ją pobudził do jeszcze większych bluźnierstw. Okazuje się, że w niej samej była prawda i pociecha wiary na tę straszną sytuację. Jedyne, co ja zrobiłem, to swoim milczącym i nie aprobującym jej bluźnierstw współczuciem pomogłem jej wyciszyć się.
Wiele już razy rozmawiałem z rodzicami, którzy nie potrafią się podnieść po śmierci swojego dziecka. Najczęściej takiej pomocy szukają rodzice po utracie dziecka małego, ale zdarza się również, że rodzice kompletnie nie mogą się pozbierać po śmierci dziecka już dorosłego. Osobiście ogromnie pomaga mi w tych rozmowach to, że w dzieciństwie byłem długoletnim świadkiem rozpaczy, jaką przeżywali moi rodzice po śmierci mojej siostrzyczki. Dzięki temu umiem w sposób prawdziwy przekazać to, co po latach powiedziała moja mama, że mianowicie nadmiernym płaczem też można Pana Boga obrazić.
Niekiedy jakiś horyzont nadziei otwiera się przez sam fakt, że rodzicom rozpaczającym po śmierci swojego dziecka opowie się o tym, jak ktoś inny przeszedł przez podobną sytuację. Rzecz jasna, praktycznie nie zdarza mi się, żebym podczas takiej rozmowy nie otworzył Księgi Mądrości i nie pokazał, co na temat przedwczesnej śmierci mówi się tam w rozdziale trzecim. Aż dziw bierze, że niektórym z tych rodziców w ciągu wielu miesięcy po śmierci dziecka jeszcze nikt tego tekstu nie pokazał.
Nieraz w takich rozmowach posługuję się mądrością ludową. Np. jest taka opowieść o matce, która w swojej nie dającej się opowiedzieć żałobie pragnęła już tylko tego, ażeby jej się to zmarłe dziecko przynajmniej przyśniło. Po wielu dniach w końcu taki sen przyszedł. Śni się jej, że jest w nocy w kościele, punktualnie o północy drzwi się otwierają i do kościoła wchodzą sami tylko zmarli z tej wioski. Ona ogromnie się cieszy, że wreszcie zobaczy się ze swoim dzieckiem. Jednakże kolejni zmarli przychodzą, ona rozpoznaje starszych, młodszych, także zmarłe dzieci, a jej dziecka nie ma. W końcu weszli już wszyscy, a jej dziecka nie ma. Dopiero po jakimś czasie przychodzi i ono. Ledwo idzie, bo dźwiga dwa ciężkie wiadra. Matka pyta: "Dziecino, kto cię tak skrzywdził?" - "Mamusiu, muszę dźwigać Twoje łzy!" Nieraz nawet wdowie czy wdowcowi uda mi się za pomocą tej opowieści istotnie dopomóc w znalezieniu miary dla swojej żałoby.
Niekiedy, ale raczej rzadko, odważam się przywołać inną opowieść, dość brutalną. Mianowicie umierał matce synek, ona przez całe tygodnie umęczona jego chorobą, w jakimś momencie zasnęła przy jego kołysce. I śni się jej, że dziecko wyzdrowiało i bardzo dobrze zaczęło się chować, ale z czasem zaczęło być trudne. W końcu syn wydoroślał, ale wdał się w złe towarzystwo, zaczął kraść, aż wreszcie kogoś zamordował. Został za to skazany na śmierć i go powiesili... W tym momencie ona się budzi, a synek właśnie umarł. "Bogu dzięki, że to był tylko sen!" - westchnęła wtedy matka. Rzecz jasna, nie jestem zbyt chętny do opowiadania tej historii, ale niekiedy się odważam.
Przypominam sobie rozmowę z matką samobójcy. Kiedy do mnie przyszła, to było już co najmniej rok po tej śmierci. Żal było na nią patrzeć, śmierć dziecka przemieniła ją w jedno wielkie nieszczęście. Dla niej takie odejście syna było klęską jej macierzyństwa, ponadto im więcej czasu mijało, tym bardziej uświadamiała sobie, że syn nadawał sygnały z prośbą o pomoc, ona je zlekceważyła, a teraz jest już za późno. W dodatku, ponieważ to samobójstwo zdradzało wszystkie cechy czynu podjętego z całą premedytacją, lękała się o jego zbawienie wieczne.
Rzecz jasna, w takich rozmowach trzeba z największą cierpliwością wysłuchać cały jej ból. Powiedziałem jej tylko dwie rzeczy, ale naprawdę ważne. Nie śpieszyłem się z mową o Bożym miłosierdziu, ani nie próbowałem jej przekonywać, że może on nie w pełni świadomie podejmował tę nieszczęsną decyzję, zwłaszcza że wszystko wskazywało na to, że miał pełną świadomość czynu, zaplanował wszystko. Powiedziałem jej dwie rzeczy: Wyszedłem od tego, co ona bardzo czuła, że samobójstwo jest to straszny czyn niszczycielski skierowany przeciwko samemu sobie, ale on ma w swojej naturze to, żeby owo zniszczenie szło dalej. "Po śmierci twojego syna - mówiłem jej - zaczęły się twoje nowe obowiązki macierzyńskie: Nie wolno ci dopuścić do tego, żeby to zniszczenie, które on spowodował, rozlewało się dalej. Nie wolno ci dopuścić do tego, żeby jego śmierć zniszczyła teraz ciebie. Ty musisz siebie ocalić. Musisz dać swojemu synowi szansę na sądzie Bożym, tak żeby on mógł się bronić: «Panie Boże, bardzo źle zrobiłem, ale zobacz - ten świat jest Twój, Boży, i zniszczenie płynące z mojej niemądrej śmierci już dalej nie poszło, na mnie się zatrzymało. Zobacz, nawet moja mamusia jakoś sobie z moją śmiercią poradziła».
"Ty możesz jeszcze więcej - tłumaczyłem tej matce. - Mocą łaski Bożej wszystko jest możliwe. Ty możesz to swoje straszne nieszczęście przemienić w swoją szansę. Jeśli wskutek tak niepotrzebnej śmierci twojego dziecka uda ci się mocno przylgnąć do Boga, wprowadzić więcej miłości bliźniego w swoje życie, itp., wtedy twój syn na sądzie Bożym to już będzie arystokrata. Będzie mógł się bronić: Panie Boże, bardzo źle zrobiłem, ale zobacz, ile dobra dzięki Twojej łasce z tego mojego zła wyszło!" Mam głęboką pewność, że w rozmowie z ludźmi nieszczęśliwymi wolno sięgać po ten rodzaj logiki. Po prostu za tą logiką kryje się prawda i ona do ludzi dociera.
Co poradzić rodzicom samobójcy, którzy zdecydowali się na rzecz niewiarygodną: na ukrycie przed całą rodziną samobójczej śmierci swojego dziecka. Wymyślili dla rodziny opowieść, że syn wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Rodzina dopytuje się, a oni coraz bardziej się plątają, rodzina powoli zaczyna się domyślać prawdy, bo zawsze, kiedy mówi się o tym dziecku, oni są bardzo smutni. Trzy lata trwało całe to udawanie. Kiedy przyszli do mnie, czuli się przytłoczeni ciężarem już nie do udźwignięcia. Oczywiście, najlepsze jest leczenie prawdą... więcej nie będę mówił, aby nie zdradzić anonimowości tych ludzi.
Podobnie mówię człowiekowi, którego małżeństwo się rozpada, zwłaszcza jeśli ogarnia go poczucie, że nie ma takiej ceny, jakiej by on/a/ nie zapłacił/a/ za uratowanie swego małżeństwa. Mówię wówczas mniej więcej tak: "Zrozum mnie dobrze, ja jestem księdzem i naprawdę całym sercem pragnę ocalenia twojego małżeństwa. Ale właśnie dlatego radzę ci budować w sobie postawę następującą. To bardzo dobrze, że się cały/a/ mobilizujesz dla ocalenia waszego związku. Nie wolno ci jednak dopuścić w sobie do postawy, że gdyby ci się to nie udało, to wówczas twoje życie straciłoby swój sens. Ocalenie waszego małżeństwa zależy nie tylko od ciebie. Jeśli o tym zapomnisz i będziesz się zachowywał/a/ jak osoba przyklejona do swojego współmałżonka, to zaczniesz w panice tak się zachowywać, że to tylko przyśpieszy rozpad twego małżeństwa, które przecież chcesz uratować. Jedyne, czego naprawdę nie próbuj sobie wyobrażać, to ułożenia swego życia w niezgodzie z Bożymi przykazaniami".
Jeszcze jedno chciałbym powiedzieć na temat osób samotnych. Są bardzo wdzięczni, kiedy się im zaproponuje następującą metaforę na temat ich powołania: Jeżeli społeczeństwo jest to wspólnota zbudowana z cegiełek, a cegiełkami są rodziny, to żeby cegiełki stanowiły jedno, potrzebna jest zaprawa. Otóż osoby samotne, jeżeli mądrze przyjmują swoją samotność, to znaczy jeżeli swojemu życiu starają się nadać wymiar jakiejś służby dla innych, spełniają rolę owej zaprawy. W różnych naszych zbiorowościach jest mnóstwo takich potrzeb, które wymagają takiego czasu i zaangażowania, na jakie ludzie związani życiem rodzinnym zazwyczaj nie mogą sobie pozwolić.
Natomiast wydaje mi się, że stosunkowo łatwo jest dopomóc człowiekowi żonatemu albo mężatce, który/a/ przychodzi do mnie z niepokojem, że się zakochał/a/ w kimś trzecim: że jest to coś niezależnego od niego, potężnego, fascynującego, i tylko żal człowieka ogarnia, że tej swojej "naprawdę drugiej połowy" nie spotkałem/am/ przed swoim ślubem. Kiedy ktoś z takim problemem przychodzi do księdza, to na ogół ta sprawa rokuje bardzo dobrze. Rzecz jasna, każda sytuacja jest niepowtarzalna, ale zazwyczaj trzy argumenty w tej rozmowie pojawić się powinny.
Po pierwsze, nie panikować z powodu tej sytuacji, ale też nie podkładać drewienek pod ten ogień, przede wszystkim unikać sam na sam (również telefonicznego) z tamtym człowiekiem; unikać jakiejkolwiek dwulicowości, tamten człowiek musi się dowiedzieć (dzięki twoim słowom lub jednoznacznemu zachowaniu), że nie zamierzasz niszczyć swojego małżeństwa. Po wtóre, w tej chwili twoim największym obowiązkiem jest pogłębiać ile tylko potrafisz związki z twoją żoną czy mężem. Po trzecie, nie próbuj na siłę wyrzucać z siebie owego zakochania, bo zapewne i tak by ci się to nie udało; raczej staraj się, kiedy to uczucie cię ogarnia, się z nim, tak jak potrafisz, nie utożsamiać. Ewentualnie, można te uczucia, których nie chcesz, traktować jako rodzaj komarów.
Ta metafora z komarami jest generalnie przydatna, kiedy chce się pomóc komuś, kto nie umie sobie poradzić również z jakimiś innymi natrętnymi myślami, na przykład z pokusami nienawiści czy rozpusty, z myślami bluźnierczymi czy samobójczymi. Po prostu nieraz trzeba się pogodzić z tym, że bywają takie miejsca zakomarzone, w których najrozsądniejszą odpowiedzią na plagę komarów jest cierpliwość. Dotyczy to również różnych komarów "duchowych". Najmądrzejszą rzeczą, jaką możesz wtedy zrobić, jest po prostu budować w sobie taką postawę, że te komary to nie jesteś ty, postawę dystansowania się. Człowiek doświadczający tych dziwnych stanów może je nawet potraktować jako niesienie krzyża. Owszem, dziwny to krzyż, kiedy na 39-letniego człowieka przyjdzie zakochanie się w kimś trzecim, ale Pan Bóg czasem jest pełen humoru i również takie krzyże potrafi człowiekowi dawać. Rzecz jasna, mówię o takim zakochaniu się, które na kogoś spadło bez jego winy.
O innej jeszcze sytuacji małżeńskiej powiedzmy parę słów. Ktoś przychodzi z problemem następującym: Coś się dzieje z moim małżeństwem, ono się chyba rozpada, ja już nie kocham mojej żony /mojego męża/. Lubię wówczas opowiadać następującą historię, prawdziwą, rzecz jasna. Mianowicie dowiaduję się, że moi znajomi, wspaniali ludzie, w rok po ślubie się rozchodzą. Udało mi się zaprosić ich razem do mojej rozmównicy, a oni mówią, że muszą się rozejść, bo się już nie kochają. Wtedy Pan Bóg spuścił na mnie łaskę niepohamowanego śmiechu. Ja oczywiście wiem, że w takich sytuacjach nie wolno się śmiać, ale to chyba była łaska. Po prostu kiedy sobie uświadomiłem, że te 24-latki, które jeszcze tak niedawno były w sobie zakochane na śmierć i życie, a teraz się rozchodzą, bo się już nie kochają - chyba każdego śmiech by wziął.
Więc im tłumaczę jak człowiek ludziom, że jest to prawdopodobnie kryzys świadczący o dojrzewaniu ich miłości. Dotychczas oni czuli, że się kochają, bo było im ze sobą dobrze. Była to miłość raczej egocentryczna. To, że uczucie miłości jakby gdzieś wyparowało - wolno ufać, że tylko przejściowo - jest szansą, darem Bożym, jakimś wezwaniem do tego, żeby przekraczać egocentryzm miłości. To by było naprawdę fatalnie, gdybyście przez całe życie mieli się kochać tylko dlatego, że wam ze sobą dobrze. Właśnie teraz przyszedł czas, żebyście uczyli się miłości bezinteresownej, kiedy ja cię kocham nie tylko dlatego, że mi z tobą dobrze, ale kocham cię, bo jesteś moją żoną /moim mężem/; miłość moja polega na tym, że ja cię kocham i już.
Szczególnie trudno rozmawiać z kimś, kto znienawidził swojego współmałżonka. Rzecz jasna, głupotą byłoby wmawiać takiemu człowiekowi, że te jego uczucia są urojone. Ale przecież całkiem nierzadko tego rodzaju uczucia bywają relatywne. Kiedyś np. przyszła do mnie dziewczyna pełna najczarniejszej nienawiści do swojego ojca. Jeśli komuś jednej godziny za mało, żeby wylać z siebie całą żółć przeciwko własnemu ojcu, znaczy to, że to jest prawdziwa nienawiść. Otóż proszę sobie wyobrazić, że dwa tygodnie później przychodzi do mnie ta sama dziewczyna. Okazuje się, że jej ojciec wpadł pod samochód, a ona - w związku z naszą poprzednią rozmową - ma wielką potrzebę opowiedzieć mi, jaki jej tatuś jest wspaniały i jak bardzo ona go kocha. Opowiadam o tym mężowi czy żonie, którego/ą/ niszczy nienawiść do współmałżonka, żeby podpowiedzieć im, że jest więcej niż prawdopodobne, iż jest w tobie również wiele dobrego uczucia dla niego. Tyle że w tej chwili uświadamiasz sobie swoją nienawiść, i też prawdopodobnie nie autentyczną, tylko uczuciową.
Jedna rozmowa szczególnie wryła mi się w pamięć. Pewna para małżeńska zapytała mnie, czy nie zgodziłbym się wysłuchać pretensji, jakie się im wzajemnie przeciwko sobie uzbierały. Lały się te pretensje przez trzy godziny. Ja wewnętrznie wiedziałem już, że to małżeństwo jest nie do uratowania. Na szczęście wiedziałem też, że nie wolno mi się z tym moim odczuciem przed nimi zdradzać. Bo, niestety, w naszych czasach głupie i szkodliwe doradztwo jest plagą. Chyba za mało mówi się u nas o tym, że doradcy szczególnie potrzebna jest bojaźń Boża, która go chroni przed doradzaniem wbrew Bożym przykazaniom.
W końcu po trzech godzinach pomyje lać się przestały. Teraz na mnie przyszła kolej, żebym coś powiedział, a miałem w głowie i w sercu pustkę. Dosłownie nie miałem nic do powiedzenia, bo tak mnie te pomyje zalały. W ostatnim momencie - to było chyba z Ducha Świętego - zacząłem im mówić mniej więcej tak: "Przyszliście tutaj, bo jest jeszcze w was iskierka nadziei, że wasze małżeństwo da się uratować. Proponuję w tę iskierkę za bardzo nie dmuchać, bo zgaśnie. Państwo na pewno sobie pomyślicie, że jestem wariat, ale mimo wszystko wam to zaproponuję. Mianowicie spróbujcie oboje otworzyć się na następujący dogmat: «to bardzo dobrze, że jesteśmy mężem i żoną, właśnie my, właśnie tacy!»"
Obiektywnie rzecz biorąc, propozycja niewątpliwie była idiotyczna i na pewno nie powinno się jej naśladować. Jednak w tamtej rozmowie okazała się wręcz idealną. Dosłownie stał się cud! Dopiero teraz zaczęła się prawdziwa rozmowa. Od tamtego spotkania minęło już kilkanaście lat. Małżeństwo to trwa po dziś dzień; wprawdzie jest ono raczej trudne, ale nie ma najmniejszej wątpliwości, że bardzo dużo sensu jest w tym małżeństwie.
Jak rozmawiać z ludźmi, których trapi poczucie, że życie nie ma sensu? Wydaje mi się, że życie wielu z tych ludzi naprawdę nie ma sensu i chyba błędem byłoby przekonywanie ich, że ma ono sens. Chyba że czynimy to z doraźnych powodów ochrony przed samobójstwem czy jakimś innym bezsensem. Kiedy ktoś nie wie, po co żyje, i nie widzi sensu swojego życia, to trzeba mu zwyczajnie, z życzliwością podpowiadać, żeby budował w sobie miłość bliźniego. Żeby np. próbował zauważać choćby tylko swoją rodzoną mamusię, jej oczekiwania, radości i smutki, żeby uczył się cieszyć z tego, że komuś dzieje się dobrze, itp. Czasem warto tłumaczyć, że nie zawsze życie ma sens. Oczywiście, że życie nie ma wielkiego sensu, jeżeli człowiek jest śmierdzącym egoistą albo nastawia się tylko na używanie życia. To całe szczęście, że człowiek widzi wtedy, że życie bez sensu nie ma sensu. Moim zdaniem, wielkim błędem jest przekonywanie, że życie bez sensu ma sens.
Odbiegnę trochę od tematu, żeby zwrócić uwagę na to, jak ważne dla przyszłości naszych dzieci są nasze z nimi rozmowy na temat wyboru zawodu. Niestety, w tych rozmowach ujawnia się niekiedy przede wszystkim nasza grzeszność. Podpowiadamy naszym dzieciom zawody prestiżowe, dobrze płatne, nie wymagające ciężkiej pracy, itd., i nieraz w ogóle nie pojawi się w tych rozmowach ten motyw, że dobrze by było, ażeby dziecko znalazło sobie w przyszłości zawód pożyteczny dla innych, dzięki któremu można zrobić w życiu wiele dobrego. I potem się dziwimy, kiedy nasze dziecko w wieku lat siedemnastu utraci wiarę w sens życia.
Wróćmy do pytania, jak rozmawiać z ludźmi przeżywającymi kryzys sensu życia. Przypominam sobie rozmowę z pewnym nauczycielem naprawdę z powołania, który w swoim życiu wiele dobra uczynił. Z chwilą przejścia na emeryturę stracił poczucie, żeby jego życie miało jeszcze jakiś sens, poczuł się ludzkim złomem. Na taką okoliczność posługuję się na ogół jednym z dwóch "wytrychów". Po pierwsze, mądrym spostrzeżeniem św. Augustyna na temat czynienia dobra oraz cierpliwego znoszenia zła. Augustyn powiada tak: jeśli możesz czynić dobro, czyń go jak najwięcej, ale staraj się pamiętać o tym, że czymś ważniejszym niż czynienie dobra jest mądrze i po Bożemu znosić zło! Czynienie dobra to jest jakby owocowanie, oczywiście nie swoimi siłami, lecz mocą łaski Bożej, ale owocowanie. Kiedy zaś cierpliwie i po Bożemu starasz się znosić zło, wtedy pozwalasz Panu Bogu, żeby pracował nad tobą samym i przygotowywał cię do życia wiecznego.
A drugi "wytrych"? Zastosowałem go właśnie w rozmowie z tym nauczycielem. Pamiętam, że wszedłem na krzesło, zdjąłem krucyfiks i mu pokazuję ręce Pana Jezusa. "Niech pan spróbuje sobie uświadomić, ile Pan Jezus tymi rękami uczynił dobra: niewidomym oczy otwierał, uszy głuchym, trędowatych dotykał i byli oczyszczeni, i dzieci błogosławił i chleb rozdawał. Jemu te ręce przybili, żeby już nie był taki dobry! A On wtedy wypełnił największe, nieskończone dobro, jakie w ludzkiej historii się stało. On tymi przybitymi do krzyża rękami objął niejako nas wszystkich i dokonał odkupienia całej ludzkości. Bardzo możliwe - podpowiadałem temu panu - że obecny czas jest najważniejszy w Pańskim życiu". To bardzo ważne, żebyśmy najpierw my sami, doradcy, całym sercem zobaczyli, że chrześcijaństwo nie zna pojęcia "ludzki złom", ani "eks-człowiek".
Jak próbuję rozmawiać z ludźmi, którzy przychodzą z problemem jakiegoś swojego nałogu? Czasem pokazuję, że jest coś fałszywego w pojęciu słaba wola. Kiedy byłem młodszy, wymyśliłem sobie postać wujka, który podjął męską decyzję i ogłosił rodzinie, że od dzisiaj papierosy nie będą nim rządziły, bo on przecież jest mężczyzną. Wytrzymał dwa i pół tygodnia. Rodzina zaczęła żartować z jego "męskiej" decyzji, wobec tego on drugi raz podjął próbę definitywnego rzucenia papierosów, potem trzeci i czwarty. W końcu doszedł do wniosku, że on mężczyzną oczywiście jest, ale ma słabą wolę. Otóż przyszedł dzień, kiedy pojawiły się u wujka sensacje sercowe. Lekarz zapytał go: Pali pan? Na skruszone kiwnięcie głowy lekarz też nic nie powiedział, tylko pogroził palcem. I proszę sobie wyobrazić, że od tej pory wujek po prostu nie tknął papierosa.
Opowiadanie to wymyśliłem po to, żeby pokazać różnicę między wolą głęboką i powierzchowną. Czasem komuś wydaje się, że on bardzo chce rzucić nałóg, a w gruncie rzeczy jest to chcenie bardzo powierzchowne, on swoją wolą głęboką wcale tego nie chce. W walce z nałogiem czymś bardzo ważnym jest modlić się o to, żeby łaska Boża doprowadziła mnie do tego miejsca w mojej woli, gdzie człowiek naprawdę chce porzucić zło, do którego się przyzwyczaił.
Kiedyś pewna alkoholiczka opowiedziała mi, jak osiągnęła zwycięstwo w swojej walce z nałogiem. Ten nałóg strasznie ją upokarzał, zwłaszcza że nieraz upijała się do utraty przytomności. Próbowała walczyć, ale zawsze okazywało się, że alkohol był większy od niej. Była w AA, nie pomogło. Punktem przełomowym okazał się moment, kiedy sobie postanowiła nie postanawiać. Pewnego ranka zaraz po przebudzeniu modli się tak: "Panie Boże, ja jestem taka straszna pijaczka i już nią będę do końca życia, ale daj mi tę łaskę, żebym przynajmniej dzisiaj nic nie piła, bo jutro to już na pewno nie wytrzymam". O dziwo, udało się. Zatem kiedy przyszło jutro, ona znów modli się tylko o ten dzień dzisiejszy. Nałóg przeszedł jak ręką odjął. Ja tutaj nie chcę się wymądrzać, komuś innemu ta metoda może nie pomóc, ale tej pani akurat w ten sposób udało się wyjść z nałogu. I to jest ważne.
Kiedy mamy do czynienia z jakimiś nałogami, pokusami, obsesjami, itd., to trzeba temu człowiekowi pomóc, żeby nauczył się wyraźnie rozróżniać między pokusą a grzechem. Jak człowiek pokusę uzna za grzech - trzeba o tym pamiętać zwłaszcza w uzależnieniach seksualnych - to później już naprawdę do grzechu dochodzi.
Jak pomagać ludziom poranionym już w dzieciństwie, albo poranionym ranami własnych grzechów, albo ludziom, którzy się poranili, wzajemnie się kłócąc i krzywdząc? Tu warto usuwać utopijną nadzieję na całkowite zniknięcie tych ran. Rany głębokie nie znikają zapewne nigdy, mogą się jednak zagoić. I więcej jeszcze - i to jest najbardziej fascynujące - nasze rany mogą doznać przemienienia i stać się naszą szansą i bogactwem.
Ludzie z wielką wdzięcznością słuchają, kiedy im się mówi o ranach Chrystusa, które doprowadziły Go do śmierci. Otóż nigdy dość przypominania o tym, że kiedy Pan Jezus zmartwychwstał, to rany w Jego ciele pozostały! Ale były to już rany przemienione, rany, które się stały źródłem życia. Coś podobnego może się stać z naszymi ranami. To, że zostałeś poraniony w dzieciństwie, albo w małżeństwie, albo sam się zraniłeś straszliwym grzechem aborcji - to są rany, którymi zapewne już zawsze będziesz naznaczony. Ale sam Pan Jezus chce i ma moc je przemieniać. Ma moc przemienić je w twoją szansę.
Opowiadał mi ktoś o swoim wielkim grzechu, mianowicie wypędził żonę do abortera. Kiedy zrozumiał, jakie to było zło, bardzo zaangażował się w ratowanie dzieci cudzych. Myślę, że bardzo piękne będzie jego spotkanie na sądzie Bożym ze swoim dzieckiem. Ono rozpozna w nim kochanego tatusia, który wprawdzie potwornie je skrzywdził w momencie niewiedzy, ale który nadał jego bardzo krótkiemu życiu i tak niepotrzebnej śmierci naprawdę wiele sensu.
Na koniec opowiem o rozmowie z osobą chorą na raka, która przyszła do mnie w momencie, kiedy rokowania były jak najgorsze. Przedstawiła mi się jako osoba gruntownie niewierząca i prosiła mnie, żebym nie próbował jej wiary podpowiadać, bo ona jej nie szuka. Od dzieciństwa jest racjonalistką, zawsze wiedziała o tym, że umrze i to jej nie przerażało, nie przeraża nawet i teraz. Nie umie jednak zrozumieć tego dziwnego lęku, który ją ogarnia. Nie lęk przed śmiercią, ale jakiś inny lęk, którego nie umie ani opisać ani zrozumieć. Psychologowie nic jej na to nie pomogli, może więc ksiądz pomoże.
Pamiętam, miałem potem wielkie wyrzuty sumienia, że może zbyt dosłownie potraktowałem jej prośbę, by nie pomagać jej w drodze do wiary. Mianowicie opowiedziałem jej o zakonniku z naszego klasztoru, ojcu Włodzimierzu Kucharku. Wszyscy podziwialiśmy niezwykłą prostotę, z jaką szedł na bardzo ciężką operację. Nie było w nim ani postawy, że ja absolutnie pragnę jeszcze żyć, ani też zrezygnowanego czekania na śmierć, co byłoby o tyle zrozumiałe, że on był naprawdę bardzo ciężko chory. Jego postawa była wtedy mniej więcej następująca: ja idę na operację, a co ze mną będzie, to jest kłopot Pana Jezusa, a nie mój. Nawiasem mówiąc, ta postawa przedłużyła mu życie o kilka lat, i to życie w postawie prawdziwej służby.
Opowiedziałem to tej pani i mówię jej tak: "Pani jest niewierząca, ale może uda się pani zbudować w sobie postawę trochę podobną. Niech pani próbuje znaleźć gdzieś w sobie taki punkt do zawierzenia, bo na lęki najlepsza jest postawa zawierzenia. Przecież kiedy w dzieciństwie przeżywaliśmy swoje lęki, to po prostu szliśmy do mamusi. Ona nas brała na ręce i lęki mijały". Potem miałem wyrzuty sumienia, że tak ją potraktowałem, jakbym sam był niewierzący. Po dwóch miesiącach przyszła do mnie jako osoba żarliwie wierząca, i to naprawdę nie ze strachu przed śmiercią.
Myślę, że ten, kto przynajmniej trochę rozumie znaczenie postawy zawierzenia, zawierzenia siebie Bogu, znalazł klucz do tego wszystkiego, co w naszym ludzkim życiu najważniejsze.
| |||
![]()
![]()
![]() |