![]() ![]() |
|||||||||||||||
|
|||||||||||||||
Albowiem, chociaż życie gospodarcze i moralność rządzą się swoimi prawami, błędem jest twierdzić, że porządek gospodarczy i moralny tak są od siebie oddzielone i tak sobie obce, iż pierwszy zupełnie nie zależy od drugiego. Tzw. gospodarcze prawa, wynikające z natury rzeczy materialnych i z właściwości ciała i ducha ludzkiego, uczą nas tylko o celach, których sprawność ludzka w życiu gospodarczym nie zdoła osiągnąć, i o celach, które osiągnąć zdoła, a także o środkach do nich prowadzących. Z tej też natury rzeczy materialnych, jak i z indywidualnej i społecznej natury człowieka rozum dowiaduje się o celu, który Bóg zakreślił życiu gospodarczemu jako całości.
Innym jest prawo moralne. Ma ono moc rozkazywania nam, byśmy w każdym naszym czynie zmierzali do naszego celu najwyższego i ostatecznego, a w każdej z dziedzin życia szukali tych celów, które im natura, a raczej Stwórca natury, Bóg, wyznaczył, i byśmy Mu je po ustaleniu wzajemnego ich stosunku do siebie podporządkowywali. Wystarczy, że będziemy posłuszni temu prawu, a wszystkie szczególne nasze cele w życiu gospodarczym, tak jednostkowe, jak społeczne bez trudności włączą się w cały ustrój celów, i my, jakby po stopniach wstępując, osiągniemy ostateczny cel wszystkich rzeczy, Boga, najwyższe i niewyczerpane dla nas i dla Niego dobro.
Przede wszystkim trzeba za niewątpliwe i udowodnione uważać zdanie, iż ani Leon XIII, ani teologowie, którzy pracowali pod kierownictwem nauczycielskiego urzędu Kościoła, nigdy nie zaprzeczali, względnie nie poddawali wątpliwościom, podwójnego charakteru własności, tj. indywidualnego, który służy dobru jednostek, i społecznego, który dobro publiczne ma na względzie. Przeciwnie, zawsze zgodnie uczyli, że prawo do własności otrzymali ludzie od natury, tj. od samego Stwórcy, w tym celu, by z jednej strony każdy człowiek mógł zaspokoić potrzeby osobiste i rodzinne, i by z drugiej strony dobra materialne, które Stwórca przeznaczył na użytek wszystkich ludzi, rzeczywiście temu celowi za pośrednictwem prywatnej własności służyły. Osiągnięcie tych celów jest możliwe tylko pod warunkiem utrzymania trwałego i określonego ustroju.
Z tego względu trzeba się usilnie strzec dwóch skrajności. Po pierwsze - tzw. "indywidualizmu", w który społeczeństwo popada, lub do którego się zbliża ten, kto zaprzecza społecznemu lub publicznemu charakterowi prawa własności, albo go osłabia. Po drugie - "kolektywizm", do którego siłą rzeczy zmierza, lub którego dążnościom ulega ten, kto odrzuca lub osłabia indywidualny i prywatny charakter własności. Zapomniawszy o tym, łatwo ulec moralnemu, prawnemu i społecznemu modernizmowi, na który w Naszej encyklice, wydanej na początku Naszego Pontyfikatu (enc. Ubi arcano Dei, z 23 XII 1922), wskazaliśmy. Winni o tym wiedzieć przede wszystkim ci nowatorowie, którzy nie wahają się oszczerczo twierdzić, jakoby Kościół tolerował wdarcie się pogańskiego poglądu na własność w naukę teologiczną, a dopiero teraz chciał go zastąpić innym, który z dziwną niewiedzą nazywają chrześcijańskim.
Aby kres położyć sporom w sprawie własności i związanych z nią obowiązków, trzeba mocno stanąć na gruncie rozróżnienia między prawem posiadania, a prawem używania (enc. Rerum novarum). A mianowicie, na straży poszanowania rozdziału dóbr materialnych, i na straży prawa, które właścicielowi wzbrania naruszania cudzej własności przez przekroczenie granic własnego posiadania, stoi sprawiedliwość zwana zamienną; na straży zaś uczciwego używania mienia stoi już nie ten rodzaj sprawiedliwości, ale szereg innych cnót, których wykonania "nie można dochodzić na drodze prawnej" (enc. Rerum novarum). Dlatego nie jest słusznym twierdzenie, że się pojęcie własności pokrywa z pojęciem uczciwego używania; a bardziej jeszcze nieprawdziwym jest zdanie, iż przez nadużywanie lub nieużywanie własności ginie prawo do niej, lub, że się je traci.
Zbawienną zatem i chwalebną pracę wykonują ci, którzy w duchu zgody i tradycyjnej nauki Kościoła starają się ustalić i naturę tych obowiązków własności i granice, które prawu własności lub jej używaniu, względnie wykonywaniu prawa własności, zakreślają konieczności życia społecznego. Natomiast w błędzie są ci, którzy tak zacieśniają indywidualny charakter własności, że go w rzeczywistości zupełnie niszczą.
Że przy używaniu własności trzeba mieć na względzie nie tylko własną korzyść, ale i dobro ogółu, wynika z Naszej niedawnej wzmianki o indywidualnym i równocześnie społecznym charakterze własności. Do kierowników zaś państwa należy szczegółowe określanie tych obowiązków, ilekroć tego wymaga konieczność; a prawo naturalne nie podaje wyraźnych w tym względzie przepisów. W razie zatem prawdziwej konieczności dobra publicznego, może państwo w ścisłym oparciu o prawo naturalne i Boskie określić, co w zakresie używania dóbr materialnych właścicielom wolno, a czego nie wolno. A nawet, jak Leon XIII uczył, "określenie własności poszczególnych jednostek zostawił Bóg przemyślności ludzi i urządzeniom narodów" (enc. Rerum novarum). Ustrój własności bowiem podobnie jak i inne czynniki życia społecznego nie jest - świadczy o tym historia - niezmienny. Sami to ongiś stwierdziliśmy, mówiąc: "W jakże różnych formach występuje własność, począwszy od onej pierwotnej formy u ludów dzikich, którą się i dziś jeszcze gdzieniegdzie spotyka, poprzez formę okresu patriarchalnego, następnie poprzez różne formy z czasów tyranii (biorąc to wyrażenie w znaczeniu klasycznym), z okresu feudalizmu i ustroju monarchicznego, a kończąc na różnych jej postaciach w naszych czasach" (przemówienie do kongresu włoskiej "Akcji Katolickiej" 16 V 1926). Jest jednak rzeczą zrozumiałą, że państwo nie może tu działać samowolnie. Zawsze bowiem musi nietykalnym pozostać naturalne prawo do posiadania prywatnej własności i do przekazywania jej drogą spadku, a państwo nie może tego prawa niszczyć; wszak "człowiek starszy jest, niźli państwo" (enc. Rerum novarum), a i "rodzina jest i logicznie i faktycznie wcześniejszą, niż państwo" (enc. Rerum novarum). Dlatego już Leon XIII podkreślił, że jest nadużyciem, jeśli państwo wyczerpuje prywatne mienie obywateli przez nadmierne podatki i daniny. "Władza państwowa bowiem nie może niszczyć prawa własności prywatnej, bo natura jest jego źródłem, nie wola ludzka; może tylko jego używanie ograniczać i do dobra ogółu dostosowywać" (enc. Rerum novarum). Kiedy zaś państwo uzgadnia ustrój własności z koniecznościami dobra publicznego, to wówczas dobrą, nie złą, przysługę oddaje prywatnym właścicielom. W ten bowiem sposób ustroju prywatnej własności, który Opatrzność Boża ustanowiła dla ułatwienia ludzkiego życia, państwo skutecznie broni przed wyrodzeniem się w nieznośne warunki i przed upadkiem. Broni prywatnej własności, a nie niszczy; nie osłabia jej, ale ją utwierdza.
Nasuwa się tu sprawa wolnych dochodów, to jest tych, które człowiekowi zostają po opędzeniu potrzeb związanych z utrzymaniem się na stopie przyzwoitości i odpowiednio do zajmowanego stanowiska. Człowiek nie ma zupełnej swobody w rozporządzaniu nimi. Przeciwnie, zarówno Pismo święte, jak i Ojcowie Kościoła bardzo stanowczo uczą, że na bogaczach spoczywa poważny obowiązek praktykowania jałmużny, dobroczynności i wspaniałomyślności.
Z zasad zaś postawionych przez Doktora Anielskiego (S. Thom., Summ. Theol., 2,2, q. 9, a 134) wyciągamy wniosek, że użycie znaczniejszych tych dochodów na tworzenie nowych możliwości pracy, pod warunkiem, że będzie służyła produkcji dóbr prawdziwie użytecznych, uznać należy za doskonały, a potrzebom naszych czasów szczególnie odpowiedni sposób praktykowania cnoty wspaniałomyślności.
Pierwotnymi tytułami nabywania własności według tradycyjnej nauki wszystkich czasów i Naszego Poprzednika Leona XIII są: zajęcie rzeczy nie należącej do nikogo, i praca, czyli przystosowywanie materii do użytku. I - wbrew przeciwnym twierdzeniom - nikomu nie dzieje się krzywda, gdy ktoś obejmuje w posiadanie rzecz niczyją, to jest nie mającą właściciela; co się zaś tyczy pracy, to tylko wtedy daje ona człowiekowi prawo do jej owoców, kiedy ją wykonuje we własnym imieniu i kiedy przedmiotowi nadaje inną postać lub powoduje wzrost jego wartości.
Przez długi czas zabierał kapitał dla siebie za wiele korzyści. Zagarniał cały wynik produkcji i wszystkie jej owoce, a robotnikowi zostawiał zaledwie tyle, ile mu trzeba było koniecznie na utrzymanie i odświeżenie sił. Głoszono zdanie, że cały gromadzący się kapitał winien według niezłomnego prawa gospodarczego spływać do ręki bogatych, i że to samo prawo spycha robotników w stan wiecznej nędzy i na samą krawędź najniższej stopy życiowej. Wprawdzie nie zawsze i nie wszędzie kształtowała się rzeczywistość w myśl tej liberalnej, tzw. manchesterskiej teorii; nie da się jednak zaprzeczyć, że systematyczny rozwój ustroju społeczno-gospodarczego w tym właśnie kierunku zmierzał. Dlatego nie można się dziwić, że te fałszywe teorie i żądania gwałtownie były zwalczane, i to nie tylko przez tych, których pozbawiały naturalnego prawa do lepszych warunków życia.
Do skrzywdzonych robotników przyłączyli się doktrynerzy z kół wykształconych, którzy powyższemu fałszywemu prawu przeciwstawili równie fałszywą zasadę moralną, że wszystkie owoce produkcji i wszystkie zyski z wyjątkiem tych, które są potrzebne do utrzymania i odświeżenia kapitału, należą się sprawiedliwie samym robotnikom. Błąd ten, choć mniej widoczny niż socjalistyczne żądanie upaństwowienia lub socjalizacji wszystkich dóbr wytwórczych, niebezpieczniejszy jest od niego i łatwiej uwodzi nieostrożnych: słodka trucizna, którą piło wielu spośród opornych na otwarte działanie socjalizmu.
Zamiast sobie przez te fałszywe zasady zamykać drogę do sprawiedliwości i pokoju, winne były obydwie strony zastanowić się nad mądrymi słowami Naszego Poprzednika: "Jakkolwiek podzielona między prywatne osoby ziemia, nie przestaje służyć wspólnemu użytkowi wszystkich" (Enc. Rerum novarum). Tego samego uczyliśmy i My poprzednio, gdyśmy postawili zasadę, że właśnie w tym celu natura ustanowiła podział dóbr za pośrednictwem prywatnej własności, by przez swój pewny i trwały ustrój służyły pożytkowi wszystkich. A żeby nie zejść z prostej drogi prawdy na manowce, trzeba tę zasadę mieć ustawicznie przed oczyma.
Otóż nie każdy podział dóbr materialnych i bogactw między ludzi pozwala, jeśli nie w całości, to w granicach ludzkiej możliwości, osiągnąć cel przez Boga zamierzony. Dlatego taki winien być udział jednostek i klas społecznych w bogactwach, które dzięki postępowi społeczno-gospodarczemu stale wzrastają, by był zapewniony, przez Leona XIII podkreślany, pożytek wszystkich, albo, innymi słowy, by w całej pełni przestrzegana była zasada dobra wspólnego. Tej zasadzie sprawiedliwości społecznej sprzeciwia się wykluczanie jednej klasy przez drugą od udziału w korzyściach. I gwałci ją klasa bogatych, kiedy w swej bezmyślności, spowodowanej posiadaniem bogactw, taki ustrój uważa za słuszny, który jej zapewnia wszystko, a robotnikowi nie daje nic; gwałci ją niemniej i proletariat, kiedy z powodu niesprawiedliwości zbyt skłonny do jednostronnego dochodzenia swego prawa, którego jest świadom, wszystkiego, jako wytworu swoich rąk, dla siebie żąda, kiedy zwalcza i zniszczyć chce prywatną własność i wszystkie dochody nie pochodzące z pracy, bez różnicy i bez względu na ich rolę w życiu społecznym, z tego tylko powodu, że są dochodami bez pracy. Zupełnie bezpodstawne jest w tej sprawie powoływanie się na słowa Apostoła: "Jeśli kto nie chce robić, niech też nie je" (2 Tes 3,10). Apostoł bowiem potępia tu tych, którzy pracować nie chcą, choć mogą i powinni, a nakazuje używać pilnie czasu i sił tak duszy, jak ciała, i przestrzega przed obarczaniem troskami innych, jeśli sami możemy zaspokoić swoje potrzeby. O tym zaś, by wyłącznie praca dawała prawo do utrzymania życia albo do dochodu, słowa nie znajdziemy u Apostoła (por. 2 Tes 3,8-10).
Każdemu zatem przypaść winien należny mu udział w bogactwie; a celem, do którego dążyć należy, jest uzgodnienie podziału dóbr stworzonych z dobrem wspólnym lub z zasadami sprawiedliwości społecznej, bo straszliwa przepaść między garścią przebogatych, a masą biednych, świadczy o jego bardzo poważnych brakach, co zresztą czuje każdy społecznie wrażliwy człowiek.
Prawdą jest, że należy dokładnie odróżniać proletaryzm od nędzy. Ale sam już fakt, że z jednej strony jest taka olbrzymia liczba ludzi bez własności, a z drugiej małe koło jednostek bogatych nad miarę, dowodzi w sposób niezbity, że bogactwa, tak obficie w naszym okresie "industrializmu" wytwarzane, nie są sprawiedliwie rozdzielane i nie według zasad słuszności przydzielane poszczególnym warstwom społecznym.
Dlatego z całą stanowczością i usilnością należy w tym kierunku zdążać, by przynajmniej w przyszłości dokonywał się sprawiedliwszy podział dóbr wytwarzanych tak, by tylko w słusznej mierze gromadziły się w rękach ludzi bogatych, a natomiast by dość szerokim strumieniem rozchodziły się wśród pracowników. Oczywiście nie dlatego, by spowodować osłabienie pracowitości, skoro człowiek tak jest do pracy stworzony, jak ptak do latania, ale żeby pracownicy pomnożyli swe mienie przez oszczędność; żeby nim rządząc rozsądnie ułatwili sobie i zabezpieczyli zaspokojenie potrzeb rodzinnych, a wreszcie, żeby wyzwoliwszy się z niepewności warunków życia proletariackiego, którego zmienność miota nimi na wszystkie strony, nie tylko mogli się oprzeć bieżącym trudnościom, ale i pewność posiąść, że umierając zostawią swoich bliskich z odpowiednim zaopatrzeniem.
Wszystko to Nasz Poprzednik Leon XIII nie tylko zaznaczył, ale jasno i otwarcie głosił, a My tą encykliką z naciskiem powtarzamy. I niech się nikt nie łudzi: tylko za cenę wejścia na drogę stanowczego i bezzwłocznego wprowadzenia tych zasad w życie, będzie można przed żywiołami przewrotu uratować ustrój publiczny, pokój i bezpieczeństwo społeczeństwa.
A więc, najpierw - niedorzecznością jest utrzymywać, że umowa o najem pracy jest sama w sobie niesprawiedliwa i że w jej miejsce wprowadzić należy umowę spółkową. Zdanie to uwłacza czci Naszego Poprzednika, który w swej encyklice nie tylko stoi na gruncie "salariatu", ale i bardzo obszernie zajmuje się poddaniem go zasadom sprawiedliwości. Poza tym ze względu na obecne stosunki społeczne uważamy za bardzo wskazane, by umowa o najem pracy była w granicach możliwości uzupełniana umową spółkową, co już w różnych formach zaczęto praktykować z niemałym pożytkiem tak pracowników, jak właścicieli. Robotnicy i urzędnicy otrzymują w ten sposób udział we własności i w zarządzie przedsiębiorstwa, albo też w jakikolwiek sposób w jego zyskach.
Co się tyczy zagadnienia sprawiedliwej płacy, to trzeba je zbadać, nie z jednego punktu widzenia, ale z wielu. Trafnie to wyraził Leon XIII w słowach: "Wiele trzeba wziąć pod uwagę względów, żeby ustalić słuszną płacę" (enc. Rerum novarum). Tymi słowy osądził Papież lekkomyślność tych, którzy to bardzo poważne zagadnienie chcę rozwiązywać lekko przez zastosowanie jednej jakiejś zasady lub formuły, i to jeszcze dalekiej od prawdy.
I tak zupełnie błędną jest zasada, którą się dziś bez poczucia odpowiedzialności rozpowszechnia, że wartość pracy i wartość należnego za nią wynagrodzenia wyraża się dokładnie sumą wytworzonych przez nią wartości, i że skutkiem tego wynajmujący swą pracę ma prawo do pełnego owocu swej pracy. Że się ta zasada nie da w świetle prawdy utrzymać, wynika już z tego, cośmy powiedzieli o kapitale i pracy.
Podobnie jak przy zagadnieniu własności, tak i przy zagadnieniu pracy trzeba pamiętać, że praca, zwłaszcza wynajmowana drugiemu, prócz osobistej lub indywidualnej cechy, ma jeszcze cechę społeczną. Twórczość ludzka bowiem może działać owocnie tylko pod warunkiem, że społeczeństwo stanowi jeden organizm, że społeczny i prawny ustrój chroni wykonywanie pracy, że różne współzależne od siebie zawody współdziałają z sobą i uzupełniają się wzajemnie, że - co jeszcze ważniejsze - rozum, kapitał i praca wiążą się tu z sobą i jakby jedność tworzą. Prawdziwa zatem wartość pracy i jej prawa nie dadzą się ustalić bez uwzględnienia jej społecznej i indywidualnej natury.
Z tych dwóch naturalnych cech pracy wynikają bardzo ważne wnioski, które winny stanowić normę regulowania płacy i określania jej wysokości.
Robotnik ma naprzód prawo do takiej płacy, która by zapewniała utrzymanie jemu i jego rodzinie (por. enc. Casti connubii z 31.XII.1930). Zapewne, także i inni (poza ojcem) członkowie rodziny winni w miarę sił przyczyniać się do wspólnego wszystkich utrzymania, jak się to widzi w rodzinach rolników, wielu rękodzielników i drobniejszych kupców; jest jednak niegodziwością nadużywać słabości dziecka lub kobiety. Dla matki dom rodzinny i jego życie stanowić winny najważniejsze pole działania i troski. A jest straszliwym nadużyciem, które za wszelką cenę należy zwalczać, jeśli matki z powodu szczupłości zarobków ojca muszą poza domem szukać pracy zarobkowej z zaniedbaniem właściwych swych prac i obowiązków, przede wszystkim wychowania dzieci. Dlatego ze wszystkich sił należy dążyć do tego, by ojcowie rodzin taką otrzymywali płacę, która by odpowiednio zaspokoiła przeciętne potrzeby życia rodzinnego. A jeśli taka płaca nie jest jeszcze teraz wszędzie możliwa, sprawiedliwość społeczna wymaga bezzwłocznego przystąpienia do reform, które by każdemu dorosłemu pracownikowi zapewniły płacę odpowiadającą powyższemu warunkowi. Z zasłużonym uznaniem trzeba tu podnieść mądre i pożyteczne wielce wysiłki i instytucje, które mają na celu przystosowanie wysokości płac do potrzeb rodziny, a to w ten sposób, by w miarę wzrostu tych potrzeb podnosiła się także płaca, a nawet by mogła wystarczyć na nadzwyczajną, jeśli zajdzie, potrzebę.
Przy określaniu wysokości płacy trzeba uwzględniać także stan przedsiębiorstwa i prawa jego właściciela. Niesłusznym byłoby żądanie tak nadmiernych płac, żeby ich przedsiębiorstwo nie mogło dać bez popadnięcia w ruinę i - co za tym idzie - bez klęski dla samych robotników. Nie zachodzi jednak słuszna przyczyna zmniejszania płacy robotniczej, gdy przedsiębiorstwo mniejsze daje zyski z powodu lenistwa, braku inicjatywy lub swego technicznego i gospodarczego zacofania. Jeśli jednak przedsiębiorstwo nie ma tyle dochodów, ile potrzeba na wypłacanie słusznej płacy, a to dlatego, że się ugina pod naciskiem niesprawiedliwych ciężarów, lub dlatego, że swoje wyroby sprzedawać musi poniżej sprawiedliwej ceny, wówczas sprawcy tych trudności przedsiębiorstwa winni są zbrodni o pomstę do nieba wołającej; sprawiedliwej bowiem płacy pozbawiają robotników, którzy skutkiem tego muszą przyjmować płacę nie odpowiadającą normom sprawiedliwości.
Niech więc wszyscy, tak kierownicy przedsiębiorstw, jak i pracownicy, zjednoczą swe siły i swe myśli ku przezwyciężeniu trudności i przeszkód, i niech im w tym dziele pomaga roztropnie opieka państwa! Jeśli zaś trudności nie dadzą się opanować i dojdą do ostateczności, wtedy należy rozstrzygnąć kwestię, czy pracę w przedsiębiorstwie można dalej prowadzić, czy też w inny sposób należy zabezpieczyć robotnikom środki do życia. Przy tej najcięższej decyzji musi panować i działać ścisłe porozumienie i chrześcijańska zgoda wewnętrzna między kierownikami przedsiębiorstwa i pracownikami.
Wysokość płacy winna być w końcu podporządkowana względom dobra powszechnego. Jakie znaczenie dla dobra wspólnego ma żądanie, by robotnicy i urzędnicy mogli odłożyć część płacy zostającą im po pokryciu koniecznych potrzeb, i by w ten sposób z czasem doszli do skromnego mienia, już wyżej wyjaśniliśmy. Poza tym trzeba tutaj zwrócić uwagę na inny wzgląd ważny, a w naszych czasach szczególnie aktualny, mianowicie, ażeby wszyscy zdolni i chętni do pracy rzeczywiście mieli możność pracowania. Wysokość płacy wywiera w tej sprawie duży wpływ: dobroczynny, jeśli się trzyma słusznych granic, szkodliwy, jeśli poza nie wychodzi bądź w górę, bądź w dół. Wiadomo powszechnie, że tak zbyt niskie, jak i zbyt wysokie zarobki stają się przyczyną bezrobocia. To zło, które zwłaszcza w okresie Naszego Pontyfikatu staje się klęską powszechną, spycha robotników na dno nędzy i naraża ich na moralne niebezpieczeństwa, niszczy dobrobyt całych państw, a zagraża ustrojowi publicznemu, pokojowi i bezpieczeństwu w całym świecie. Dlatego wykracza się przeciw sprawiedliwości społecznej, gdy o wysokości płac decyduje osobisty interes, a nie wzgląd na dobro powszechne i gdy skutkiem tego płace zbytnio się obniża albo też podnosi. Sprawiedliwość społeczna żąda takiego - w największej możliwie zgodzie - uregulowania płac, by jak najwięcej ludzi mogło znaleźć sposobność do pracy i przez nią zdobyć środki do życia na odpowiedniej stopie.
Należy tu znalezienie sprawiedliwego stosunku poszczególnych rodzajów płacy do siebie, z czym znów łączy się sprawa należytego stosunku cen sprzedażnych dla wytworów poszczególnych gałęzi produkcji, jak rolnictwa, przemysłu itp. Przestrzeganie tych zasad sprawi, że poszczególne gałęzie wytwórczości spoją się i zjednoczą w jeden jakby organizm, aby na wzór członków ciała ludzkiego udzielać sobie nawzajem pomocy i uzupełniać się. Dopiero bowiem wtedy gospodarstwo społeczne będzie dobrze zorganizowane i cel swój osiągnie, kiedy wszystkim poszczególnym jednostkom udostępni te wszystkie dobra, których dostarczenie umożliwiają mu skarby i pomoc przyrody, technika przemysłowa i prawdziwie społeczna organizacja życia gospodarczego. Tak zaś należy te dobra wymierzać, by człowiekowi wystarczyły nie tylko na zaspokojenie konieczności życiowych i potrzeb pewnej godności, ale także by mu pozwoliły wznieść się na wyższy stopień dobrobytu i kultury, który - pod warunkiem roztropnego korzystania z nich - nie będzie przeszkadzał cnocie, ale ją owszem ułatwi (por. S. Thom.: De regimine principum, I. 15. - Enc. Rerum novarum).
Aby zaś utrwalić to, co Leon XIII szczęśliwie zaczął, aby wykończyć to, co zostawił do zrobienia, aby wreszcie ludzkości przysporzyć jeszcze obfitszych i pełniejszych korzyści - dwie przede wszystkim rzeczy są konieczne: reforma urządzeń i naprawa obyczajów.
Mówiąc o reformie urządzeń, myślimy w pierwszym rzędzie o państwie. Nie dlatego, by od niego należało oczekiwać rozwiązania wszystkich trudności. Ale dlatego, że błąd indywidualizmu zdusił i prawie zniszczył owo bujne niegdyś i szeroko przy pomocy różnych stowarzyszeń rozbudowane życie społeczne, że w końcu prawie same tylko jednostki zostały i państwo, zresztą z niemałą dla samego państwa szkodą. Życie społeczne bowiem straciło swój wyraz, wszystkie zaś obowiązki dawniejszych, zniszczonych już stowarzyszeń przeszły na państwo, przygniatając je nieskończoną ilością zadań i ciężarów.
Jest prawdą, a historia dobitnie o tym uczy, że dziś z powodu zmiany warunków tylko potężne organizacje mogą sprostać pewnym zadaniom, które dawniej spełniały małe organizacje. Mimo to jednak nienaruszalnym i niezmiennym pozostaje owo najwyższe prawo filozofii społecznej: co jednostka z własnej inicjatywy i własnymi siłami może zdziałać, tego jej nie wolno wydzierać na rzecz społeczeństwa; podobnie niesprawiedliwością, szkodą społeczną i zakłóceniem ustroju jest zabieranie mniejszym i niższym społecznościom tych zadań, które mogą spełnić, i przekazywanie ich społecznościom większym i wyższym. Każda akcja społeczna ze swego celu i ze swej natury ma charakter pomocniczy; winna pomagać członkom organizmu społecznego, a nie niszczyć ich lub wchłaniać.
Z tego względu władza państwowa powinna niższym społecznościom zostawić do wypełnienia mniej ważne zadania i obowiązki, które by ją zresztą zbyt rozpraszały. To zaś pozwoli jej na swobodniejsze, bardziej stanowcze i skuteczniejsze wykonywanie tych obowiązków, które wyłącznie do niej należą i które tylko ona może wykonać, mianowicie: kierownictwo, kontrola, nacisk, karanie nadużyć, zależnie od tego, co się wysuwa w danej chwili i czego żąda potrzeba. Sprawujący władzę winni być przekonani, że im doskonalej na podstawie tej zasady "pomocniczości" przeprowadzony będzie stopniowy ustrój między poszczególnymi społecznościami, tym większy będzie autorytet społeczny i energia społeczna, tym też szczęśliwszym i pomyślniejszym będzie stan spraw państwa.
Najważniejszym celem dążeń tak państwa, jak i każdego dobrego obywatela powinno być przezwyciężenie "walki klas" i ugruntowanie zgodnego współdziałania "stanów zawodowych".
Cała więc polityka społeczna winna być skierowana ku odnowieniu ustroju "stanowo-zawodowego". Życie społeczne płynie dziś pod znakiem gwałtownych konfliktów, dlatego też niestałym i zmiennym jest ustrój społeczny; pochodzi to stąd, że się opiera o "klasy społeczne" o przeciwnych i kłócących się z sobą interesach i dlatego skłonne do nienawiści i do walki.
Wprawdzie praca ludzka, jak to jasno wykłada Nasz Poprzednik w swej encyklice (enc. Rerum novarum), nie jest pospolitym towarem, i godność ludzką uznać w niej należy, skutkiem czego nie może być sprzedawana i kupowana, jak towar. W obecnych jednak warunkach popyt i podaż pracy ludzkiej na tzw. rynku pracy dzieli ludzi na dwie klasy, na dwa fronty bojowe, spory zaś między nimi zmieniają rynek pracy na plac boju, na którym te armie ostrą z sobą toczą walkę. I nie ma nikogo, kto by nie rozumiał, że trzeba jak najprędzej usunąć to zło, które całą ludzkość porywa ku zgubie. Warunkiem jednak koniecznym prawdziwego uleczenia jest usunięcie tego przeciwieństwa i utworzenie należycie zorganizowanych członów społecznego organizmu, mianowicie "stanów zawodowych", do których by należeli ludzie nie na mocy swego stanowiska na rynku pracy, ale zależnie od funkcji społecznej, z którą są związani przez pracę. Jak bowiem sąsiedzka łączność skłania mieszkańców poszczególnych miejscowości do wiązania się w gminy, tak też wykonywanie tego samego zawodu, tak gospodarczego, jak innego, pobudza ludzi do tworzenia pewnych stowarzyszeń lub korporacji. Zarówno jedno, jak drugie wynika z natury. Dlatego wielu uważa te autonomiczne korporacje za naturalne, chociaż nie istotne, części składowe ustroju społecznego.
Ustrój - jak brzmi mistrzowskie powiedzenie św. Tomasza (S. Thom.: Contra Gent., III,71; Summa Theol. I. qu. 65. a. 2. i. c.) - jest jednością powstałą z dobrego złożenia wielości. Prawdziwy zatem i naturalny ustrój społeczny wymaga wielości członów społecznego organizmu, które by w jedność spajała jakaś więź mocna. Otóż tą więzią spajającą dla każdego "stanu zawodowego" jest wytwarzanie pewnego rodzaju dóbr materialnych, lub świadczenie pewnych usług, które do wspólnego działania wiąże z sobą pracodawców i pracobiorców tego samego zawodu; dla wszystkich zaś "stanów zawodowych" jest nią dobro publiczne, do którego wszystkie "stany zawodowe" przyczyniać się winny przez uzgadnianie swoich wysiłków. Jedność ta tym będzie silniejsza i skuteczniejsza, z im większym oddaniem tak jednostki, jak "stany zawodowe" wykonywać będą swój zawód i w nim się doskonalić.
Z tego wynika, że na czele swych zadań korporacje stawiać powinny sprawy wspólne całemu "stanowi zawodowemu", a spośród nich znów troskę o to, by każdy zawód coraz lepiej współdziałał na rzecz wspólnego dobra całego społeczeństwa. Natomiast sprawy, przy których szczególne interesy pracodawców lub pracobiorców szczególnej wymagają troski lub ochrony, mogą być oddzielnie przez obydwie strony rozpatrywane, lub rozstrzygane stosownie do warunków sporu.
Nie trzeba chyba przypominać, że to, czego Leon XIII uczył odnośnie do formy rządów politycznych, stosuje się także - w pewnej oczywiście mierze - do owych stowarzyszeń zawodowych lub korporacji: mianowicie, że ludzie mają pełną swobodę w wybieraniu dla nich form organizacyjnych, byle tylko zabezpieczone były wymagania sprawiedliwości i dobra publicznego (por. enc. Immortale Dei, l. XI. 1885).
Jak zatem mieszkańcy jednej gminy tworzą sobie dla różnych celów różne stowarzyszenia, w których udział członkowski lub niebranie udziału zostawiane są zupełnej swobodzie każdego, podobnie i należący do tego samego zawodu mają prawo łączenia się między sobą w wolne stowarzyszenia dla celów związanych z wykonywanym zawodem. Dokładnie i jasno omówił te wolne stowarzyszenia ś.p. Poprzednik Nasz. Wystarczy jedno tylko przypomnieć, mianowicie, że prawem obywateli jest nie tylko wolność zakładania tych prywatnych stowarzyszeń, ale i "wolność wyboru statutów i regulaminów, które się im wydadzą najodpowiedniejszymi dla celów stowarzyszenia" (enc. Rerum novarum). Tę samą wolność przyznać należy w zakładaniu stowarzyszeń, które sięgają poza granice poszczególnych zawodów. Stowarzyszenia zaś, które już istnieją i błogimi cieszą się owocami swej działalności, winny w duchu chrześcijańskiej nauki społecznej przygotowywać grunt pod te doskonalsze związki, czyli "stany zawodowe", o których poprzednio mówiliśmy, i z całą energią przyspieszać ich realizację.
A teraz przechodzimy do drugiego postulatu, który z poprzednim w ścisłym pozostaje związku. Jak jedności społeczeństwa nie można opierać na walce klas społecznych, tak i właściwego ustroju gospodarczego nie można zostawiać wolnej konkurencji. Stąd, z nieskrępowania wolnej konkurencji, wypłynęły, jak z zatrutego źródła, wszystkie błędy indywidualistycznej ekonomii, która w falach zapomnienia lub niewiedzy utopiwszy społeczny i moralny charakter życia gospodarczego, sądziła, że władza państwowa winna mu zostawić zupełną niezależność i pełną swobodę pod pozorem, iż wolny rynek lub wolna konkurencja stanowić ma rzekomo dla życia gospodarczego jego zasadę kierowniczą, która je reguluje o wiele doskonalej, niż jakakolwiek świadoma interwencja ludzka. Wolna konkurencja jednak - jakkolwiek w pewnych granicach słuszna i pożyteczna - nie może być kierowniczą zasadą życia gospodarczego, a aż do zbytku potwierdziło doświadczenie tę prawdę, kiedy w życie wprowadzono zgubne postulaty indywidualistyczne. Stąd pochodzi nagląca konieczność poddania życia gospodarczego prawdziwej i skutecznej zasadzie kierowniczej. Zadania tego jednak nie spełni tym bardziej ujarzmienie życia gospodarczego przez pewne czynniki, które od niedawna zajęło miejsce wolnej konkurencji; jest to bowiem siła ślepa i niepohamowana w swej gwałtowności, a jeśli ma być pożyteczną dla ludzi, ma być silnie okiełzana i mądrze kierowana, do czego oczywiście sama nie jest zdolna. Szukać zatem trzeba wyższych i szlachetniejszych sił, które by ją mocno ujęły w ryzy i pokierowały; a są nimi: sprawiedliwość społeczna i miłość społeczna. Trzeba więc, by sprawiedliwość przepoiła i państwowe i społeczne instytucje, a przede wszystkim, by wydała praktyczne owoce, to jest, by stworzyła ustrój prawny i społeczny, który by kształtował całe życie gospodarcze. Miłość społeczna zaś winna być niejako duszą tego ustroju; a jego utrzymanie i obrona stanowić winny przedmiot gorliwych wysiłków władzy publicznej, które tym dla niej będą łatwiejsze, im prędzej uwolni się od zbytecznych - jak już powiedzieliśmy - ciężarów.
Nadto, ze względu na gospodarczą współzależność państw i ich wzajemną potrzebę pomocy zaleca się, by poszczególne państwa zgodną radą i zgodnym trudem współdziałały w tworzeniu błogiego w skutkach międzynarodowego porozumienia gospodarczego przy pomocy rozumnych traktatów i odpowiednich urządzeń.
Gdy się zaś w ten sposób organizmowi społecznemu przywróci jego człony, a życiu gospodarczemu jego zasadę kierowniczą, wtedy poniekąd i o organizmie społecznym można będzie powiedzieć to, co Apostoł mówi o mistycznym ciele Chrystusa: "Wszystko ciało, złożone i spojone, będąc zasilane przez wszystkie stawy wedle skuteczności podług miary każdego członka, czyni pomnożenie ciała ku zbudowaniu samego siebie w miłości" (Ef 4,16).
W ostatnim czasie stworzono - jak powszechnie wiadomo - nowy ustrój oparty o związki zawodowe i korporacje, który ze względu na przedmiot niniejszej encykliki wymaga pewnych wyjaśnień z naszej strony i odpowiedniej oceny.
Polega on naprzód na tym, że państwo nadaje związkowi zawodowemu osobowość prawną i to wraz z przywilejem monopolu. Albowiem tylko ten związek zawodowy, który państwo tak zatwierdzi, może występować z obroną pracobiorców, względnie pracodawców (zależnie od rodzaju związku); on sam też tylko może prowadzić rokowania w sprawie najmu pracy i zawierać tzw. zbiorowe umowy. Należenie do związku zawodowego lub nienależenie zostawione jest swobodzie obywateli, i tylko w tym znaczeniu może być ta organizacja uznana za wolną. Albowiem do składki związkowej i do pewnych szczególnych opłat obowiązani są wszyscy członkowie danego zawodu, pracownicy lub pracodawcy; podobnie też wszystkich wiążą umowy zawarte przez prawnie uznany związek zawodowy. Poza tym prawdą jest stwierdzoną urzędowo, że w jednym zawodzie obok tego prawnie uznanego związku mogą istnieć jeszcze inne stowarzyszenia dla członków zawodu, jednak już nie uznawane przez prawo.
Korporacje powstają z przedstawicieli obydwu związków zawodowych (pracodawców i pracobiorców) tego samego rodzaju pracy, czyli zawodu. One to w charakterze prawdziwych i właściwych organów i instytucji państwa kierują związkami zawodowymi i w sprawach wspólnych prowadzą je do uzgodnienia swych dążeń.
Strajki i lokauty są zakazane; w razie zaś niemożności załatwienia sporu przez strony powaśnione rozstrzyga władza.
Już ten pobieżny rzut oka wskazuje każdemu, kto się choć trochę zastanowił, korzyści tego nowego ustroju: pokojową współpracę klas społecznych, zniesienie organizacji socjalistycznych i uniemożliwienie ich knowań, stworzenie specjalnego aparatu władzy jako czynnika pośredniczącego. Aby jednak w tej ważnej sprawie niczego nie pominąć i aby ocena tego nowego ustroju była oparta o ogólne zasady katolickie, które wyżej przypomnieliśmy, i te, które zaraz podamy, musimy oświadczyć, że nie mogą Nam być obcymi obawy, czy państwo w tym ustroju nie przywłaszcza sobie zadań, należących do prywatnej inicjatywy, zamiast ograniczyć się do udzielania jej dostatecznej pomocy w razie konieczności, czy ten nowy ustrój syndykatów i korporacji nie ma charakteru zbyt biurokratycznego i politycznego, czy wreszcie (poza ogólnymi uznanymi poprzednio korzyściami) nie służy raczej specjalnym celom politycznym, gdy prowadzić winien do zapanowania i utwierdzenia lepszego ustroju społecznego.
Do osiągnięcia tego wysokiego i niezmiernie szlachetnego celu i do trwałego zabezpieczenia dobra ogółu za jego pośrednictwem trzeba naprzód i przede wszystkim błogosławieństwa Bożego, a dalej współpracy wszystkich ludzi dobrej woli. Jesteśmy przekonani, że cel ów - co wynika z poprzednich wywodów - tym pewniej będzie osiągnięty, im większy w tym dziele będzie udział ludzi z doświadczeniem technicznym, zawodowym i społecznym, i - co jeszcze ważniejsze - im głębszy będzie na nie wpływ katolickich zasad i lepsze ich zastosowanie. Ostatnie to zadanie wprawdzie nie należy do Akcji Katolickiej (ponieważ Akcja Katolicka nie prowadzi właściwej działalności zawodowo-organizacyjnej lub politycznej), ale do tych naszych Synów, którzy w Akcji Katolickiej otrzymują wyszkolenie w katolickich zasadach i przygotowanie do wykonywania apostolstwa pod kierunkiem i według nauki Kościoła. Według nauki Kościoła, mówimy; albowiem Kościół i na tym polu, jak wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą sprawy moralności, nie może zapomnieć lub zaniedbać swego obowiązku czuwania i nauczania, który mu Bóg powierzył.
Rzeczywiście bez odrodzenia moralnego nie da się dokonać odnowienia i udoskonalenia ustroju społecznego. Uczy nas o tym historia. Istniał niegdyś ustrój społeczny, który wprawdzie nie był doskonały pod każdym względem, ale przecież, biorąc pod uwagę ówczesne warunki ż potrzeby, w dużej mierze czynił zadość wymaganiom rozsądku. Jeśli zaś ten ustrój już od dawna należy do przeszłości, to nie dlatego, by go nie można było udoskonalić i rozszerzyć stosownie do zmian, które nastąpiły, i do nowych potrzeb. Wina leży raczej w samolubstwie ludzi, którzy nie chcieli - jak byli powinni - rozszerzyć tego ustroju na nowe narastające masy społeczne, wreszcie w fałszywej idei wolnościowej i w innych błędnych hasłach, których urok budził niechęć do wszelkiej władzy i pchał do niszczenia wszelkiej zależności.
Pozostanie nam teraz jeszcze przeprowadzić sąd nad dzisiejszym stanem życia gospodarczego i nad jego największym oskarżycielem, socjalizmem, i wydać na nich publiczny i sprawiedliwy wyrok, aby w końcu dojść aż do samego źródła niedomagań społecznych i wskazać pierwszy i najważniejszy środek zaradczy: moralne odrodzenie.
| |||
![]()
![]()
![]() |