Źródło:

8 maja 1953 roku, Konferencja Episkopatu Polski uchwaliła słynny list do rządu, który przeszedł do historii pod nazwą non possumus, a którego w roku 1950 autorem i wnioskodawcą był Prymas Polski. List ten był też później jedną z przyczyn aresztowania kardynała Wyszyńskiego.

Po dłuższym milczeniu w sprawie sytuacji Kościoła katolickiego w Polsce zabiera Episkopat głos w chwili szczególnie doniosłej. W chwili, kiedy milkną już ostatnie głosy katolickiej prasy, kiedy zaszedł wypadek, który zdaje się zamykać okres wszczęty przez zawarte w dniu 14 kwietnia 1950 roku Porozumienie między Episkopatem a Rządem polskim, a otwiera się nowy okres, nierównie bardziej trudny i złożony, wypada nam, przedstawić ostatni okres życia religijnego w Polsce tak, jak on się rysuje w bilansie minionego trzechlecia.

Do zjawisk pozytywnych, jakie nie pozostały bez wpływu na wzajemne stosunki Kościoła i Państwa w Polsce, Episkopat katolicki zalicza przede wszystkim fakt zawartego, Porozumienia między Episkopatem Polskim i Rządem, fakt nawiązania oraz kontynuowania rozmów. Z uznaniem również podkreśla wysiłki zmierzające do uzgodnienia rozbieżnych stanowisk. Rozmowy, prowadzone na ogół w atmosferze poważnej, zbliżyły szczęśliwie tak bardzo skądinąd odległe od siebie punkty widzenia. Episkopat Polski przyznaje, że w omawianym okresie, aż do czasów ostatnich, Kościół był też zachował jeszcze szereg praw i wartości najbardziej istotnych. W szczególności życie ściśle religijne mogło się rozwijać w naszym kraju względnie swobodnie i bez większych przeszkód. Społeczeństwo katolickie zdołało już odbudować wielką ilość zniszczonych świątyń. Inne są w odbudowie. I wbrew temu, co się głosi nieraz zagranicą, kościołów czy kaplic poza szczególnymi wypadkami nikt w Polsce nie zamyka, przeciwnie znów podkreślić to trzeba z uznaniem Państwo w nader wydatnym stopniu przyczyniło się do ich odbudowy.

I to są rzeczywiście zachowane i ochronione dobra oraz wygrane już szanse, jakie w swych przewidywaniach przed trzema laty kłaść musiał Episkopat na szalach wagi, obok nieuniknionych szkód i grożących niebezpieczeństw, aby ocenić trzeźwo i z całą rozwagą, która z otwierających się wówczas przed nami dróg kryła dla Kościoła mniej niespodzianek, klęsk i ryzyka, a zostawiała mu więcej wewnętrznej swobody i możności religijnego działania.

Wymienione fakty posiadają doniosłość, których ani nie zauważyć, ani nie ocenić niepodobna. Znaczenie ich jednakowoż zamyka się ściśle w określonych granicach, poza którymi kryje się rzeczywistość inna i bardzo dla katolicyzmu w Polsce tragiczna. Zgodnie z prawdą Episkopat Polski poczuwa się do obowiązku oświadczyć, że położenie Kościoła w Polsce nie tylko się w sposób trwały nie poprawia, lecz przeciwnie, stale się pogarsza. W bilansie omawianego trzechlecia - przeważają niezaprzeczalne groźne negatywy. Odpowiedzialność wobec Boga społeczeństwa i historii wymaga, aby przynajmniej główniejsze z nich wymienić bez osłon i określić dokładniej.

1. Usuwanie religii ze szkoły, a Boga z serc młodzieży.

Wbrew uroczystym zapewnieniom, nawet po roku 1950, szkoły katolickie zostały w wielkiej ilości skasowane. Inne skazuje się na powolne zanikanie przez znoszenie poszczególnych klas. Nielicznym szkołom jeszcze istniejącym narzucono program o ideologii antychrześcijańskiej.

Położenie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego staje się coraz bardziej trudne i niepewne. Z powodów bliżej nieznanych usunięto zeń kilkunastu profesorów. Zniesiono ponadto wydział prawno-ekonomiczny. Jedyna ta wyższa uczelnia katolicka nie może swobodnie wypełniać swego zadania, tracąc właściwy sobie charakter uczelni katolickiej.

Ze szkół państwowych religię usuwa się systematycznie pod pozorem zamiany ich na szkoły Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Usunięcie religii bywa zresztą skutkiem tego czysto formalnego przekształcenia, jak jest i jedynym jego celem. W szkołach pozostałych, redukuje się ilość godzin przeznaczonych na nauczanie religii. Zwalnia się bez powodu nauczycieli religii. Na miejsce usuniętych nie przyjmuje się nikogo. Utrudnia się lub wprost uniemożliwia wydawanie religijnych podręczników szkolnych, jakkolwiek czeka na nie z utęsknieniem młodzież całego kraju, zwłaszcza młodzież Ziem Zachodnich.

W Polsce, od lat tysiąca katolickiej, gdzie z górą 90% ludności stanowią katolicy, do wiary swej najmocniej przywiązani w katolickiej Polsce, dzieci katolików wychowuje się i kształci wbrew woli rodziców w duchu marksistowskim i w atmosferze już nie tylko religijnie obojętnej, lecz wprost antyreligijnej i antychrześcijańskiej. Często się zdarza, że kierownictwo szkół utrudnia na wszelki sposób lub uniemożliwia młodzieży wypełnianie obowiązków religijnych, urządzając w czasie przeznaczonym na służbę Bożą różne imprezy szkolne lub sportowe. Pozbawiono katolików możności należenia do organizacji religijnych, które zresztą wszystkie od dawna zostały już rozwiązane. Stworzone natomiast zostały takie warunki, że młodzi katolicy, którzy nie chcą zamykać sobie drogi do dalszych studiów oraz do pracy zawodowej, moralnie są zmuszeni wstępować w szeregi Związku Młodzieży Polskiej, choć zdają sobie sprawę z tego, że organizacja ta stoi na gruncie niewiary i materializmu.

Tak w sposób wieloraki gwałci dzisiejsza szkoła sumienia młodego pokolenia, niszczy w nim wartości zaszczepione przez wychowanie domowe i kościelne, uczy kłamać i sprzeniewierzać się najszczytniejszym jego ideałom i zasadom. Nie potrzeba chyba dodawać, że tego rodzaju polityka wychowawcza, mimo formalnych gwarancji Porozumienia, staje w rażącej sprzeczności z prawem przyrodzonym, z prawami ogólnoludzkimi, z uprawnieniami zawartymi w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz z rozporządzeniem dekretu o wolności sumienia i wyznania.

2. Polityczna presja, próby i środki dywersji wśród duchowieństwa.

Szczególne naciski i metody są stosowane względem katolickiego duchowieństwa. Księży katolickich wciąga się do pożytecznej skądinąd "akcji pokojowej", jakkolwiek akcja ta posiada charakter wyraźnej walki politycznej, walki, która w środkach nie przebiera. Zmusza się duchowieństwo do polityki, zamiast pozostawić mu pełną swobodę szerzenia prawd ewangelicznych, zwłaszcza prawa miłości, oraz szczepienia chrześcijańskich zasad moralno-religijnych, bez uwzględnienia, których niepodobna przecież myśleć poważnie o rzetelnym świecie pokoju ani o szczerym zbrataniu się narodów, rozdartych nienawiścią.

Szczególnie, i nieraz wyłącznie, księży katolickich używa się do czynnego udziału w publicznych manifestacjach politycznych, skierowanych przeciwko odradzającemu się w Niemczech rewizjonizmowi, oraz stawia się ich na widocznych szańcach w obronie Ziem Zachodnich. Rzeczy w sobie i dla Polski pożyteczne, ale rozumieć trudno, dlaczego to właśnie duchowieństwo odrywa się od właściwych jego powołaniu zadań i zajęć na polityczne wiece czy zgromadzenia masowe, podczas kiedy do zadań tych nie stają ani Partia, ani organizacje polityczne, społeczne czy zawodowe. I dlatego z łatwością tak wielką przerzuca się księży z jednego końca na drugi, podczas kiedy właśnie księża ci stają niejednokrotnie wobec niezrozumiałych i nieprzezwyciężonych trudności przy urządzaniu zwyczajnych choćby misji ludowych, rekolekcji, religijnych procesji czy pielgrzymek. W sprawie podnoszonych w prasie wystąpień antypolskich niektórych przedstawicieli kleru niemieckiego Episkopat w Polsce okazał gotowość szczególnego poparcia polskiej racji stanu. W miarę dostarczania przez Państwo materiałów Episkopat starał się czynić to przez swoją pracę. Natomiast Episkopat musi zastrzec, by ze zjazdu księży nie korzystano dla siania dywersji przeciwko hierarchii kościelnej, rozdwojeń i różnic wśród samego kleru.

Tutaj właściwie znajduje się sedno sprawy, fakt istotny i rzecz najbardziej niepokojąca, fakt i rzecz, które powtarzają się nieodmiennie z okazji wszystkich tego rodzaju zgromadzeń. Nie dość, że księżmi posługują się do walki referenci wyznaniowi oraz funkcjonariusze policji czy bezpieczeństwa, traktując ich nierównie gorzej niż innych obywateli, ich zjazdów ponadto, zebrań czy konferencji używają jako łatwych okazji do siania w Kościele rozłamowego fermentu i dywersji. Jako ogniska, w których uprawia się mniej lub więcej systematyczną akcję dywersyjną przeciwko hierarchii kościelnej, obecnie i od dłuższego już czasu występują osobne grupy i organizacje, w których szeregi wciąga się katolickich księży. Tendencje tego rodzaju przejawiają się już w statucie świeckiej organizacji dobroczynnej Caritas, powołanej do życia po zawarciu Porozumienia, na miejsce zniesionej Caritas Kościelnej.

Szkodliwej dla Kościoła akcji "upolitycznienia" duchowieństwa oddaje się całkiem wyraźnie grupa "Dziś i Jutro", głównie przez swe pisma periodyczne: tygodnik, pod wymienioną nazwą "Dziś i Jutro", oraz dziennik Słowo Powszechne, ponadto przez wydawnictwo "Pax", a jeszcze szczególniej przez kierowaną przez siebie organizację, występującą pod mianem "Komisji Intelektualistów i Działaczy Katolickich", do której to "komisji" werbuje się usilnie przede wszystkim właśnie księży katolickich zamiast ludzi świeckich.

Grupa "Dziś i Jutro", aczkolwiek występuje zawsze i manifestacyjnie pod znakami katolicyzmu, w sporach jednak i dyskusjach, jakie powstają między Rządem Polski Ludowej i Kościołem katolickim, nieodmiennie zajmuje stanowisko zawsze po stronie Rządu, pochwalając głośno i popierając wszystkie jego w stosunku do Kościoła posunięcia. Ostatnim i jaskrawym dowodem tego były znamienne wypowiedzi w sprawie państwowego dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych. W tym samym też duchu usiłuje grupa wpłynąć na duchowieństwo, osłabiając w ten sposób jedność Kościoła i popierając nieznaczne na szczęście w jego łonie odruchy dywersyjne.

W nie mniej, lecz jeszcze więcej wyraźnych celach dywersyjnych przeciwko prawowitej władzy Kościoła stworzona została z inicjatywy rządowej i działa tak zwana "Komisja Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację". Rekrutuje się ona z duchownych, znanych pod mianem "księży patriotów". Ludzie, którzy w przeważającej mierze mieli nieszczęście naruszyć karność kościelną lub popaść w konflikt ze swą hierarchiczną władzą, usiłują z pomocą władzy świeckiej "oczyścić" i "reformować" Kościół Chrystusowy. W piśmie swym Ksiądz Obywatel atakują katolickich biskupów polskich i samego nawet Ojca Świętego, głosząc równocześnie hasła i poglądy, torujące już drogę do odszczepieństwa i herezji.

Bardziej jeszcze niepewny i bodaj nierównie groźniejszy jest los duchowieństwa zakonnego. Zakony ogranicza się w ich działalności lub nawet pozbawia się je możności oddawania się tym rodzajom prac, którym oddawały się wszędzie i zawsze zgodnie ze swym powołaniem. Przy zwyczajnym stosowaniu i do nich również przykrych metod politycznego nacisku zmierza się systematycznie do wywłaszczenia ich z nieodzownych środków egzystencji i apostolskiej działalności.

Niedawno, bo w roku 1952 zostały zniesione małe seminaria, skąd zakony męskie w znacznej mierze swe zakonne powołania. Niejednokrotnie przy tej okazji uległy konfiskacie seminaryjne dobra ruchome i nieruchome, a niekiedy nawet i właściwe domy zakonne. Siostry zgromadzeń żeńskich usuwa się ze szpitali i zakładów dobroczynnych, nawet własnych, w których pracowały od dawna z poświęceniem wielkim, często heroicznym, dla dobra chorych, sierot czy opuszczonych. Bez żadnego względu na ich los obecny i przyszły pozbawia się je majątkowego oparcia.

3. Bezwzględne niszczenie prasy oraz wydawnictw katolickich.

Poza dziedziną polityki wychowawczej, w żadnym bodaj innym zakresie nie przejawia się wytrwałość tak znamienna, jak uporczywa systematyczność, zmierzająca do zniszczenia bogatego dorobku katolickiej myśli i kultury, katolickich czasopism i wydawnictw książkowych. W niszczycielskiej tej akcji działały harmonijnie, pod przewodnictwem "Urzędu do Spraw Wyznań", trzy instytucje państwowe: kolportażowa "Ruch", przydziału papieru i kontroli prasy.

Już wielokrotnie Episkopat zwracał się do władz rządowych, a ostatnio wysłał pismo do Rady Ministrów PRL z dnia 21 kwietnia 1953 r. (Nr 160). Pozostało ono bez skutku i odpowiedzi. Obecnie chcielibyśmy jeszcze poruszyć sprawę cenzury.

Cenzura pism. W stosunku do pism katolickich zawsze ostra, po zawarciu Porozumienia cenzura bezustannie się zaostrza. Wymagania urzędu kontroli prasy stają się coraz bardziej surowe i niezrozumiałe. Poprzednio można było dość swobodnie porozumiewać się z cenzorem i jego zastrzeżenia dyskutować. Ostatnio rozmowa staje się wprost niemożliwa. Okresy przetrzymywania pism oddanych do uprzedniej cenzury stale się przedłużają. Urząd Kontroli Prasy zwraca je, kiedy zechce. Tak zwane ingerencje cenzorskie stają się coraz dotkliwsze i z reguły bywają już1nieodwołalne. Urząd często odrzuca całe artykuły lub kaleczy je tak dalece, że niejednokrotnie tracą właściwy sobie sens i całą swoją wartość. Bywa, że konfiskacie ulegają zeszyty czasopism. Z surowością szczególnie bezwzględną poczyna się traktować artykuły właśnie najściślej religijne. Chirurgia czasopism jest bardzo swoista i znamienna. Wycina się w piśmie lub przytłumia się to przede wszystkim, co jest najbardziej po katolicku zdrowe, mocne i przekonywające. Piszący na tematy społeczne nie może wypowiadać się swobodnie. Daje mu się natomiast do zrozumienia, że ma się stać raczej echem tylko prasy marksistowskiej i posługiwać się jej językiem. Tylko i wyłącznie katolikowi nie wolno propagować skutecznie swoich poglądów. Zabrania mu się nie tylko zwalczać poglądy przeciwne lub w jakiś inny sposób polemizować, lecz po prostu nie wolno mu bronić przekonań swoich własnych czy przekonań ogólnoludzkich wobec napaści choćby najbardziej oszczerczych i krzywdzących. Nie wolno prostować fałszów, które inni mają pełną swobodę głosić i rozszerzać bezkarnie. Niewiele więcej liczy się cenzor z sumieniem i prawami redaktora. Nie tylko zmienia artykuły lub ich tytuły. Równie swobodnie wprowadza nieraz zmiany w podtytuły pisma lub w jego wewnętrzne działy. Idąc dalej usuwa poświadczenie aprobaty kościelnej. Owszem, wpływa nawet na zmianę ideowego kierunku pisma oraz jego religijnego charakteru.

Właśnie w okresie, kiedy czasopisma katolickie zaczęły realizować postulaty drugiej strony, co tylko po ludzku i po chrześcijańsku było możliwe i już po ukazaniu się nowych wskazań Episkopatu, idących jak najbardziej w kierunku wymaganej współpracy, gdzieś w połowie marca 1953 roku na wszystkie wysiłki polskiej prasy katolickiej pojawia się odpowiedź nieoczekiwana i bardzo wiele mówiąca. Odpowiedź drogą drastycznego faktu. Wyjaśnień słownych nie było. Bo cóż tutaj można było wyjaśniać?

Odpowiedź owa bez słowa stała się bezprzykładną w Polsce rzeczywistością: zawieszono prawie wszystkie pisma katolickie! Tak zanika faktycznie prasa katolicka w katolickiej Polsce. A zanika bynajmniej nie z ubóstwa myśli, bo nie ubóstwo myśli sprawia cenzorom tak wiele kłopotu, zmuszając ich do wykonania cięć tak niezliczonych i tak radykalnych, znika nie dla wygody, czy przez zniechęcenie katolickich pisarzy czy redaktorów, bo hart ich i cierpliwość oraz ich wytrzymałość zdawały się przekraczać granice rzeczy możliwych; znika nie dla braku czytelników, bo czytelnicy katoliccy byli i pozostają tak bardzo spragnieni katolickiego słowa drukowanego, że w znikomej mierze zaspokoić ich mogła ta uciemiężona i okaleczona prasa katolicka. Znika nie dla braku papieru, bo nie brak papieru na publikacje, które religię i Kościół zwalczają. Znika po prostu na rozkaz dany z góry. Nie lepszy, jeśli nie gorszy jest także los katolickich wydawnictw książkowych. Wydawnictwa, które kiedyś drukowały po kilka pozycji miesięcznie, obecnie na przestrzeni całego roku nie mogą zrealizować ani jednej. Wystarczy wziąć do ręki Przewodnik Bibliograficzny, aby się naocznie przekonać, ile i jakie publikacje religijne ukazują się dzisiaj w Polsce. Dział religijny stanowi w nim albo dział pusty, albo zawiera publikacje przeciw-katolickie, albo "katolickie" spod znaku dywersji. Niezmiernie rzadko pojawia się jakaś poważniejsza pozycja katolicka bez domieszki. Były wypadki, że cały kosztowny nakład książki, o kilkudziesięciu arkuszach druku, kazano rozrzucić narażając wydawnictwo na ciężkie straty.

Tak jedna decyzja z góry unicestwia praktycznie całe nieomal piśmiennictwo katolickie, pozbawiając katolicką Polskę ostatniego środka pogłębiania swej wiary oraz publicznego wypowiedzenia tego, co się czuje i myśli o Bogu, Chrystusie i o katolickim Kościele. Możność, bowiem zabrania głosu w rozgłośni radiowej, w teatrze czy filmie odebrano już jej dawno.

Powtarza się nam dziś często, że w Polsce wszyscy obywatele mają równe prawa, a zarzuca się nam katolikom, że to my czynimy sztuczne podziały ludzi na wierzących i niewierzących. Zdaje się, że dość zwrócić uwagę na osobliwy sposób, w jaki wymienione instytucje traktują katolickiego pisarza, redaktora czy wydawcę; na wyjątkowe prawa, jakim poddaje się wyłącznie katolicką książkę i katolickie czasopismo; na nieliczenie się z prawami i potrzebami nie tylko właśnie milionowych mas katolickich; na ich wyjątkowe zgoła upośledzenie - dość, aby sobie bez trudu dać odpowiedź na pytanie, czy w praktyce obecnej rzeczywistości polskiej istnieją równe prawa, które przecież gwarantuje zarówno Konstytucja, jak i dekret o wolności sumienia; i kto właśnie dzieli społeczeństwo na wierzących i niewierzących.

Rzecz znamienna, że, podczas gdy zanika prasa katolicka, rozwija się i wzmaga prasa sekciarska, jak np. Posłannictwo, wydawane przez rozbijający jedność społeczeństwa sztuczny twór występujący pod nazwą "Kościół Polsko-Katolicki", znany ze swego współdziałania z niemieckimi okupantami w czasie ostatniej wojny, a dziś korzystający ze szczególnych względów i pomocy Urzędu do Spraw Wyznań.

4. Ingerencja w sprawy Kościoła i próba jego krępowania.

Trudno tutaj pominąć milczeniem i takie również fakty, że rzędy kontroli prasy usiłowały ingerować w przedłożone sobie do cenzury sformułowania dogmatyczne czy teksty modlitw liturgicznych, odwieczną uświęconych tradycją. Usunięto imprimatur władz kościelnych, i to nie tylko z czasopism, lecz również i z katolickich wydawnictw książkowych; po długich staraniach zgodzono się na krótką wzmiankę tylko, wbrew wyraźnym przepisom kanonicznym.

Zażądano swego czasu rejestracji wszystkich zgromadzeń zakonnych, przy czym rejestracja ta była rozumiana w ten sposób, że dopiero czynniki państwowe miały określić byt prawny zakonów.

Władze administracyjne już niejednokrotnie usuwały z zajmowanych stanowisk kościelnych księży proboszczów, dziekanów, wikariuszy, biskupów koadiutorów, administratorów apostolskich i samych nawet biskupów ordynariuszy; nowo-mianowanych zaś biskupów nie dopuszczały do objęcia powierzonych im przez Ojca świętego diecezji. Mieszały się ponadto do wyboru wikariuszy kapitulnych, co przecież tym samym pozbawiało wszelkiej mocy prawnej przeprowadzone w tych warunkach wybory. Były to jednakowoż akty jeszcze sporadyczne, dokonywane, chcemy wierzyć, nie zawsze ze świadomością naruszenia jednego z najbardziej podstawowych praw Kościoła katolickiego.

Nieoczekiwanym, ale tym razem już formalnym niejako zamachem na organizacyjną wolność Kościoła stał się dopiero dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych z dnia 9 lutego 1953 r. W zamiarach władzy, dekret ten wydającej, ma on niewątpliwie stworzyć podstawy prawne do systematycznego już wkraczania Państwa w wewnętrzne rządy Kościoła. Stosowanie dekretu może się okazać dowolnie szerokie. Usiłuje on uzależnić od zgody określonych organów władzy państwowej zarówno tworzenie kościelnych stanowisk nowych, jak i przekształcanie czy znoszenie już istniejących. Nie wiadomo jednak przy tym dokładnie, co się właściwie rozumie przez "stanowisko kościelne". W ramach dekretu mieści się również uprawnienie dla czynników państwowych żądania od władz kościelnych usunięcia księży z zajmowanych stanowisk, i to, jeśli się tak podoba, bez podania racji i powodów. Mieści się w nim wreszcie warunek, który od zgody władzy państwowej uzależnia każdy wyraźniejszy akt jurysdykcji kościelnej i pozbawić go może dalszego biegu i mocy wykonawczej, paraliżując w ten sposób wszelkie rządy w Kościele Chrystusowym.

Jest rzeczą jasną, że dekret, który tak bardzo istotnie narusza strukturę Kościoła katolickiego, jest najwyraźniej sprzeczny nie tylko z prawem kanonicznym oraz uprawnieniami biskupów ordynariuszy i z suwerenną władzą Ojca świętego, ale i z samym nawet Porozumieniem, zawartym między Kościołem i Państwem Polskim, którym to aktem Rząd Polski uznał uroczyście i formalnie jurysdykcyjną władzę Papieża w Kościele. Ale i z punktu widzenia prawa państwowego omawiany dekret posiada zasadnicze braki, tak pod względem formalnym jak merytorycznym. Najpierw brak mu całkowicie wszelkiej ciągłości prawnej. Wydając go, Rada Państwa nie powołała się ani na konstytucję, ani na żadną ustawę. I powołać się nie mogła. Dekret, bowiem koliduje najoczywiściej z wcześniejszym i ogólniejszym dekretem o wolności sumienia i wyznania, a ponadto i przede wszystkim z nowo uchwaloną Konstytucją Rzeczypospolitej Ludowej. Konstytucja wprowadziła przecież oddzielenie Kościoła od Państwa, jak to wyjaśnił miarodajnie główny twórca Konstytucji - prezydent Bierut, oznacza, że "Kościół posiada własną samorządną organizację i strukturę organizacyjną". Jakżeż, więc dziś, kiedy Kościół został konstytucyjnie oddzielony od Państwa i wyodrębniony jako samorządny organizm, może Państwo uprawiać stałą ingerencję prawną w jego wewnętrzną strukturę. Nie czyniła tego dotąd w Polsce żadna władza, nieposuwająca się przecież do rozdziału Kościoła od Państwa. Nie czyniła tego nawet władza Polski Ludowej, kiedy jeszcze, z jej punktu widzenia, możność tego rodzaju ingerencji została wyłączona przez Konstytucję! Dekret zaś sprzeczny z Konstytucją nie może posiadać mocy prawnej. Tej nieistniejącej mocy prawnej nie może nadać żadne zatwierdzenie dekretu przez Sejm, dopóki nie zmieni on samej Konstytucji.

W myśl nakazu Boskiego Założyciela Kościoła katolickiego mamy "oddawać, co jest cesarskiego cesarzowi, a co jest Boskiego Bogu". Kościół w Polsce czyni i uczyni wszystko, aby rozkazanie to wypełnić jak najsumienniej. Równocześnie nie może nie widzieć, że "cesarz" sięga w danym wypadku już po rzeczy Boskie, owszem, przywłaszcza sobie prawo sięgania po nie własną mocą stale i systematycznie.

Tego rodzaju prób ujarzmienia Kościoła przez Państwo Polska niepodległa nie zna na przestrzeni całej swej historii. Stosował ją tylko po rozbiorach rząd carski jako środek do walki z polskością i katolicyzmem na rzecz Rosji i prawosławia, ale poczynania te zostały zgodnie potępione nie tylko przez cały Naród polski, lecz również przez najwybitniejszych marksistów z Leninem i Stalinem na czele. Smutną przeszłość, kiedy to Kościół znajdował się w poddańczej zależności od Państwa, nazwał Lenin po prostu przeszłością "haniebną i przeklętą".

Z powołaniem się na lutowy dekret wzywają obecnie do siebie "Rady Narodowe" nie tylko księży katechetów, lecz także proboszczów i wikariuszy, żądając od nich składania na ręce ich znanego już w całym kraju ślubowania. I to również wymaganie jest nieuzasadnione; nie ma w Polsce Ludowej Konkordatu, a Porozumienie zupełnie "ślubowania nie przewiduje. W obecnych warunkach wymaganie "ślubowania" może oznaczać albo to, że powołanych księży uważa się za urzędników państwowych, co nie jest słuszne, skoro obecny proboszcz nie jest nawet urzędnikiem stanu cywilnego - albo, że w oczach władzy państwowej duchowieństwo katolickie uchodzi za element, co najmniej niepewny lub podejrzany, co znów byłoby wyrazem jawnej i nieuzasadnionej dyskryminacji katolickich księży, zważywszy, że tego rodzaju " ślubowania" nie wymaga się od innych obywateli państwa. Co więcej, ślubowanie to daje okazję do dyskryminacji w łonie duchowieństwa. Wiadomo, bowiem, że poszczególne Rady Narodowe czynią wśród księży wybór: jednych uważają za godnych ślubowania, innych za niegodnych. Rozsiewane są pogłoski, że uznani za niegodnych będą pozbawieni funkcji, usuwani ze stanowisk, jakie im Kościół powierzył. Sprawa wygląda, więc tak, jak gdyby Kościół przedstawiał tylko kandydatów na stanowiska duchowne mianowało. I znów zbytecznym jest dodawać, że byłoby to najzupełniej sprzeczne z istotnym porządkiem rzeczy, skoro w Kościele katolickim, zgodnie z jego niezmiennym ustrojem, nie ma innej władzy jurysdykcyjnej, jak tylko ta, która spływa hierarchicznie na kapłanów od Ojca świętego i pozostających w jedności z nim biskupów.

5. Szczególnie ciężka dola Kościoła na Ziemiach Zachodnich.

Rzecz znamienna, że nieprzyjazna postawa Rządu wobec Kościoła w Polsce Odrodzonej nie łagodzi swego ostrza nawet tam, gdzie zdawałoby się wymaga tego polska racja stanu.

Kościół katolicki w Polsce ze szczególną pieczą objął tereny odzyskane w swoją opieką, posyłając tam duchowieństwo ze wszystkich diecezji, aby swoją obecnością i pracą jak najrychlej zespoliło ludność w całość z Ojczyzną. Decydujący krok kardynała prymasa śp. Augusta Hlonda, organizującego na Ziemiach Zachodnich cztery odrębne jednostki administracyjne, jako przyszłe diecezje katolickie, był wyrazem dalekowzroczności i wiary w przyszłość Kościoła i Państwa na tych ziemiach. Było to zarazem radykalne zerwanie z przeszłością, gdyż na miejscu rozległej diecezji wrocławskiej i części berlińskiej powstały cztery Administracje, przyszłe diecezje. W tym kroku cały świat musiał widzieć, że Polska katolicka urządza się tu na stałe, że dostosowuje organizacją terenową do potrzeb licznej ludności katolickiej.

Prymas Hlond wybrał ludzi wytrawnych, zdolnych organizatorów życia społeczno kościelnego, którzy we Wrocławiu, w Opolu, w Gorzowie i w Olsztynie swoją organizacją i pracą szybko stworzyli doskonałe ośrodki administracyjne, w niczym nieustępujące innym diecezjom polskim. Jak wielkie to miało znaczenie dla życia państwowego, dla stabilizacji społecznej i psychicznej, dla pracy osiedleńczej i odbudowy - sam Rząd dawał ongiś temu wyrazy uznania.

I właśnie w momencie, gdy wszystko zdawało się być na drodze najlepszej, Rząd dopuścił się kroku, z punktu kościelnego i państwowego wprost zabójczego dla polskiej racji stanu. Usunięcie wybitnych organizatorów życia katolickiego, dla celów rzekomej stabilizacji, było zachwianiem tej równowagi, która zdawała się już być nienaruszona. I tylko odważny krok Prymasa Polski, który dla ratowania pogwałconych brutalnie praw Kościoła nadał jurysdykcję kanoniczną wskazanym ludziom, ochronił Ziemie Zachodnie od niedających się obliczyć szkód. Nie zdołało to jednak powstrzymać wrogiej Polsce propagandy, która wzmogła swego ducha rewizjonizmu, gdy tak fatalne znalazła przykłady w posunięciach Rządu polskiego.

A dalej, cała akcja stabilizacji duchowieństwa na Ziemiach Zachodnich, do której władze kościelne polskie odnosiły się z całym zrozumieniem też była wykorzystana przez opinię i administrację państwową do siania niepewności i zamętu wśród duchowieństwa. Usunięto wielu kapłanów, którzy tu przybyli ze wschodu ze swoimi parafiami i byli dla nich ostoją i otuchą.

A gdy z kolei, w dalszym etapie stabilizacji stosunków kościelnych na Ziemiach Zachodnich, Prymas Polski uzyskał od Stolicy Świętej nominacje dla Wrocławia, Opola, Gorzowa i Olsztyna biskupów, którzy mieliby obowiązek rezydować na Ziemiach Zachodnich, Rząd do tego osiągnięcia ustosunkował się wrogo, nie pozwalając nominatom na objęcie stanowisk... Nie przeszkodziło to prasie partyjnej w obrzucaniu Stolicy Świętej i Episkopatu Polski zarzutami, że nic nie robią dla Ziem Zachodnich.

Właśnie te Ziemie Zachodnie najwięcej ucierpiały na skutek osobliwej polityki Państwa, tracąc religię w szkołach, wydawnictwa polsko-katolickie tak niezbędne dla repolonizacji, bogate i liczne instytucje dobroczynne, prasę i księgarnie, jak gdyby wszystko zło sprzęgło się, by w Polsce wyrabiać wśród ludności tubylczej dostarczać materiału Niemcom do wrogiej propagandy. Na owoce takiej akcji niedługo trzeba było czekać, gdy powrotna fala niemczyzny zaniepokoiła nawet władzę polityczną.

Gdy się ukazał sławetny dekret z 9 lutego 1953 roku, najcięższe ciosy ugodziły znów w duchowieństwo polskie pracujące na Ziemiach Zachodnich, gdyż ofiarą tego padli ludzie wielce dla Kościoła i polskości tu zasłużeni, pracujący dość często od pierwszych dni powrotu do Polski na Ziemie Zachodnie. I to wbrew całej rządowej akcji "stabilizacji" będącej do niedawna okazją do ataków na Episkopat Polski.

Co wycierpiał od władz administracyjnych taki, ks. infułat Zink w Olsztynie, autochton, człowiek, który całe życie dążył do Polski - trudno opisać. Mogłoby to największego przyjaciela wrogiem uczynić, choć nie złamało tego dzielnego Warmiaka. A dziś, gdy Administracje Kościelne na Ziemiach Zachodnich niemal w pełni prowadzą swoje życie kościelne, bodajże najwięcej niepokoju wokół nich się rozsiewa. Nie brak już dziś wrogich sugestii, że należy przyłączyć Administrację Opolską i Gorzowską do Wrocławia, chociaż pomysły takie są powrotem do stanu przedwojennego, są szkodliwe dla licznej ludności katolickiej, są zamachem na dorobek organizacyjny Kościoła na Ziemiach Zachodnich, są wodą na młyn propagandy niemieckiej, są jawną zdradą interesów polskiej racji stanu.

6. Wysiłki i próby podjęte przez Episkopat oraz wyniki doświadczeń.

Czy Episkopat w Polsce pragnął Porozumienia i zgody z Rządem? Przeciwko Porozumieniu przemawiały racje niemałe. Dochodziły do nas wieści o tym, jaki los spotkał Kościół w innych demokracjach ludowych! Można było żywić obawy, czy strona druga zdobędzie się na dobrą wolę i przyjętych zobowiązań dochowa; niepokojące dla religii wnioski nasuwają się z samej również doktryny marksistowskiej, pomijając już fakt, że z wielu stron kraju podnosiły się pod adresem Episkopatu słowa przestrogi i obaw, co do celowości Porozumienia. Biskupi polscy jednak nie chcieli ani opierać się na obcych doświadczeniach, ani z góry przesądzać o braku dobrej woli, ani pomijać okazji do zgody na podstawie teoretycznych rozważań o zasadach czy konsekwencjach marksizmu, ani ulegać sugestiom głosów zewnętrznych. Pragnęli, przeto przede wszystkim czynem dać odpowiedź na zarzuty głoszące, że Episkopat tej zgody nie chce, że się związał z reakcją polityczną i kapitalistyczną, że jest z góry wrogo usposobiony do obecnego ustroju. Chcieliśmy równocześnie dać nieodparty dowód swej własnej dobrej woli oraz szczerej chęci pokojowego współżycia. Chcieliśmy wreszcie ułatwić i drugiej stronie zajęcie podobnego stanowiska. Byliśmy bardzo dalecy od przypisywania złej woli ludziom, którzy jej może nie mieli i którzy być może, dlatego jedynie formułowali pod adresem Kościoła różne oskarżenia, że go bliżej nie znali.

Do partnerów swoich odnosiliśmy się bez uprzedzeń, życzliwie i z takim zaufaniem, na jakie tylko pozwala roztropność. Zdawaliśmy sobie zresztą dokładnie z tego sprawę, o jak doniosłe i równocześnie trudne chodzi rzeczy, zarówno dla strony jednej, jak i drugiej. Byliśmy świadomi, jak wielkich sprawa wymaga wysiłków. Wczuwaliśmy się też doskonale w położenie swych rozmówców i ich opory i uprzedzenia. W chwili, więc, kiedy obecni włodarze Polski stanęli wobec kolosalnych wprost i na miarę historyczną zakrojonych problemów, form pokojowego współżycia z tak odmiennych pod każdym względem obozów, Episkopat Polski czynił wszystko, aby i im również drogę do wzajemnego zrozumienia i porozumienia wyrównać i uprzystępnić. I Episkopat podjął wielkie ryzyko. Nie lękał się jednak, że sam fakt zawarcia Porozumienia otworzy dla strony przeciwnej olbrzymi atut wobec opinii światowej, niespotykany dotąd precedens, który dać jej może silne podstawy do rehabilitacji w oczach katolicyzmu, tak w Kraju, jak za granicą. Episkopat nie lękał się tej rehabilitacji, przeciwnie, pragnął jej szczerze, ale pragnął rehabilitacji wyrosłej z rzetelnej zasługi i z tego to ducha zrodziło się Porozumienie. Episkopat Polski nie tylko umożliwił jego zawarcie, lecz także konsekwentnie i wszechstronnie je realizuje. Zachowanie jednego tylko punktu; zostało mu uniemożliwione. Władze państwowe wyraziły pragnienie, aby księża i biskupi wydawali wyroki potępienia na kapłanów, zatrzymywanych czy skazanych przez sądy świeckie. Nie zezwolono jednak biskupom ani na wgląd w akta oskarżenia, ani na swobodne wysłuchanie oskarżonych. Każdy rozumie, że wydanie wyroku w takich warunkach nie jest możliwe ani moralnie dozwolone.

Episkopat Polski wykonywał wiernie zobowiązania, jakie przyjął w Porozumieniu, i wykonywać ich nie przestaje. Lecz nie zatrzymuje się na tym progu. W usilnym swym dążeniu do zgody i pokoju wewnętrznego, zgodę i pokój szerzy w myśl swej nauki i rzetelnego dobra katolickiej i polskiej społeczności.

Nie wiązał się, więc i nie wiąże z żadnym kapitalistycznym ustrojem gospodarczym, bo ustrój taki nie godzi się z katolicką myślą społeczną. Popiera też Episkopat każdą zdrową reformę społeczną. Nie patronuje żadnym odrębnym stowarzyszeniom społeczno-gospodarczym czy zawodowym. Zachęca wiernych do czynnego i twórczego udziału w odbudowie Kraju oraz do podnoszenia wydajności pracy. Potępia ruchy wywrotowe i podziemne. Nie czyni żadnych sztucznych podziałów między wierzącymi i niewierzącymi. Głosi miłość wszystkich ludzi, nie wyłączając tych, którzy mają poglądy czy wierzenia odmienne. Nie potępia ani nie pomija żadnego rzeczywistego dobra ani żadnej prawdy, dlatego jedynie, że z dobrem i prawdą miesza się to, czego sumienie chrześcijańskie ani uznać, ani przyjąć nie może. Poparcia, więc swego udziela akcji pokojowej, choć akcja ta przybiera charakter wyraźnie polityczny i czysto świecki. W możliwym dla katolików znaczeniu udziela poparcia dla frontu narodowego, choć ruch ten ma również na celu realizację sprzecznych z nauką katolicką postulatów marksizmu. Popiera także zagraniczną politykę Rządu, zwłaszcza odnośnie do Ziem Zachodnich. Poza tym nie uprawia żadnej własnej akcji politycznej ani z żadną grupą polityczną nie wiąże się, nie mówiąc już o grupach nielegalnych, Nie opowiada się także za jakąkolwiek antykomunistyczną krucjatą.

Kościół w Polsce niczego nie zaniedbuje ani nie pomija, co może przyczynić się do pokoju, zgody i pojednania, choć nieustannie coraz to cięższe ponosi ofiary, coraz dotkliwsze ogląda straty i coraz cięższych doświadcza krzywd. W ciągu lat niewielu pozbawiony został rzeczy bardzo wielu, większości rzeczy do normalnego życia i rozwoju potrzebnych lub zgoła niezbędnych, które w Polsce posiadał i które posiada jeszcze gdzie indziej.

Wystarczy tutaj wspomnieć zabrane majątki, domy, zakłady dobroczynne, Caritas, fundacje, bractwa, stowarzyszenia, szpitale, szkoły, ochronki, żłóbki, drukarnie, wydawnictwa i prasę. A jednak mimo wszystkich tych strat, ofiar, i krzywd, tak niesłychanych i niepojętych. Porozumienia przecież nie zrywał, wojny w obronie rzeczy utraconych nie podejmował. Schodził tylko coraz bardziej na teren spraw czysto religijnych i kościelnych. Baczył przy tym pilnie, aby nawiązanych stosunków nie zrywać, aby przedwcześnie i na terenie innym nie wypowiadać owego ostatecznego: non possumus. Przeciwnie, dla dobra Kościoła i Polski docierał do ofiar, aż do krańca możliwych ustępstw. W dobrej swej woli posunął się aż tak daleko, że zdawało się niektórym, iż przekracza nawet dozwolone granice.

Po tych rozlicznych ofiarach, próbach i wysiłkach, które były wciąż na nowo i wielkodusznie podejmowane, po dowodach czynnych i doświadczalnych nieustępliwej woli pokoju i zgody, ma dziś Episkopat Polski prawo, aby wobec Kościoła, wobec Ojczyzny i świata z czystym sumieniem oświadczyć, że niczego nie pominął, niczego nie szczędził, że przeciwnie, wszystko uczynił i wszystko zniósł, co było tylko w ludzkiej mocy, aby zachować w Polsce trwały pokój między Kościołem i Państwem.

Taki jest wynik pozytywny olbrzymich doświadczeń. Ale doświadczenia te przyniosły ze sobą równie mocny wynik i dowód wtórny, niestety zupełnie negatywny. Dwie strony były wystawione na próbę. Stąd i podwójny jest rezultat, a rezultat bynajmniej niedwuznaczny także i dla oceny stanowiska drugiej strony. Z mnóstwa dotychczasowych prób i doświadczeń wypływa diagnoza niewątpliwa, jasna i wielokrotnie stwierdzona: wroga nienawiść obozu komunistycznego do wszystkiego, co katolickie, trwa i działa nieustępliwie i nieprzejednanie. Wobec Boga i historii Episkopat Polski stwierdza, że nienawiść ta radykalna, że obłędna wola unicestwienia Kościoła katolickiego realizuje się w czynie nieustającym, nieustępliwym, który szerzy spustoszenie bez względu na głoszone wielkie hasła, bez względu na czynniki gospodarcze, bez względu na słuszność i pożytek sprawy, bez względu na tradycje i opinię publiczną, bez względu na Kraj i dobro Narodu, bez względu na istniejące prawa, bez względu na zawarte umowy i bez względu wreszcie na postawę Episkopatu.

Wyjaśniamy:

  1. Bez względu na głoszone hasła - powtarza się bez końca, że Rząd nie chce ani stanowić, ani pogłębiać podziału obywateli na wierzących i niewierzących, że nie chce schizmy, że szanuje wolność religijną, że nie miesza się do spraw wewnętrznych Kościoła. Takie są słowa. Czyny są inne.
  2. Bez względu na czynniki gospodarcze - przykłady są drastyczne. Dla instytucji kolportażowej "Ruch" powinno być obojętne, czy rozsyła się pisma katolickie, czy inne. W rzeczywistości niszczycielskie swe metody stosuje ona tylko do katolickich. Papieru, którego brak zupełnie na pisma czy książki katolickie, jest dość na inne publikacje. W miarę jak wzrasta produkcja papieru, nakłady publikacji innych rosną, katolickie maleją. A ileż majątku niszczy urząd cenzury, odrzucając już złożone artykuły, całe zeszyty czasopism i całe publikacje książkowe.
  3. Bez względu na słuszność i pożytek sprawy - niektóre bezpodstawne oskarżenia czy zarzuty, wysuwane pod adresem Kościoła, można zrozumieć i wytłumaczyć przesądem czy ignorancją. Często jednak rzeczywistość faktów jest tak uderzająca, że nie podobna jej nie widzieć. Trudno na przykład uwierzyć, aby ci wszyscy, którzy zarzucają Episkopatowi Polski brak dobrej woli, tej woli nie dostrzegli w nim zupełnie. Siostry zakonne usuwa się ze szpitali nawet wówczas, kiedy nie ma ich, kim należycie zastąpić.
  4. Bez względu na tradycję i opinię publiczną - Kościół katolicki został pozbawiony środków działania, które posiadał w Polsce od wielu stuleci, a niektóre nawet od swej w Polsce kolebki. Myśl katolicką pozbawia się wpływu na umysły i serca Polaków, które wszystko, co szlachetne i dobre jej właśnie zawdzięczają. Skasowano długoletnie i pożyteczne organizacje religijne, lubo nie mogły one nikomu zagrażać. Usuwa się krzyże z sal szkolnych czy leczniczych, mimo że rozgorycza to młodzież i chorych. Usuwa się religię ze szkół i wychowania, choć zarówno dzieci, i rodzice jej pragną i chcą. Niszczy się resztki katolickich czasopism i wydawnictw, choć zapotrzebowanie społeczeństwa polskiego na pisane słowo religijne jest wielkie ponad wszelki wyraz. Wyłącza się katolicyzm z życia społecznego narodu, choć zdał on egzamin wieków i tysiąclecia i przedziwną wykazał umiejętność współżycia z ludźmi najróżniejszych ras, narodów, kultur, cywilizacji i ustrojów.
  5. Bez względu na Kraj i dobro Narodu głośno i często oświadcza się pragnienie spokoju wewnętrznego w Kraju, pracowitości Polaków i dobrego ich między sobą współżycia. Zrozumieć, więc trudno, dlaczego zamiast dopuścić do głosu Ewangelię miłości, pracy, wzajemnego zrozumienia, wyrozumienia i zgody, szczepi się i szerzy doktrynę nienawiści, walki, podziału i rozdwojenia. Nie chce się wojny i głosi się hasła pokojowe. Dlaczego więc uporczywie wmawia się w ludzi tę krzywdzącą niedorzeczność, że Papież ma być wrogiem pokoju? Jest to fałsz, który demaskuje najwybitniejszych przywódców Światowej Rady Pokoju. Jest to fałsz szkodliwy, który dyskredytuje samą akcję pokojową, nie pozwalając milionowym rzeszom wierzących szczerze się za nią opowiedzieć. W prasie polskiej pojawiają się raz po raz stwierdzenia, że biskupi są przeciwni granicom Polski na Odrze i Nysie. I ta również propaganda jest fałszem, boć wiadomo powszechnie, że nie istnieją w tym przedmiocie wśród Polaków żadne różnice zdań czy dyskusje. Propaganda to ponadto wielce dla polskiej racji stanu szkodliwa, ponieważ osłabia pozycję Polski za granicą i kieruje obfite wody na młyny niemieckich rewizjonistów. Żąda się stabilizacji stosunków kościelnych na Ziemiach Zachodnich, lecz równocześnie z tamtejszych diecezji usuwa się administratorów apostolskich, nie dopuszczając na ich miejsce proponowanych biskupów. Zamiast popierać te nominacje, które stanowią wielki krok na drodze do pełnej stabilizacji, wprowadza się na Ziemie Zachodnie wikariuszy "kapitulnych", a więc stan najniższego rzędu tymczasowości. Z naciskiem podkreśla się wolę najściślejszego związania Ziem Zachodnich z macierzą, lecz równocześnie nie pozwala się drukować katolickich czasopism, broszur, książek, zmuszając w ten sposób tamtejszą ludność do szukania lektury religijnej w języku niemieckim. Rezultaty tego rodzaju polityki przewidzieć łatwo.
  6. Bez względu na istniejące prawa - wbrew dekretowi o wolności sumienia i wyznania, praktycznie zmusza się rodziców katolickich do umieszczenia swych dzieci w szkołach bez religii, gdzie w umysły młodzieży wpaja się ideologię marksistowską i księży "patriotów" czy "intelektualistów" używa się do wystąpień przeciwko władzy kościelnej, co pociąga za sobą kary kościelne; drukuje się dla duchowieństwa osobny organ, za czytanie, którego grozi im suspensa. Na jakże ciężką rozterkę wewnętrzną wystawia się kapłańskie sumienia! Prasę katolicką niszczy się systematycznie, jakkolwiek Konstytucja ustanawia rozdział Kościoła od Państwa. W Porozumieniu Rząd uznał za najwyższy i miarodajny autorytet Kościoła w sprawach kościelnych jurysdykcji, tymczasem późniejszy od Porozumienia i Konstytucji dekret sankcjonuje stałe i systematyczne wkraczanie tegoż Rządu w zakres kościelnej jurysdykcji.
  7. Bez względu na przyrzeczenia i umowy - składane przy różnych okazjach przez czynniki urzędowe, obietnice w wykonywaniu przeważnie dają katolikom niewiele, lub nie dają niczego. Umowy traktowane są raczej jako akty, które niemal wyłącznie przynoszą jednej stronie obowiązki, drugiej uprawnienia. W sposób podobny tłumaczone również bywa i Porozumienie. Jeśli jego zawarcie oszczędziło Kościołowi i jego wyznawcom wiele ofiar, a stępiając ostrze prowadzonej przeciwko Kościołowi walki, opóźniło znacznie atak na zewnętrzną strukturę katolicyzmu, to jednak zasadniczo była to jedynie kwestia czasu. Czy Porozumienie jest, czy go nie ma, proces niszczenia ?ościoła i walki z religią bynajmniej nie ustaje.
  8. Bez względu na stanowisko Episkopatu - dzieje lat ostatnich wykazują, zdaje się dość jasno, że olbrzymi jest wkład Episkopatu Polski w pomyślne rozwiązanie zagadnienia wzajemnego stosunku Kościoła i Państwa. Liczne rozmowy z Komisją Mieszaną, z Sekretarzem Episkopatu, Prymasem Polski, przekonały nas o tym, że Rząd nie liczy się z najlepszą wolą Kościoła. A jednak ani z najlepszą wolą podejmówane w tym kierunku próby, ani ciężkie i do ostatnich granic możliwości idące ustępstwa nie zdolały przezwyciężyć nienawiści wobec Kościoła i niszczycielskiego naporu.
Uwierzyć trudno, aby właściwy stan rzeczy, łącznie z ofiarną wolą Kościoła polskiego, miał dla przedstawicieli obozu marksistowskiego pozostać do koäca tajemnicą lub budzić poważne wątpliwości.

Nietrudno natomiast przewidzieć, że stan ten nie może ani wątpliwości budzić, ani tajemnicą pozostać dla każdego, kto rzeczywistość poznał i zdolny jest oceniać ją bezstronnie. Kto jasno patrzy i szczerze sądzi, spostrzeże niezawodnie, że nie Kościół udaremnia pokój, zgodę i jedność między wszystkimi Polakami, lecz nieprzejednana wrogość obozu marksistowskiego do relig w ogóle, a do katolicyzmu w szczególności. W świetle tego poznania każdy - nawet mniej w sprawę stosunków Państwa do Kościoła wtajemniczony - sam sobie odpowie na pytanie, dlaczego to w ostatnich latach naszej historii wmawia się w opinię publiczną, że Papież jest wrogiem Polski i pokoju, że Biskupi polscy nie chcą zachowania Ziem Zachodnich przy macierzy. Czy nie dlatego, aby ukuć broä przeciwko Ojcu Świętemu i Biskupom i stworzyć pozory do ataku na Kościół?

Dlaczego niszczy się pisma i wydawnictwa katolickie, podczas kiedy bez większych przeszkód ukazują się publikacje innych wyznań czy sekt religijnych, przede wszystkim zaś, co jest najbardziej wymowne, pisma i wydawnictwa "katolickie" ale spod znaku kościelnej dywersji? Dlaczego wobec pism katolickich cenzura jest tak surowa, a dla innych raczej względna? Dlaczego brak papieru dla wydawnictw katolickich, a nie brak dla innych? Dlaczego milionowe rzesze katolickie pozbawia się ostatniego środka publicznego wyrażania swej myśli przez prasę, podczas kiedy dla wrogów Kościoła dostępne są najpotężniejsze narzędzia propagandy? Dlaczego przeciwnikom Kościoła zostawia się swobodę, jeżeli nie całkowitą bezkarność, w ?walczaniu wszystkiego, co drogie i święte katolickiemu sercu? Dlaczego kapłana katolickiego otacza się atmosferą nieufności i podejrzeä, natomiast księdza, który uwikłał się w jakiś konflikt z kościelną karnością, traktuje się nagle i nieomal automatycznie zgoła inaczej?

Nie oskarżamy nikogo. Jesteśmy przekonani, że wrogość do Kościoła jest nie tyle sprawą ludzi, z którymi mamy do czynienia, ile raczej systemu. Z ludźmi - powtarzamy - rozmowy toczyły się na ogół w atmosferze życzliwej. Doświadczenie nie pozwala nam przypuszczać, że nie rozumieją oni zupełnie naszej sytuacji, naszej dobrej woli i straszliwej krzywdy, jaka się dzieje Kościołowi.

0dpowiedzialność za wszystko spada na ideologię marksizmu, na doktrynę, która głosi nienawiść do ludzi, przeciwników ściga zemstą, a nawet wśród braci szczepi podziały i waśnie. Jakżeż ta doktryna mogłaby być obojętna dla Ewangelii miłości, pokoju i przebaczenia? Obojętna nie jest. Religia została uznana w marksizmie za nadbudowę tylko bazy gospodarczej, a w dalszej konsekwencji, za narzędzie ucisku mas pracujących. Jest rzeczą wprost nie do wiary, jak mogła ideologia, która się podaje za jedynie naukową i na doświadczeniu opartą, stawiać twierdzenia o religii tak zupełnie a priori, bez kontroli doświadczenia, bez porównania ich z rzeczywistością, bez troski o to, że naraża się w ten sposób na ryzyko, iż ta rzeczywistość może kłam zadać wszystkim tym teoretycznym tezom i konstrukcjom!

7. Oświadczenie Episkopatu.

W poczuciu najwyższego obowiązku Episkopat Polski wskazuje niniejszym na tragiczny los Kościoła w Polsce, na objawy ucisku i jego przyczyny oraz na źródła, z których płynie troska, niepokój i rozgoryczenie szerokich mas katolickiego społeczeństwa. Przyczynę zasadniczą i główną tego stanu upatrujemy w nienawiści, która niszczy siły naszego państwa i zdaje się wieszczyć jakieś złowrogie waśnie. Co czynimy, nie czynimy w jakichkolwiek celach polemicznych, lecz po to jedynie, aby podkreślić palącą konieczność znalezienia uczciwej i rzetelnej drogi wyjścia z obecnej sytuacji. Szukamy rozwiązania pozytywnego i pożytecznego zarówno dla Kościoła, jak i dla Państwa. Nic, bowiem nie jest nam tak obce, jak zrywanie jedności, wprowadzanie podziału czy sianie nienawiści. I tym razem nie uchylamy ręki do zgody, nie wyrzekamy się woli pokoju i współpracy w doniosłym dziele pomyślnego uregulowania stosunku Kościoła i Państwa w myśl zawartego w dniu 14 kwietnia 1950 roku Porozumienia.

Czy jednak pokój wewnętrzny i wzajemna zgoda, tak bezwzględnie nieodzowna, zostaną u nas rzeczywiście osiągnięte, zależy to w obecnym stanie rzeczy wyłącznie od szczerej i dobrej woli strony rządowej: od tego w istocie, czy zechce się ona wyrzec swej tak radykalnej i niszczycielskiej dla katolicyzmu wrogości, czy porzuci zamiar ujarzmiania Kościoła i uczynienia z niego narzędzia władzy państwowej.

Pragniemy, aby strona rządowa zdała sobie jasno sprawę z tego, czym jest naprawdę dla ustroju Kościoła dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Przypominamy, więc, że przez akt ten, który już Konstytucja państwowa pozbawia mocy prawnej, Państwo przywłaszcza sobie prawo do stałego wkraczania w wewnętrzne sprawy Kościoła, niekiedy sprawy sumienia kapłanów oraz do samowolnego i systematycznego uzależniania od siebie kościelnej jurysdykcji. Rzecz to, z punktu widzenia Kościoła, bezwzględnie do przyjęcia niemożliwa.

Niemożliwa, po pierwsze, dlatego, że jurysdykcja kościelna odnosi się do spraw ściśle religijnych, wewnętrznych i nadprzyrodzonych, takich jak: głoszenie Objawienia Bożego, nauczanie moralności chrześcijańskiej, udzielanie Sakramentów świętych, urządzanie nabożeństw i kultu religijnego, religijne kierownictwo dusz i sumień ludzkich. W imię, jakich uprawnień władzę nad tego rodzaju sprawami, tak czysto religijnymi, można by poddać władzy państwowej, z natury swej obejmującej rzeczy wyłącznie świeckie, ziemskie i doczesne? - A cóż powiedzieć, jeżeli ta władza opiera się na ideologii materialistycznej i antyreligijnej, a do Kościoła odnosi się z bezwzględną niszczycielską wrogością! Niestosowność tego rodzaju zależności rozumie chyba każdy człowiek, choćby i niewierzący. Słusznie, zatem piętnował Lenin poddawanie Kościoła Państwu jako rzecz "przeklętą i haniebną". Dla Kościoła ponadto rzecz to niemożliwa po wtóre, dlatego, że w myśl niezmiennej jego konstytucji, wobec której nawet Papież jest bezsilny, nie ma i być nie może w katolickiej tej społeczności innej jurysdykcji władzy okrom tej, która spływa hierarchicznie z góry od Papieża i biskupów. Kiedykolwiek, zatem władza świecka sięga samowolnie po jurysdykcję kościelną, bez troski, aby ją od siebie uzależnić, przywłaszcza sobie rzecz nie swoją, lecz cudzą i narusza nie tylko prawo czysto kościelne, ale również i prawo Boże. Na jakiej więc podstawie mogłaby strona rządowa domagać się od Episkopatu polskiego, aby uznał akt, który stoi w tak rażącej sprzeczności z ustrojem Kościoła i jego prawem, owszem narusza święte i nietykalne prawa Boże?

Wkrótce po ukazaniu się dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych przedstawiciele Episkopatu uważali za swój obowiązek złożyć w jego przedmiocie formalny protest. Dziś protestuje cały Episkopat Polski. W poczuciu apostolskiego naszego powołania, oświadczamy, w sposób najbardziej stanowczy i uroczysty, że wymienionego dekretu, jako sprzecznego z Konstytucją Rzeczypospolitej Ludowej i naruszającego prawa Boże i kościelne, nie możemy uznać za prawomocny i wiążący. "Więcej trzeba słuchać Boga niż ludzi".

Nie uchylamy się od przyjęcia pod rozwagę motywów i przedłożeń Rządu, ale w obsadzaniu stanowisk kościelnych kierować się musimy prawem Bożym i kościelnym, powołując na nie tylko tych kapłanów, których w sumieniu uznajemy za odpowiednich i godnych. Taić natomiast trudno, jak mało na te stanowiska, zwłaszcza poważniejsze i bardziej odpowiednie, nadają się ci, którzy ulegli zewnętrznej politycznej presji i dali się użyć za narzędzie dywersji w Kościele. Kapłani ci nikłe tylko dają gwarancje, że jako przedstawiciele Kościoła bronić będą ofiarnie i niezachwianie zasad i praw dla Kościoła najbardziej istotnych i Bożych.

A gdyby zdarzyć się miało, że czynniki zewnętrzne będą nam uniemożliwiały powoływanie na stanowiska duchowne ludzi właściwych i kompetentnych, jesteśmy zdecydowani nie obsadzać ich wcale, niż oddawać religijne rządy dusz w ręce niegodne. Kto by odważył się przyjąć jakiekolwiek stanowisko kościelne skądinąd, wiedzieć powinien, że popada tym samym w ciężką karę kościelnej klątwy. Państwo Podobnie, gdyby postawiono nas wobec alternatywy: albo poddanie jurysdykcji Kościoła, kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista ofiara, wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, kościoła, idąc z wewnętrznym pokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie, za co innego, lecz tylko za sprawą i w ściśle Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno. NON POSSUMUS!

Szanujemy osobiste poglądy i przekonania wszystkich ludzi, również i przekonania naszych obecnych przeciwników, których nam, chrześcijanom, nie godzi się nienawidzić - domagamy się atoli, aby tym samym szacunkiem cieszyły się przekonania i poglądy religijne katolików polskich, dzieci zwłaszcza i młodzieży. Szanujemy i nieraz wiernym naszym przypominamy obowiązki ich obywatelskie w stosunku do Narodu i Państwa, ale żądamy równocześnie, aby katolikom nie stawiano przeszkód żadnych w wypełnianiu obowiązków, jakie mają wobec Boga i Kościoła. Świadomi jesteśmy szczególnych zadań i obowiązków, jakie ma kapłan katolicki w stosunku do własnej ojczyzny i dlatego niejednokrotnie przypominaliśmy je naszemu duchowieństwu, kładąc mu na sercu troskę o rozkwit i pomyślność Kraju, domagamy się jednak usilnie i z naciskiem, aby kapłanów naszych nie odrywano od powinności religijnych i zadań duszpasterskich, aby nie wciągano ich do spraw politycznych i powołaniu ich obcych, aby zaniechano wobec nich presji politycznej, zmierzającej do użycia ich za narzędzie w rozgrywce Państwa z Kościołem, aby nie zmuszano ich do łamania przysięgi, którą ślubowali wierność Kościołowi i swym biskupom. Słowem, aby w myśl zawarowanej w naszej Konstytucji zasady o rozdziale Kościoła od Państwa - Państwo nie mieszało się w sprawy religijne, duchowne i wewnętrzne Kościoła. W imię dobra naszego Narodu mamy prawo domagać się od przywódców obozu marksistowskiego, aby zechcieli poddać rewizji zasady bezwzględnej nienawiści i ostracyzmu wobec religii Kościoła i Boga. Episkopat Polski domaga się od Rady Ministrów, aby w myśl artykułu 32, punktu 7 Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przedsięwzięła ochronę praw katolików w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU NAUCZANIE HOMILIE