O. Jacek Salij - "Praca nad wiarą"

Kiedy byłem dzieckiem, mama bardzo pilnowała tego, żeby o żadnym zwierzęciu nie powiedzieć, że umarło. Umiera tylko człowiek. O kocie czy śwince mówiło się w naszym domu, że zdechła, o kurze, że padła, o pszczole, że zginęła albo że przyszedł na nią koniec. Tak samo nie wolno nam było, nawet w złości, mówić o bracie czy siostrze, że coś zeżarli albo że coś chcą zeżreć, bo to był czasownik zarezerwowany dla zwierząt. Człowiek tym się różni od zwierząt - wciąż powtarzała nam mama - że może zapanować nad swoim apetytem, że dzieli się jedzeniem z innymi, że umie podziękować Bogu za spożyte dary.

Dziś, kiedy już jestem starym człowiekiem, szczególnie jestem wdzięczny mojej mamie za tę często powtarzaną przez nią naukę, że najbardziej człowiek różni się od zwierząt tym, że się modli. Jeżeli któreś z nas próbowało zaraz po wstaniu coś jeść, od razu usłyszało przysłowie: "Kto się nie modli i nie myje, ten jak ta świnka żyje". Miała mama stosowne przysłowie również na porę wieczorną, jeśli ktoś zapomniał o pacierzu: "Bydło jadło, jadło, a potem się pokładło". To dzięki mojej mamie każdy bez wyjątku dzień mojego długiego życia zaczynam i kończę modlitwą.

Obecnie mieszkam u syna i w jego domu wszystko jest dokładnie odwrotnie. Kiedyś próbowałem poprawić wnuczkę, kiedy mówiła o jakimś kocie, że umarł. Ostro mnie synowa przywołała do porządku. Za to zaraz po wstaniu biec do jedzenia to dla moich małych wnuków rytuał zastępujący pacierz. Cóż z tego, że syn i synowa chodzą do kościoła, a starsza wnuczka była już u pierwszej Komunii świętej, skoro muszę z wielkim żalem patrzeć, że w mojej najbliższej rodzinie ludzie dobrowolnie zrównują się ze zwierzętami.

Zapewne spodobałaby się Panu moja jedna rozmowa z dwojgiem przedszkolaków, którzy z wielkim przejęciem uczestniczyli w chrzcie swego niedawno urodzonego kuzyna. Po skończonym obrzędzie podchodzą do mnie i jedno z nich powiada, że chcą mi zadać bardzo ważne pytanie. "O co chodzi? - pytam. - Dlaczego kotka nie można przynieść do chrztu?" Na pytanie odpowiedziałem pytaniem: "A czy widziałyście kiedyś, żeby jakiś kot się modlił?" Widziałem po twarzyczkach tych dzieci, że wszystko im się od razu rozjaśniło.

Na temat stylu bycia, jaki się wytworzył w Waszej rodzinie, chyba nie powinienem się wypowiadać. Pańskie spięcie z synową świadczy, być może, o tym, że trudno Wam rozmawiać na tematy, które Was różnią. Być może zdarza się Panu czasem przeciwstawiać sobie rodzinę, w której się Pan wychował, i rodzinę swego syna i synowej - a to może ich drażnić i w ten sposób traci Pan możliwość dobrego wpływania na nich. Niech Pan czasem próbuje z aprobatą zauważyć coś, co w rodzinie Pańskiego syna jest lepsze niż w domu Pańskich rodziców. To zwiększy szansę, że niektóre przynajmniej Pańskie dobre propozycje będą przez domowników przyjmowane.

Jednak problem poruszony w Pańskim liście spróbuję omówić bez nawiązywania do tego, co się dzieje w Pańskiej rodzinie. Osobiście podzielam Pańską obserwację, że istnieje we współczesnej kulturze tendencja do niezauważania tego, czym człowiek istotnie różni się od zwierząt. Wspomina o niej Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae (nr 22) i wiąże ją z odejściem wielu współczesnych ludzi od Boga: "Gdy zanika wrażliwość na Boga, zostaje też zagrożona i zniekształcona wrażliwość na człowieka - jak stwierdza lapidarnie Sobór Watykański II: - «Stworzenie bez Stworzyciela marnieje. (...) Co więcej, samo stworzenie zapada w mroki przez zapomnienie o Bogu». Człowiek nie potrafi już postrzegać samego siebie jako kogoś «przedziwnie odmiennego» od innych ziemskich stworzeń; uznaje, że jest tylko jedną z wielu istot żyjących, organizmem, który - w najlepszym razie - osiągnął bardzo wysoki stopień rozwoju."

Ponieważ zamierzam powiedzieć parę słów krytyki pod adresem tej tendencji, najpierw pragnę z całą mocą przypomnieć, że zwierzętom należy się życzliwość z naszej strony. Okrucieństwo wobec zwierząt, a również obojętność na ich cierpienia, zwłaszcza gdy łatwo moglibyśmy im zaradzić, odczuwamy i słusznie jako coś nieludzkiego. "Prawy uznaje potrzeby swych bydląt - czytamy w Piśmie Świętym - a serce nieprawych okrutne" (Prz 12,10).

O życzliwość dla zwierząt upomina się również Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 2416): Zwierzęta są stworzeniami Bożymi. Bóg otacza je swoją opatrznościową troską. Przez samo swoje istnienie błogosławią Go i oddają Mu chwałę. Także ludzie są zobowiązani do życzliwości wobec nich. Warto przypomnieć, z jaką delikatnością traktowali zwierzęta tacy święci, jak św. Franciszek z Asyżu czy św. Filip Nereusz. Problem życzliwości dla zwierząt w niniejszej rubryce poruszałem dwukrotnie: w tekście pt. Stosunek do zwierząt (przedruk w książce Szukającym drogi) oraz w tekście pt. O zabijaniu zwierząt i jedzeniu mięsa (przedruk w książce Poszukiwania w wierze).

Zarazem powinniśmy to z całą jasnością zauważyć, że pod hasłem życzliwości dla zwierząt głoszone są nieraz treści jawnie fałszywe, a nawet bezpośrednio wrogie wierze chrześcijańskiej. Szczególnie często można się spotkać z twierdzeniem, jakoby nasza życzliwość dla zwierząt wtedy dopiero była szczera i autentyczna, kiedy człowiek uznaje zwierzęta za równe sobie. Nierzadko temu twierdzeniu towarzyszy kąśliwe słowo pod adresem chrześcijańskiej nauki o wywyższeniu człowieka ponad cały świat materialny. Zaczął nas diabeł - żeby streścić, o co tu naprawdę chodzi - kusić tym, że będziemy równi Bogu, a od początku chodziło mu o to, żeby nas zrównać ze zwierzętami.

Otóż trzeba sobie jasno powiedzieć, że za poglądami o rzekomej równości człowieka i zwierząt kryje się materialistyczna wizja człowieka, patrzenie na człowieka wyłącznie w wymiarach życia doczesnego oraz odrzucenie wiary w życie wieczne. Ludzie głoszący takie poglądy mówią wprawdzie niekiedy o Bogu, ale wystarczy przypatrzyć się temu, co mówią, żeby się przekonać, że mówią o jakimś bogu tego świata, bogu panteistycznym, do którego nie sposób się modlić i który ani nie wybawia człowieka od grzechów, ani go nie obdarza życiem wiecznym.

Owszem, my, chrześcijanie, naprawdę wierzymy, że nas, ludzi, Bóg kocha szczególnie. "O ileż ważniejszy jest człowiek niż Owca!" (Mt 11,12), "jesteście ważniejsi niż wiele wróbli!" (Łk 12,7) - mówił Pan Jezus. Mądrość chrześcijańską na ten temat ostatni sobór streszcza krótko: "Człowiek jest jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, toteż nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z samego siebie" (KDK 24). Tylko człowiek został wezwany do przyjaźni z Bogiem, tylko człowiek jest zdolny do modlitwy, tylko człowiek potrafi prawdziwie kochać, tylko człowiek dąży do życia wiecznego - oto podstawowe różnice między człowiekiem a zwierzętami, nawet najbardziej inteligentnymi.

Wydaje się jednak, że nie trzeba być chrześcijaninem, żeby zauważać szczególność człowieka w stosunku do zwierząt. W Dialogach konfucjańskich znajduje się m.in. następujący zapis: "Gdy spłonęły wszystkie jego stajnie, Mistrz zapytał: «Czy ucierpiał kto z ludzi?» Nie zapytał o konie". Losem koni Konfucjusz z pewnością przejmował się również, ale w swojej mądrości starał się po prostu zachować proporcje.

To chyba dopiero w naszych czasach dochodzi do wynaturzonych sytuacji, kiedy zwierzęta stają się ważniejsze niż ludzie. Wynotowałem sobie kiedyś z bardzo poważnego miesięcznika wyrazy zapisanego na gorąco zgorszenia: "Wczoraj przeczytałem w gazecie dwuzdaniową notatkę: «Zastrzelono 24 kłusowników. Uratowano 11 nosorożców». Mało kogo tak lubię jak nosorożca, ale czy to nie przesada?" Ja podobne zgorszenie odczuwam wówczas, kiedy niemal w tym samym czasie te same ciała ustawodawcze uchwalają bezkarność odbierania życia dzieciom poczętym oraz karalność okrucieństwa wobec zwierząt. To jasne, że okrucieństwo wobec zwierząt należy piętnować, ale może wypadałoby - jeśli już nawet zmysł moralny uległ rozregulowaniu - zachować przynajmniej poczucie proporcji i dobrego tonu.

Pewien konkretny przypadek takiego pomieszania ważności Aldous Huxley tłumaczył zanikiem wiary w życie wieczne i zastąpieniem jej jakąś utopijną namiastką: "Młodych nazistów uczy się, aby byli łagodni wobec psów i kotów, a bezlitośni dla Żydów. Dzieje się tak dlatego, że nazizm jest typową filozofią czasu, która uznaje, że najwyższe dobro istnieje nie w wieczności, lecz w przyszłości. Żydzi stanowili ex hypothesi przeszkodę do urzeczywistnienia najwyższego dobra, a psy i koty nie. Cała reszta jest logiczną konsekwencją tych założeń".

Jeszcze raz to powiem: zwierzętom należy się z naszej strony życzliwość, nie wolno nam jednak stawiać zwierząt ponad ludzi, ani na równi z ludźmi. Cytowany już Katechizm w tym samym paragrafie przestrzega przed okrucieństwem wobec zwierząt oraz przed wynaturzoną miłością do nich: "Sprzeczne z godnością ludzką jest niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie. (...) Można kochać zwierzęta: nie powinny one jednak być przedmiotem uczuć należnych jedynie osobom" (nr 2418).

Skąd się to bierze, że ktoś obdarza zwierzę uczuciami, jakie normalnie kierujemy do ludzi? Sądzę, że rozwiązanie tej zagadki znajdziemy w powiedzeniu, jakie takie kocie i psie mamy (płci obojga) lubią powtarzać: "Im lepiej znam ludzi, tym więcej kocham zwierzęta". Mówić coś takiego można, moim zdaniem, tylko wówczas, kiedy się nie wie o tym, że aby doświadczać ludzkiej miłości i przyjaźni, trzeba przedtem samemu kochać i to w miarę możliwości - bezinteresownie. Otóż ludzki świat bez miłości jest światem strasznym i trudno się dziwić, że człowiek, który znalazł się w takim świecie, bo nie umie kochać ludzi, ucieka w jakąś miłość zastępczą.

Piękno lub niegodziwość miłości do zwierząt poznaje się po tym, czy ten, kto jest przyjacielem zwierząt, lubi ludzi. Pierwsze schroniska dla zwierząt zakładał święty Marcin de Porres, człowiek bez reszty oddany ludziom biednym i chorym. Miłości do ludzi było w nim tak wiele, że przelewała się ona również na zwierzęta. Dzięki takiej miłości jakby promyk raju wracał na naszą ziemię.

Istnieje jednak również taka miłość do zwierząt, która ma w sobie coś demonicznego. Przypadek takiej miłości z piekła rodem opisuje w swoim wstrząsającym pamiętniku Calel Perechodnik, żydowski policjant z getta w Otwocku. Scena, którą odważam się tutaj przepisać, miała miejsce w momencie, kiedy prawie wszyscy mieszkańcy getta, nawet żony i dzieci policjantów, zostali wywiezieni do obozu śmierci. Otóż w tym właśnie momencie żona komendanta, Tola Kronenbergowa, przeżywała swoją rozpacz z powodu utraty ukochanej suczki:

"Tola głośno rozpaczała w dzień i w nocy:

- Moja biedna Nellusia, moja córuchna najdroższa!

Żydzi idący na śmierć słyszeli jej płacze i zgrzytali zębami w bezsilnej złości. Policjanci żydowscy na widok Toli odwracali głowy, aby nie wyczytała nienawiści w ich oczach. Męłli przekleństwa między zębami, ale milczeli. Gdzie się tylko zebrała grupa policjantów, którzy wieczorami przeważnie siadali razem, opłakując swoje żony, zjawiała się Tola i wykrzykiwała:

- <T>Moja biedna Nellusia, zabili mi ją!

Po chwili odchodziła, znów wołając głośno:

- <T>Pupuś? Pupuś! Gdzie jesteś ty niesforny łobuzie? (...)

To Kronenbergowa wołała swego pieska na kolację. Stratę foksterierki Nellusi porównywała żona naszego komendanta do straty naszych dzieci i co gorsza musieliśmy tego słuchać i milczeć".

Ufajmy, że autor tych wspomnień nie miał racji, przypisując to zachowanie głębokiemu znieprawieniu owej kobiety. Sytuacja przerastała nawet najmocniejszych ludzi i tak niepojęte zachowanie mogło być formą nie kontrolowanej obrony przed potworną rzeczywistością. Przyznajmy jednak, że możliwa jest taka wynaturzona miłość do zwierząt, której towarzyszy gruntowna obojętność na ludzi, na ich potrzeby i cierpienia. Niekiedy nawet miłość do zwierząt głosi się wraz z nienawiścią do ludzi. Od czasu do czasu nawet w radiu można usłyszeć, że człowiek jest to wyrodne dziecko natury, jej niszczyciel, najbardziej okrutne zwierzę, zbrodniarz w stosunku do wszystkich pozostałych gatunków żywych i cała natura odetchnęłaby z ulgą, gdyby ludzkość przestała wreszcie istnieć.

Przyznam, że ilekroć słyszę lub czytam takie wypowiedzi, czuję na swoich plecach oddech diabła. Zaczynam wówczas trochę rozumieć, dlaczego Włodzimierz Sołowjow w swojej Krótkiej opowieści o Antychryście przypisał Antychrystowi m. in. zachowania, które w pierwszym odruchu budzą raczej naszą aprobatę niż niepokój: Antychryst, "sam będąc wegetarianinem, zakazał wiwisekcji, wprowadził surowy nadzór nad rzeźniami i popierał na wszelkie sposoby towarzystwa opieki nad zwierzętami".

Rzecz w tym, że u Antychrysta zachowania te płynęły nie tyle z życzliwości dla zwierząt, co z nienawiści do ludzi.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści