O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana" |
Teza moja brzmi następująco: Nie ma na tej ziemi sytuacji absolutnie beznadziejnych. Ani dla poszczególnych ludzi, ani dla całych społeczeństw. Tezy tej nie wolno jednakże głosić przez bagatelizowanie tych beznadziei, których doświadczają ludzie i społeczeństwa. Co więcej, warto sobie uświadomić, że istnieją nawet takie beznadzieje, z których sami nie zdajemy sobie sprawy, a przecież obiektywnie niszczą one duchową tkankę człowieka i ludzkich społeczności.
Sytuacja podobna, z którą jako ksiądz spotykam się stosunkowo często: Ktoś w kręgu moich bliskich popełnił samobójstwo. Teraz, kiedy to się już stało, widzę z całą świadomością swoją część winy. Być może nigdy by do tego nie doszło, gdybym wtedy rozumiał to, co rozumiem teraz. Lecz ani moja świadomość, ani ostre poczucie winy nie wskrzesi tego, który tak niepotrzebnie odszedł. Analogicznych przeżyć doświadcza wiele kobiet, które zniszczyły własny płód. "Byłam młoda, głupia, nie wiedziałam, co robię" - powiadają - "Wszystko bym dała za to, żeby można było temu dziecku przywrócić życie".
Jeszcze inna sytuacja tego samego typu: Ktoś czuje się odpowiedzialny za duchową lub moralną dewiację bliskiej sobie osoby, często własnego dziecka. Trudno mi zapomnieć rozmowę z pewną, nieżyjącą już kobietą, która własną. córkę wtajemniczała w arkana prostytucji. Z rozpaczą pytała mnie, co robić, żeby wyprowadzić ją z tego bagna, w które sama ją wepchnęła. To był przypadek zupełnie skrajny. Natomiast nagminnie się zdarza, że rodzice poniewczasie żałują swoich błędów i zaniedbań wychowawczych. "Wszystko było dla nas ważne, tylko nie to co najważniejsze. Niestety, teraz już się nie da tego naprawić".
Poczucie beznadziei ogarnia człowieka również wówczas, kiedy ktoś mi bliski zeszedł na manowce bez wyraźnej mojej winy. Widzę, jak pogrąża się coraz głębiej w swoim cynizmie, pijaństwie lub innym bezsensie, a ja nie mogę nic na to poradzić, jestem kompletnie bezsilny. Nie mogę mu pomóc, bo on wszelką pomoc odrzuca i wyśmiewa; nie mogę obronić go przed złem, które go niszczy, bo on sam tego zła szuka.
A oto sytuacja beznadziejna zupełnie innego typu: Czytałem kiedyś pamiętnik syberyjski zakonnika z mojego klasztoru przy ulicy Freta w Warszawie, ojca Ignacego Klimowicza. Zesłańcy wyruszyli z Warszawy 14 kwietnia 1864 i doszli na miejsce przeznaczenia 8 grudnia. Bez mała osiem miesięcy nieustannej wędrówki, osiem miesięcy ciągłego i coraz głębszego rozstawania się z ojczyzną. W tych okolicznościach myśl o ucieczce z zesłania była doprawdy poza granicami marzeń. Człowiek czuł się jakby żywcem zakopany w grobie, z dala od rodziny, odcięty od środowiska, wyrwany z tego wszystkiego co mu było bliskie.
Bardzo często warunki zewnętrzne mogą. wprowadzić człowieka w stan prawdziwej beznadziei. Wyobraźmy sobie następującą sytuację, ja zaś nie muszę jej sobie wyobrażać, gdyż spotkałem się z nią w rzeczywistości. Mają pięcioro małych dzieci, najmłodsze bliźniaki liczą sobie niewiele ponad roczek i oto ona znowu jest w ciąży. Dotychczas właściwie już nie udawało im się wiązać końca z końcem, teraz czują się jakby nad przepaścią; wydaje im się, że przekroczone zostały wszelkie granice ich możliwości.
Albo taka oto sytuacja, również prawdziwa: Młode małżeństwo bez mieszkania, za to z małym dzieckiem, już czwarty rok tuła się po wynajmowanych lokalach. Tak się składało, że w żadnym miejscu nie mogli mieszkać dłużej niż siedem miesięcy. Teraz znów gospodyni wymówiła im mieszkanie, lokatorzy z dzieckiem są bowiem niewygodni. Małżonkowie nie mogą liczyć na pomoc swoich rodziców. Natomiast brak własnego gniazda fatalnie wpływa na ich wspólne pożycie: pod wpływem ciągłych kłopotów zaczynają już mieć siebie wzajemnie dość.
Takich sytuacji beznadziejnych lub na granicy rozpaczy można wyliczać bez końca. W stan beznadziei może wtrącić człowieka - choć oczywiście nie musi - doznanie jakiejś wielkiej krzywdy, poczucie samotności i opuszczenia przez wszystkich, poczucie nieudanego życia, poczucie niepotrzebności. Każdy z nas sporo wie na temat ciężkich udręk człowieczych, związanych z tymi przeżyciami.
Szczególną uwagę chciałbym zwrócić na beznadzieje, w jakich znaleźć się mogą całe społeczeństwa; a także na te beznadzieje, których sobie nawet nie uświadamiamy. Mówią historycy, że Warszawa nigdy się tak głośno nie bawiła, jak w ciągu pierwszych dziesięciu lat po trzecim rozbiorze Polski. Tak próbowano zagłuszyć rozpacz z powodu utraty wolności i braku perspektyw na jej odzyskanie.
My bardzo niesłusznie rozpacz, beznadzieję utożsamiamy z czarnym uczuciem, w którym przerażony człowiek doświadcza jakby wpadania w otchłań bez dna. To tylko jedna z form rozpaczy i wcale nie najczęstsza. Rozpaczać można również na wesoło, można wielką beznadzieję zagłuszać różnymi małymi nadziejami, można wreszcie w ogóle nie uświadamiać sobie swojej sytuacji bez wyjścia. Zachowania pasażerów na tonącym okręcie mogą być bardzo różne: jedni w panice biegają po pokładzie, nie widząc dla siebie żadnego ratunku; inni spokojnie grają w karty i z udawaną obojętnością czekają na koniec; jeszcze inni śpią spokojnie, bo o niczym nie wiedzą; a są może i tacy, którzy wyłączą pompy, żeby nie przedłużać chwili grozy: Subiektywnie postawy tych ludzi są różne, ale ich obiektywna sytuacja jest jednakowo beznadziejna. Istotą rozpaczliwej sytuacji nie jest bowiem świadomość swojej beznadziejności, ale obiektywny brak jakiegoś wyjścia, spowodowany niekiedy własną biernością (biernością, która zresztą nie wyklucza pustej aktywności, bezcelowego szamotania się, co jak wiadomo przyczynia się zwykle do jeszcze głębszego pogrążenia się w beznadziei).
Mówiłem, że wielką beznadzieję można zagłuszać różnymi małymi nadziejami. Nie zawsze muszą być one tak małe. Wystarczy, że nie przekraczają tej ziemi, że otoczone są jakąś fundamentalną rozpaczą, że są zamknięte w granicach śmierci.
Na ogół jednak ludzie zagłuszają swoją ostateczną rozpacz, swój brak perspektyw wyjścia poza grzech i śmierć, w sposób daleko mniej wzniosły. Myślę, że możemy oszczędzić sobie konkretnych opisów, jak liche i egoistyczne bywają różne nasze nadzieje, którymi się narkotyzujemy, aby zapomnieć o uwikłaniu w zło i śmierć. Niewielu jest chyba ludzi, którzy by na ten temat nie wiedzieli dużo z własnego doświadczenia.
Ktoś może mnie zapytać: Dlaczego twój opis ludzkiej kondycji jest tak okropnie pesymistyczny? Na to odpowiem, że jest to opis oczywiście jednostronny, ale niestety prawdziwy. Prawdą jest nie tylko to, że nasze życie pogrążone jest w rozmaitych beznadziejach, aż do rozpaczy ostatecznej włącznie. Prawda jest jeszcze smutniejsza: że na niszczące nas beznadzieje często jesteśmy zaślepieni, nie jesteśmy ich świadomi lub nawet je zagłuszamy. Otóż jako chrześcijanie uwierzyliśmy Bogu, że w Nim nasze beznadzieje da się przezwyciężyć. Jako chrześcijanie znamy naszego Zbawcę po imieniu. Wierzymy, że mocą Jezusa Chrystusa człowiek potrafi przerwać ten przeklęty krąg grzechu, nieszczęścia i śmierci, w który tak beznadziejnie jesteśmy zaplątani. Znając Zbawiciela, nie mamy powodu ukrywać prawdy o naszym położeniu, które nie jest bynajmniej zachwycające. Wręcz przeciwnie, powinno nam zależeć na poznaniu całej prawdy, również tej najgorszej, trudno bowiem myśleć o leczeniu, jeśli się nie postawi prawidłowej diagnozy.
Całe społeczeństwa mogą utracić instynkt samozachowawczy i ulec tendencjom samobójczym. Skłonności samobójcze wynikają z utraty fundamentalnej nadziei oraz z zakłóceń w rozumieniu sensu swego istnienia. Samobójcze tendencje społeczeństw mogą się wyrażać rozmaicie. Może to być zgoda na zatratę własnej tożsamości. Zanik tożsamości dokonuje się najczęściej przez odcięcie od swoich korzeni historycznych. Nie można być sobą, jeśli się nie pamięta swojej przeszłości: po to, żeby odnawiać i kontynuować wszystko, co w niej warte szacunku, a więc również dalszego istnienia, ale także po to, aby przezwyciężać i odpokutowywać to wszystko, co w naszej przeszłości było naganne i wstydliwe. Tam, gdzie nie ma żywej świadomości własnych dziejów albo świadomość tę zafałszowano, naród przestaje być sobą, degraduje się do jakiejś plemiennej miazgi, którą łączy wspólnota języka, zresztą również zakłamanego, bo język nie zakorzeniony w świadomości historycznej musi być językiem zepsutym.
Otóż mamy nawyk bicia się w cudze piersi. Kiedy mowa o wykorzenieniu z własnych dziejów albo o zepsuciu języka, natychmiast mielibyśmy ochotę całą winę zrzucić na politykę kulturalną, na nie najlepsze struktury itp. To nie jest chyba tak proste. Jak wiadomo, człowieka można zabić, można dokonać eksterminacji całego nawet narodu, ale nie da się duchowo zabić ani człowieka, ani narodu, jeśli zainteresowany czynnie przy tym nie współpracuje. Inaczej mówiąc, zabójstwo duchowe zawsze jest - przynajmniej w jakimś aspekcie - samobójstwem. Żeby zaś popełniać samobójstwo, trzeba utracić nadzieję.
Chciałbym zwrócić uwagę na to, że tak jawne od dwustu lat nurty antychrześcijańskie w kulturze europejskiej mają pewne cechy tendencji samobójczych. Nie mówię tego jeszcze z punktu widzenia wiary, mówię jedynie opierając się na tym, co powszechnie wiadomo na temat kultury i jej rozwoju. Żadna kultura nie przetrwa, jeśli sieją odetnie od głównych jej korzeni. Otóż tak się złożyło, że istotnym i najważniejszym korzeniem kultury europejskiej jest chrześcijaństwo. Toteż w Europie walka z chrześcijaństwem jest nie tylko działalnością antyreligijną, ale również działaniem skierowanym przeciwko kulturze. Działanie zaś przeciwko kulturze zawsze jest czynnością samobójczą, skierowane jest bowiem przeciwko tożsamości własnego społeczeństwa.
Niektóre choroby naszej świadomości historycznej, naszego zakorzenienia we własnej przeszłości, przypominają nie tyle beznadzieję samobójcy, co raczej starczą sklerozę. I tak bardzo żywo pamiętamy dzieciństwo swojego narodu i jego młodość, czasy Chrobrego czy Jagiellonów, natomiast niemal zupełnie utraciliśmy pamięć o tym, co się działo niedawno, w czasach najnowszych. Skleroza w życiu duchowym, podobnie jak tendencje samobójcze, jest oczywiście znakiem jakiejś fundamentalnej beznadziei. Powtarzam jednak poprzednie spostrzeżenia: beznadzieja nie musi się wyrażać przygnębieniem, można ją przeżywać nawet na wesoło, można jej sobie nie uświadamiać.
Znakiem fundamentalnej beznadziei jest również zanikanie w skali społecznej szacunku dla człowieka oraz dla ludzkiego życia. Dawno to odkryta prawda, że człowiek który nie szanuje innych, nie ma również prawdziwego szacunku dla samego siebie. Być może powszechne dzisiaj schamienie jest znakiem głębokiej rozpaczy, która grozi naszemu społeczeństwu, a częściowo już nas nawet wciągnęła.
Daleko bardziej drastycznym znakiem naszej społecznej już wręcz beznadziei jest nasz lekki stosunek do zaczynającego się ludzkiego życia. Patrzmy, jak zakłamany jest nawet nasz język. Zabijania płodu nie umiemy już nawet nazwać po imieniu, nazywamy je "przerywaniem ciąży" jak gdyby był to czyn skierowany przeciwko stanowi w którym znalazła się kobieta, a nie przeciwko żywej istocie ludzkiej. Jeżeli zaś ktoś, mówiąc na ten temat, użyje terminu "przelewanie ludzkiej krwi", powszechnie odczuwamy to wyrażenie jako nazbyt emfatyczne i obciążona emocjonalnie, podczas gdy jest to tylko suche i rzeczowe określenie tego, o co tu faktycznie chodzi. Zdumiewa zarówno łatwość, z jaką ludzie zabijają własne potomstwo i naciskają na innych, aby czynili to samo, jak brak poważniejszej reakcji ze strony społeczeństwa, które nie próbuje bronić swoich członków przed tak głęboko niesłusznymi postawami. Wszystko to razem zdradza daleko posuniętą korozję wiary w sens istnienia. Mało cenimy sobie sens własnego życia i z łatwością przychodzi nam przekreślanie życia innych.
Bardzo przepraszam, jeśli moje opisy wprawiły kogoś w przygnębienie. Sądzę jednakże, że opisałem zaledwie w niewielkim stopniu te liczne beznadzieje - jednostkowe, rodzinne i społeczne - w jakich jesteśmy pogrążeni. Nie ma sensu odsuwać od siebie prawdy o naszym położeniu, tylko dlatego, że jest ona tak pesymistyczna. Nie ma sensu zagłuszać tej prawdy jakimś udawanym lub powierzchownym optymizmem. Zwłaszcza że wiara chrześcijańska chce powiedzieć człowiekowi i ludzkim wspólnotom Słowo Nadziei. Jest to wprawdzie tylko jedno Słowo, ale tak potężne, że jego mocą potrafimy przezwyciężyć wszystkie nasze rozpacze. Temu Słowu na imię Jezus Chrystus.
Tylko prawdziwa wiara w Chrystusa mogła sformułować słowa które wypowiedział Jan Paweł II na Placu Zwycięstwa, że "bez Chrystusa człowiek nie jest w stanie do końca zrozumieć samego siebie". Myślę, że również ludzie niewierzący, jeśli tylko nie odmawiają nam prawa wierzenia w Chrystusa istniejącego w rzeczywistości, a nie tylko w naszych poglądach, zgodzą się z tym, że papież miał prawo takie zdanie wypowiedzieć.
Otóż jeśli wierzymy w Chrystusa naprawdę, znajdziemy w Nim następujące światła i moce, które ochronią nas od grożących beznadziei oraz wyzwolą z różnych beznadziejnych sytuacji:
| |||
![]()
![]()
![]() |